
Wiekowy, znaczy dobry? No właśnie, ponad pięćdziesięcioletnia historia tego najsłynniejszego europejskiego konkursu pokazuje, że status „gwiazdy” nie należy się już tym najlepszym. Współczesna sława piosenki może być równie dobrze indykiem, który żałośnie wyśpiewuje folklorystyczne rytmy.
Ale wróćmy na chwilę do początków, bo te, co by nie mówić, są wielkim sukcesem. Mało kto we wczesnych latach 50. ubiegłego wieku spodziewał się, że Grand Prix Eurovision de la Chanson Européenne (bo tak nazywano wtedy potyczki piosenkarzy) pokaże Europie i światu tyle gwiazd. Skuteczna promocja konkursu, profesjonalne podejście, dystans do rywalizacji, a przede wszystkim – europejska elitarność sprawiły, że Eurowizja szybko stała się wizytówką rynku muzycznego Starego Kontynentu.
Świetność tego festiwalu radosnej, acz poważnie traktowanej twórczości przypada na przełom lat 70. i 80. Rok 1974 wyniósł na szczyty nikomu nieznany zespół ABBA, który prezentował odważną mieszankę popu i disco. Dalsza kariera formacji po zwycięstwie w Eurowizji, potoczyła się błyskawicznie. Kto nie nucił wtedy słynnego „Waterloo”? ABBA jednak z biegiem lat wypaliła stój potencjał muzyczny i dzisiaj wspominana jest już tylko w kategorii legendy europejskiej muzyki disco (a stać się muzyczną legendą za życia, dla gwiazdy oznacza najczęściej koniec kariery). Inaczej swoje zwycięstwo wykorzystała przedsiębiorcza kanadyjka Celine Dion, która w 1988 wywalczyła dla Szwajcarii główny laur, sobie zaś otworzyła drogę na szczyt światowych list przebojów. Dzisiaj, jej głos można usłyszeć w znakomitej większości radioodbiorników.
Tak było kiedyś. Dzisiejsza Eurowizja nie przypomina już festiwalu piosenki. Dzisiejsza Eurowizja nie jest już rywalizacją o miano „najlepszego” – jest raczej skarykaturyzowanym przeglądem najżałośniejszych postaci europejskich scen. Z Konkursem Piosenki Eurowizji wiąże się kilka nieścisłości i złudzeń. W Polsce nadal traktowany jest on z dużą powagą, ciągle uważany jest za przepustkę do wielkiej kariery. Świadczy o tym dobrów uczestników tegorocznych eliminacji, gdzie pośród Nataszy Urbańskiej, Isis Gee, grupy Afromental czy zespołu Plastic, nie było miejsca dla śpiewającego kurczaka, tudzież wystylizowanej na pawia starszej pani. Była prawdziwa rywalizacja, profesjonalne podejście i pragnienie rozgłosu. Jednak polskie eliminacje należą do słabnącego grona tych, którzy Eurowizję traktują nadal „po staremu”.
Bo trzeba wiedzieć, że obecnie ten słynny konkurs przeżywa spory kryzys. Eurowizja z założenia miała być konkursem elitarnym, dopuszczającym do mikrofonu artystów z krajów czysto europejskich. Z biegiem lat do rywalizacji dopuszczane były kolejne państwa, co w rezultacie doprowadziło do znacznego rozdrobnienia. Dzisiaj same półfinały muszą być dzielone, bo liczba uczestników ciągle rośnie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby sami uczestnicy wiedzieli jaki charakter mają konkursowe zmagania. Dopuszczanie do rywalizacji krajów, których związek z Europą jest znikomy, powoduje, że tradycyjna formuła konkursu ustępuje na rzecz festiwalu osobowości. Im dziwniej, tym lepiej – to chyba jedno z głównych założeń nowych konkursowiczów.
Wielkim przełomem był rok 1998 i wygrana transseksualnej Dany International. To wydarzenie zmieniło podejście do Eurowizji, sprawiło, że spora część krajów, szczególnie tych z europejskich peryferii próbuje zwyciężać poprzez parodie. A sama parodia byłaby dobra, gdyby nie jej niefortunna forma, która coraz częściej uwłacza powadze Eurowizji.
Mocnym sygnałem była wygrana fińskiej grupy Lordi. Zeszłoroczne popisy Wierki Serduczki, czy tegoroczne śpiewające kurczaki, kontrowersyjne stroje, bajeczne kompozycje – tak wygląda współczesna Eurowizja.
A gdzie muzyka? No właśnie, czy Konkurs Piosenki Eurowizji nadal spełnia swoje założenia, czy ma rację bytu? Obecnie rywalizacji nie ma, jest za to osiedlowy festyn, na którym występują umalowane kukły, machające do widzów i co jakiś czas wydające przebrzydły dźwięk. Nie ma już miejsca na czysty śpiew, wokalny talent i osobność sceniczną. Tacy artyści, owszem może i dostają się do finału, ale giną w gąszczu amatorów-parodystów.
Czy wygrana na Eurowizji nadal jest nobilitacją? Czy warto pokazywać się w gronie przebierańców, których związek z tradycją śpiewu i zabawiania publiczności jest nikły. Eurowizyjne laury były zaszczytem, ale kilkanaście lat wcześniej, dzisiaj są wyrazem nastrojów wyjałowionej kulturalnie Europy. No może nie do końca Europy, bo faktem jest (a także kolejną wadą konkursu), że obecnie kraje Europy Zachodniej nie wykazują już tak sporego zainteresowania rywalizacją, jak niegdyś. Współczesna Eurowizja znajduje się w rękach peryferyjnej Europy, co niestety objawia się prowincjonalnym charakterem konkursu. Dzisiaj świadome gwiazdy unikają udziału w Eurowizji, bo wiedzą, że triumf może okazać się drogą do porażki. W końcu mało kto, chce być utożsamiany z bandą małp, beztrosko wymachujących zadkami, które dopiero co zwiały z ZOO i chcą uszczknąć trochę wielkiego świata. Lepiej siedzieć w swojej krajowej klatce i tam brylować na salonach, będąc podziwianym przez lokalne tłumy.