Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10296 miejsce

Ewolucja zawodu lekarza. Dokąd zmierzamy?

Współczesny lekarz, który wypisuje recepty swoim pacjentom, coraz bardziej staje się urzędowym sprzedawcą leków bądź - jak mówią prześmiewczo niektórzy - tzw. użytecznym idiotą wspomagającym biznes powiązany ze zdrowiem.

 / Fot. Marek ChorążewiczWypisując konkretne lekarstwo na recepcie, lekarz tym aktem wskazuje, który producent leku ma na tej recepcie zarobić. Wydawałoby się z pozoru, że nic w tym zdrożnego, wszak to lekarz przecież wie (przynajmniej powinien!) jaki lek jest najbardziej skuteczny i jak go zasadnie zastosować w danej sytuacji, bo przecież ma jakąś wiedzę oraz doświadczenie. Problem tylko z tym, skąd pochodzi jego wiedza na temat ordynowanych leków? Do tego jeszcze nawiążę później.

Dzisiaj, lekarz tak naprawdę już nie leczy, jak to drzewiej bywało, lecz wykonuje procedury medyczne obowiązujące w systemie. Ma to swoje daleko idące konsekwencje, bowiem jeżeli nie uchybi owym procedurom, to włos z głowy mu nie spadnie nawet wtedy, gdy jego działania będą prowadzić do zgubnych skutków w zdrowiu pacjenta. I wreszcie, odwrotnie...! Może liczyć się z bardzo niemiłym dla siebie rezultatem w przypadku wyleczenia pacjenta w sposób niezgodny z procedurami medycznymi obowiązującymi w systemie. Coraz częściej słyszę w takich przypadkach, jak niektórzy lekarze alarmują wręcz napominają, że „takie działanie odciąga pacjentów od stosowania leków!” Czyż nie ma w tym podstaw do przeświadczenia, że lekarzom zależy na sprzedaży leków?

Przecież jest to totalny absurd! Tym bardziej niepokojący, ponieważ nie do końca uświadomiony. System ochrony zdrowia już do tego stopnia poprzestawiał myślenie w lekarskich głowach, że często nie dostrzegają oni tego, iż stają się urzędowymi sprzedawcami leków. W dodatku, po zmianie ustroju w 1989 roku, wiadomości o lekach lekarze czerpią w głównej mierze od... firm farmaceutycznych. Nawet, gdy niektórzy broniąc się twierdzą, że przecież korzystają z wiarygodnych źródeł informacji, bo z oficjalnych stron internetowych Ministerstwa Zdrowia, to albo tego nie wiedzą (a może nie chcą wiedzieć?), że w większości jest to zawsze ta sama „kopalnia” wiedzy. Sytuacja jest wręcz groteskowa, niczym wyjęta wprost z twórczości Kafki. Lis pilnuje kurnika!

Nasuwa się pytanie: po co wprowadzono procedury medyczne w systemie?

Administratorzy systemu mają zgrabną na to odpowiedź. Otóż jest to dla dobra pacjenta czy chorego. Dlaczego? Ano dlatego, że pacjent wszędzie otrzyma taką samą usługę (zauważmy, że nie ma tu słowa „leczenie”!), na najwyższym „światowym” poziomie oraz dlatego, żeby jakiś nierozgarnięty bądź niedouczony doktór nie leczył pacjenta „po swojemu” i nie krzywdził go. A więc wszystko jest pięknie, zgrabnie uzasadnione i ułożone.

Tymczasem prawda może mieć nieco inne oblicze. Przecież w tak mocno zbiurokratyzowany system można wprowadzić każdą dowolną „prawdę” medyczną i uczynić z niej wymagalną konieczną procedurę. I tak też jest w rzeczywistości.
Wszyscy, albo prawie wszyscy, słyszeliśmy już o tzw. micie cholesterolowym, działaniach ubocznych Prozacu czy zgubnych skutkach różnych szczepień ochronnych. Nie wnikam teraz w prawdziwość tych stwierdzeń, lecz sygnalizuję, że taka ewentualność wdrożenia procedur niepożądanych albo chociażby obarczonych błędem zapatrywań medycyny na daną kwestię (w konkretnym momencie) istnieje, co przecież nierzadko już miało miejsce w historii.

W związku z powyższym, wszyscy lekarze, którzy dzisiaj wypisują recepty, są urzędowo bądź jak wolą inni zawodowo „wkręceni” w proceder wspierania szeroko pojętego biznesu związanego ze zdrowiem (produkcja lekarstw, wyrobów medycznych, żywności, odzieży, itp.). Nie ma przy tym żadnego znaczenia stan woli lekarza, bo wykonując ustalone w systemie procedury, tak czy siak, sprzyja on przez to zawsze jakiemuś biznesowi (sprzedaż leków czy określonych produktów żywnościowych). Nie ma również znaczenia, czy on tego chce czy nie? No... chyba, że zrezygnuje z zawodu... W tym aspekcie, nawet wyjazd do pracy za granicą niewiele zmieni, gdyż tak samo (albo podobnie) jest na całym świecie. Taki globalny trend.

Refundacja za leki

Refundacja za leki to wymysł z piekła rodem, albo – żeby nie mieszać w to niewinnej metafizyki – można rzec, że jest to pomysł zrodzony w menedżerskich środowiskach firm farmaceutycznych.

- Człowieku, co ty za dyrdymały opowiadasz? – zakrzykną beneficjenci dopłat do kupowanych przez siebie leków, wskazując, że gdyby nie łaskawa dopłata z NFZ, to nie stać by ich było na zakup lekarstwa.

Właśnie! Takie myślenie jest dla mnie argumentem żeby tak uważać. Przecież już sam pomysł „skoku” na publiczną kasę jest tak doskonały, gdyż jest dobrze zakamuflowany. Znajduje poklask u wielu ludzi. Jest to majstersztyk, podobny zresztą do machiny fiskalnej państwa, która najpierw obywatelowi zabiera, a potem redystrybuuje jego własne pieniądze. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, warto więc trochę się nad tymi mechanizmami zastanowić.

- Cały świat tak robi, a twoje stanowisko w tej sprawie jest jakieś wydumane, nierealne, wręcz głupie – słyszę w dyskusjach wszystkich obrońców mechanizmów refundacji.
- Doprawdy? A czy te lekarstwa muszą tyle kosztować? – pytam w takiej rozmowie i tu zaczyna się moment zastanowienia, po którym najczęściej słyszę jednak usprawiedliwienia dla wysokich kosztów wdrożenia nowego leku do praktyki klinicznej.

Pomówmy zatem o faktach. Oczywiście, że takie dane niełatwo można zdobyć, bo są one „tajemnicą handlową”. Przytoczę przykłady kosztów popularnych leków w Ameryce:
Celebrex 100 mg (dolegliwości stawowe) ma cenę detaliczną za 100 kapsułek 127 $ i 29 centów, a koszt produkcji wynosi 60 centów; Prozac 20 mg („tabletka szczęścia” na wszystkie problemy psychiczne) 247 $ 47 centów, a koszt produkcji wynosi 11 centów; Xanax 1 mg (lek psychotropowy) 136 $ 79 centów, koszt produkcji zaledwie 2 centy. Takie dane przedstawił, między innymi, Gary Null, dziennikarz śledczy, na przesłuchaniu w sprawie szczepionek w Nowym Jorku 13 października 2009 roku.

Jeszcze chyba bardziej drastycznie wygląda dysproporcja między kosztem produkcji a ceną detaliczną substancji czynnych w przypadku leków używanych do leczenia nowotworów.

Czy ktoś może poświadczyć, że w innych krajach jest inaczej? Lepiej? Bardziej etycznie?


Na całym świecie firmy farmaceutyczne, nawet te duże, nie kwapią się zbytnio do badań nad wdrożeniem nowych leków, ponieważ o wiele bardziej intratnym biznesem jest dla nich produkcja odtwórcza leków, czyli robienie takich, które już są w obrocie na rynku. Wtedy ich największym zmartwieniem są tylko licencje, patenty i rejestracje. W zamian za to, ogromne pieniądze wolą przeznaczyć na marketing, który pozwala im opróżniać swoje magazyny z wytworzonego już produktu.

Machina refundacyjna realizowana przez NFZ w Polsce stwarza dla producentów i dystrybutorów lekarstw niemalże lawinową ich sprzedaż. Zwłaszcza tych dobrych bądź uważanych „za dobre”.
Pacjent oczekuje i cieszy się z każdej, nawet najmniejszej refundacji, ale z drugiej strony rzecz rozpatrując, w obowiązującym systemie można bardzo łatwo ukarać lekarza zwrotem refundowanych kwot nawet po kilku latach, z odsetkami włącznie. Z kolei, za niesłuszne odmówienie pacjentowi „należnej” dopłaty za dany lek, lekarz również może być pociągnięty do odpowiedzialności. Sytuacja taka zdarza się w praktyce dość często, ponieważ jest dużo niejasności w zasadach refundowania niektórych leków (no właśnie! Dlaczego akurat niektórych?). W taki sposób stawia się lekarza między interes pacjenta i strażnika publicznych pieniędzy, czyli NFZ. Przy czym rozstrzygającym wszelkie wątpliwości w tym zakresie jest urzędnik NFZ.

Przypomnę, że kontrowersyjna od samego początku ustawa refundacyjna działa już od 2012 roku i stale jest uaktualniana różnymi rozporządzeniami wykonawczymi.

Konia z rzędem temu, kto przedstawi meandry wciągania danego leku na listy refundacyjne. Nie wszystkie leki w danej klasie mają np. refundację. Od czego to zależy? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

W ostatnich latach (zwłaszcza po 2012 roku) preferowane są oczywiście leki najtańsze, ale „tak samo dobre” - jak mówią pacjenci, rządzący zresztą też. Nasuwa się więc pytanie: po co rejestruje się drogie leki, skoro te najtańsze są tak samo dobre?

Medyk może być w dzisiejszych realiach również pociągnięty do odpowiedzialności za to, że np. chce aktywnie włączyć się do walki o ograniczenie spożywania ogromnych ilości leków psychotropowych. Niech spróbuje tylko nie przepisać środka nasennego pacjentowi, który tego żąda... Natychmiast popędzi on ze skargą do przełożonego lekarza i... żądanego „śpiocha” po interwencji otrzyma, gdyż zgodnie z wytycznymi systemu należy zawsze pozytywnie załatwiać usługobiorców i spełniać ich wszelkie oczekiwania. W tym akurat miejscu system nie wspomina nic o strategicznym dobru usługobiorców, wszak słowo „pacjent” odchodzi (odeszło?) już do lamusa.

Na zakończenie dodam, że promowanie konkretnych zachowań prozdrowotnych u usługobiorców może również przekładać się bezpośrednio na wyniki sprzedaży jakichś produktów np. akcesoriów sportowych, suplementów diety, produktów żywnościowych, itp. Ale to temat na odrębny artykuł.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (78):

Sortuj komentarze:

Taa, ale w środku, niestety nie było lepiej i pomimo tytułu oryginalnego, pod pewnymi warunkami nawet do przyjęcia, w środku były wstawki typu:

- większość naukowców jest zdania, że całkowity cholesterol powinien wynosić poniżej 200 mg/dL ( znany juz dobrze argument "demokratyczny" ;) )
- są tacy, kórzy polecają obnizyć tę wartość poniżej 150 mg/dL ( naprawdę ? to może i są tacy, co poniżej 100, 50, a może i tacy, którzy chcę produkować cholesterol na zaewnątrz ;) )

No naprawdę, wolność słowa do wygadywania bredni w pełnej krasie ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

O jeden most za daleko! Na wszystkim niektórzy chcą tłuc interes, bezwzględnie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marku, to są faktycznie niuansiki, choć ważna jest generalna idea, według mie. Czyli baczenie na innych i samego siebie, żeby nadmiernie nie przekroczyć granicy "wiary".
W cokolwiek.


Ale weźmy taki kwiatek. Dziś jestem w księgarni i widzę książkę pod tytułem:

"Dieta ANTYcholesterolowa. 111 przepisów na potrawy zwalczające ZŁY cholesterol "

No i czyż nóż się w kieszeni nie otwiera?
A jaki był tytuł oryginalny? Tutaj to dopiero tłumaczka pojechała po bandzie:

"111 Rezepte gegen erhöhte Cholesterinwerte".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wiem po sobie z przeszłości, że pokusa uwierzenia, że ma się w ręku "cud" na wszystko - jest dużą. Stąd domniemywam, że w przypadku większego jeszcze laika, z wyłączonym dodatkowo "chłopskim rozumem", może być jeszcze wieksza...

Komentarz został ukrytyrozwiń

No, to była w istocie "nutka" ;)
Pewien niuans, na który, być może jestem przewrażliwiony. Dalej uważam, że oryginalny tytuł sugeruje, przez liczbę mnogą paradoksalnie, że mamy do czynienia z mitami, ale niekoniecznie z samymi mitami. I przyznasz przecież, że nie wszystkie "naukowe stwierdzenia", dotyczace problematyki cholesterolu - są kłamstwem.

Natomiast tytuł Zięby sugeruje, że mamy do czynienia z jednym jedynym i wielki kłamstwem. Co w kontekście tej cienkiej granicy, rozgraniczającej wiedzę od wiray/religii - uważam za istotne.
No ale znów, jest prostota przekazu... tylko kto będzie odpowiadał za złe zrozumienie przez laika ..?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Artur, nieco wcześniej, napisał z pewną nutką pretensji do Jerzego Zięby za umieszczenie w tłumaczonej przez niego książce, że dodatek w tytule "naukowe kłamstwo" (bądź zbyt dowolne przemianowanie słowa "mit") jest pewnego rodzaju nadużyciem. Ale jak można nazwać - bez owijania w bawełnę - fakt pisania jawnej nieprawdy w pracy firmowanej przez Narodowy Instytut Chorób Serca, Płuc i Krwi USA w publikacji pod tytułem "Fakty o cholesterolu"(1990 rok)? Gdzie interpretuje się dane zupełnie kłamliwie? A takich "kwiatków" w książce można znaleźć więcej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

/Ale poczekajmy na zmiany, bo może wystarczy tylko święcona woda i egzorcysta./

Nie czakajmy, bo diabeł "tkwi w szczególach" właśnie, roztrząsanych "akademicko" ;)

Poza tym, jak to mówią, zawsze trzeba zaczynać od siebie, co polecam w szczegolności egzorcystom ;)

Ale...wierzącym, czy nawet "wiedzącym" w temacie egzorcyzmów polecam do rozważenia tę możliwość, że w całym tym procesie wszystko może być diabelską sztuczką ;)
No bo czyż potrzeba aż uruchamianych na błagania "mocy niebiańskich", ażeby każdą ofiarę z osobna uwalniać od diabelskich sztuczek ? ;) To byłaby z kolei, według mnie, dość tania "niebiańska sztuczka" ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Errata: ...bo może będzie wystarczać już tylko....itd.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Owszem, porobiło się bardzo dziwacznie.
Ale poczekajmy na zmiany, bo może wystarczy tylko święcona woda i egzorcysta.

„W dzisiejszych czasach, wobec wielu zagrożeń, posługa uwalniania od złych duchów jest coraz bardziej potrzebna” – alarmuje portal katolik.pl;)) Powołano już iluś tam (nie pamiętam liczby) nowych egzorcystów, choć każdy biskup nim jest i może podjąć się egzorcyzmowania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Grażyno, jeszcze a propos barku akceptacji i aptek. Ciekaw jestem czy za kilka lat ostanie się choć jedna nie "sieciówka" ..?
A ma to swoje konsekwencje. Przynajmniej w jednej z nich pracownicy, farnmaceuci przeceiż, NIE MAJĄ ŻADNEGO WPŁYWU, na asortyment sprzedawanego towaru. To wszystko "załatwia" za nich system. Pytam się, czy coś jest, odpowiadają, że nie ma, a na pytanie czy będzie, odpowiadają, że to nie leży w ich kompetencjach...
I tak, krok za krokiem...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.