Facebook Google+ Twitter

Eva Celia, Kunto Aji i Jordy Waelauruw - jazz po indonezyjsku

W tym tygodniu do Malangu zawitała trójka narodowych bohaterów jazzu - ich koncert niczym papierek lakmusowy oddawał stan gatunku w Indonezji, świadomość publiczności i potęgę celebrytów.

 / Fot. MLDSpotTrasa MLDSPOT to mariaż jazzu i papierosów – zjawisko bardzo w tej części świata popularne. Nie ma w Indonezji większej imprezy bez wsparcia producentów papierosów: młodzi Indonezyjczycy palą namiętnie, ale biznes dmucha na zimne, broniac się na zaś przed skutkami zachodnich kampanii antytytoniowych. Sprawa zasługuje osobnego artykułu, jest tak odlegla od europejskiej normy - poza wszechobnecnymi reklamami i potężnym lobby tytoniowym mamy w tej historii także grupy broniące prawa do palenia jako... prawa czlowieka, islamską stygmatyzację palących kobiet i fenomen lokalnego kretka, czyli papierosa z goździkami. Przemysł tytoniowy opanował kulturę i bombarduje wszystkie sfery, w których obraca się hipsterka. Szanująca się alternatywa pali nie wyrusza z domu bez szluga.

Do rzeczy jednak. Producent kompletuje autobus artystów - znajduje sie w nim grupa mlodych muzykow, zwycięzców rożnych konkursów jazzowych, którzy tworzą tak zwany MLDJazz, zespół ad-hoc, grający na rozgrzewkę międzynarodowe standardy. Jest w nim Jordy, trębacz o wielkim talencie, który idzie na pierwszy ogień podczas każdego występu. Jest w nim Kunto Aji, jeden z moich faworytów z indonezyjskiej sceny pop - wysmienity wokalista, autor jednej z najbardziej zachwalanych płyt w kraju w 2016 roku. I jest Eva Celia, której do tej pory nie znałam - celebrytka i artystka, wisienka na torcie.

Publiczność zbiera się powoli do Vargo Kitchen, stylowej restauracji niedaleko centrum. Oczywiście czas występu jest zawsze mocno przybliżony – zjawisko jam karet, czyli czasu z gumy, to nieodłączny element tutejszej kultury. Jeśli na plakacie masz godzinę 6, nie licz na to, że cokolwiek zacznie dziać się o siódmej. MLDJazz wyszli pierwsi na scenę i było to doskonałe wprowadzenie do indonezyjskiego rozumienia jazzu: masz przed sobą kilka ewidentnie bardzo uzdolnionych osób, zwycięzów różnych konkursów jazzowych, ale wszystko, na co mogą sobie pozwolić przed publicznością, to standardy, klasyki, grzeczne i zrozumiałe intepretacje. Jazz do kotleta. Mieszczący się w bezpiecznych ramach. Mimo to dobrze było posłuchać solidnego grania – w Malangu pełno jest undegroundu i alternatywy i czasami ucho tęskni za poprawną, gładką muzyką.
https://www.youtube.com/watch?v=C7Ug0haNNhE


Potem mieliśmy przed sobą Jordy'ego Waelauruwa. Moja znajomość jego twórczości ogranicza się do „With You”, smoothjazzowego kawałka który przewija się w różnych miejscach w mieście. Mam co do niego mieszane uczucia – jest do przesady wypieszczony, wygładzony i grzeczny. Myślę, że Niedźwiedzki uwielbiałby katować nim swoją publiczność w sobotnie poranki (najgorsza pora na smooth jazz w radiu, jaką można sobie wyobrazić). Kombinacja wokalu Kunto Aji z saksofonu... taaak, lata 90-te, światła wielkiego miasta, błyszczące kieliszki z dobrym winem, mokry sen wyższej klasy średniej. Tym utworem Jordy zamknął swój krótki występ – Kunto Aji pojawił się jako cień za białą kotarą i zaśpiewał swoją część, a później sam opanował scenę. Ale to, co wydarzyło się wcześniej, było naprawdę dobre. Po pierwsze, Jordy, pochodzący z Maluku (jeden z odległych zakątków Indonezji, niegdyś ważna siedziba holenderskich kolonizatorów, teraz peryferia – to kolejna długa historia), wplatał w utwory fragmenty utworów ze swojego regionu, w lokalnym języku. To był smaczek, którego bez przewodnka bym nie rozszyfrowała. O dziwo, jawajska publiczność znała je wszystkie. Po drugie, trębacz nie bał się odważnej fuzji – poszedł w funk, soul i hip hop, a wszystkie ładne partie śpiewane przez różnych artystów na jego albumie przejął on sam na vocoderze. Ten element zmienił wszystko: jazz z windy zaadapowany na parkiet, z pokręconym wokalem. Czułam się raczej jak na występie Daft Punka w ich ostatniej fazie. Było naprawdę dobrze.

A to jak Jordy podchlebia się lokalsom:

https://www.youtube.com/watch?v=UR7jOXRdzFc


Kunto Aji był królem nocy. Były uczestnik Idola (bez powodzenia), gwiazda tutejszej alternatywy, robi od niedawna sporą karierę na coraz bardziej mainstreamowych wodach. Jego album „Generation Y” wygrał kilka ważnych nagród (i wiele nominacji) w 2016 roku, i od tej pory jest go wszędzie sporo – robi muzykę do filmów, występuje gościnnie u innych gwiazd, organizuje wydarzenia (w tym festiwale hiphopowe) i pnie się w szeregach indonezyjskiej sceny. „Generation Y” jest świetnie napisanym popowym albumem, którego najmocniejszymi stronami jest cudowny wokal Kunto, ewidentnie szkolony na soulowych autorytetach, i bardzo zróżnicowane kompozycje, w których pojawiają się nawet tradycyjne instrumenty takie jak anklung („Buka Buka Buka”). W Vargo Kitchen miał do dyspozycji jazzowych muzyków i wszystko brzmiało jeszcze lepiej – pojawiały się flety poprzeczne, improwizjacje Jordy'ego na trąbce, dużo dobrej gitary i basu. Pop nabrał nowego wymiaru. A on sam elektryzował publiczność, włączał do śpiewania, zapraszał do tańca, bawił ich co przerwę różnymi historiami. Był doskonały pod każdym względem, jako muzyk, performer, artysta z krwii i kości. Oby miał energię połamać indonezyjską scenę i urobić trochę gusta tłumów – ma po temu predyspozycje.

https://www.youtube.com/watch?v=1QACnn13QOM


Koncert zEvy Celii nudził publiczność do tego stopnia, że nikt nawet nie klaskał na koniec. Słuchacze wpadli w stan hibernacji. Okazuje się, że piosenkarka popularność zawdzięcza temu, że jest córką znanego jazzowego pianisty Indry Lesmana i modelki jawajsko-bugisko-austriacko-niemieckiego pochodzenia, swojej urodzie i na końcu – muzycznej twórczości. Na koncercie zaprezentowała materiał z nowej płyty „And so It Begins”, który wyraźnie nawiązuje do neo-soulowego ruchu z Los Angeles (połamane kompozycje powstawały pod wrażeniem Thundercata, daję głowę), które oprawiła swoim słodkim, poprawnym wokalem. Kompletny brak zaskoczeń. Kompletny brak prawdziwej energii. Jedyny moment tego koncertu, kiedy miałam ciarki, należał do muzyka grającego na moogu, który popłynął w niesamowitą, elektryzującą improwizację w połowie „Romans (12:2)” - na albumie można odnaleźć jej ślad. Niebywałe. Reszta była poprawna. Dobry, ładny głos. Dobre, przemyślane kompozycje. Obrane ze spontaniczności, z autentyczności, z elektryczności. I nie przeszkodziło to tłumom zakupić po występie płyt i stanąć w kolejce po autograf.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.