Czy czeka nas upadek wizji wspólnej Europy? Czy silna Europa uosabiana przez Niemcy i Francję, załamie się pod uginającą się kolumnadą grecką i włoską? Czy ewentualne dojdzie do rozlania się kryzysu gospodarczego po krajach eurolandu?
Jeszcze nie tak dawno, tylko najwięksi sceptycy i malkontenci nieśmiało przytaknęliby. Dzisiaj, taką wizję roztaczają nie tylko ekonomiczni pesymiści, ale również ci, którzy mienią się być realistami. W Brukseli rozpoczyna się właśnie szczyt Unii Europejskiej, który ma wyznaczyć kierunki, którymi będzie podążała gospodarka europejska w najbliższych latach. Uczestnicy szczytu stają przed nie lada problemem. Kryzys sektora finansowego, zapoczątkowany w roku 2007, niczym rak, zaatakował kolejne sektory gospodarki. Coraz boleśniej wkrada się również do kieszeni przeciętnego obywatela. W Polsce inflacja utrzymuje się od dłuższego czasu przewyższa cel inflacyjny NBP (na poziomie 2,5 proc.) i w sierpniu wynosiła 4,2 proc. Można jednak przyjąć, że jest to jeszcze poziom w miarę bezpieczny i może stymulująco działać na gospodarkę. Jednak wielu ekonomistów twierdzi, że to co teraz obserwujemy to cisza przed burzą. Świat w napięciu czeka na środowe wieści z Brukseli.
To, że Grecja jest bankrutem, nie podlega najmniejszej dyskusji. Za Grecją podążają: Hiszpania, Włochy i Portugalia. Są już na krawędzi przepaści i Wspólnota Europejska musi zrobić wszystko, by kraje te nie zrobiły kroku w przód. Wspólny worek, zwany ESFS (ang. European Financial Stability Facility – Europejski Instrument Stabilności Finansowej) wydaje się być bardzo pojemny. Według najbardziej pesymistycznych wizji, należałoby do niego wsypać nawet 2 biliony euro. Wiadomo jednak, że kwota ta, nie pozwoli rozwiązać wszystkich problemów strefy euro. Najprawdopodobniej uruchomienie tego mechanizmu sprawi, że upadek najbardziej zadłużonych krajów eurolandu zostanie odłożony w czasie. Prędzej czy później będziemy jednak świadkami spektakularnych upadków europejskich gospodarek.