Facebook Google+ Twitter

Faza pucharowa Ligi Mistrzów - przegląd. Część II

Cztery pojedynki bliskie rozstrzygnięcia już po pierwszym meczu, trzy bramkowe remisy i jedno nieznaczne zwycięstwo gospodarzy. Oto mój autorski przegląd ośmiu par 1/8 finału Ligi Mistrzów, w przededniu meczów rewanżowych.

 / Fot. internetKu uciesze fanów futbolu w całej Europie po zimowej przerwie powróciły najciekawsze, międzynarodowe zmagania klubów piłkarskich na Starym Kontynencie We wtorek 12 oraz w środę 13 lutego odbyły się pierwsze cztery mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów UEFA. Kolejne cztery starcia rozegrano 19 i 20 lutego. 16 najlepszych drużyn rozpoczęło najważniejszą fazę zmagań o sławę, wielkie pieniądze, zaszczyty oraz wymarzony Puchar Europy. Tu już nie ma miejsca na błędy i potknięcia, które mogły ujść na sucho w rywalizacji w grupach. Od teraz zasady są proste i przejrzyste. Dwie drużyny skojarzone przez los. Dwa mecze po 90 minut, z ewentualną dogrywką i rzutami karnymi. Przegrywający odpada, zwycięzca walczy dalej.

Inauguracja tego swoistego pojedynku na śmierć i życie miała miejsce równocześnie na dwóch arenach. 12 kutego o 20:45 na Celtic Park wybiegły drużyny Celticu Glasgow i Juventusu Turyn. W tym samym czasie na Estadio Mestalia w Walencji gospodarze podejmowali francuskie Paris saint-germain. W pierwszym meczu zgodnie z przewidywaniami większości ekspertów, a także moimi osobistymi przypuszczeniami, doświadczenie popularnej Starej Damy, wzięło górę nad szkocką młodzieżą, pretendującą do miejsca wśród europejskiej czołówki.

Z drugiej strony znając waleczność i nieustępliwość Szkotów oraz wiedząc, że na własnym stadionie są niekiedy w stanie ograć największe, europejskie firmy, jak choćby Barcelonę w tegorocznej fazie grupowej, nie spodziewałem się aż takiej dominacji mistrza Włoch. Podopieczni Antonio Conte dołowienie rozstrzelali Celtów, z zimną bezwzględnością starego, europejskiego wyjadacza, piętnując szkolne błędy obrony rywali. Już w 3’ minucie Alessandro Matri po długim podaniu z głębi pola, wykorzystał luki w komunikacji bramkarza oraz stoperów gospodarzy i zdobył pierwszą bramkę.

Potem zgodnie z przewidywaniami Włosi schowani za podwójną gardą, szukali okazji do kontry. Podopieczni Neila Lennona z uporem dążyli do wyrównania, ale ich ataki przypominały przysłowiowe bicie głową w mur. Z każdą upływającą minutą desperacja gospodarzy rosła, a Juventus niczym wytrawny szermierz czekał na kolejny fałszywy ruch rywala. W końcu cierpliwość Turyńczyków została nagrodzona i po dwóch koszmarnych błędach szkockiej defensywy, zdołali odebrać gospodarzom realne szanse na awans do kolejnej rundy.

Najpierw w 77’ minucie bramkę na 2:0 strzelił Claudio Machisio. Sześć minut później gwiazda reprezentacji Czarnogóry - Mirko Vucinic ustalił wynik meczu na 3:0, ostatecznie dowodząc całkowitej dominacji popularnej Starej Damy. Przed rewanżem zaplanowanym na 6 marca, Juventus jest zatem więcej niż murowanym faworytem. Innymi słowy każde inne rozwiązanie niż awans Włochów do ćwierćfinału, graniczy wręcz z niemożliwością i musiałoby zostać uznane za największą sensację piłkarską ostatniej dekady.

W tym samym czasie kiedy popularni Celtowie żegnali się z marzeniami o europejskiej potędze, podobne katusze przeżywali kibice na Estadio Mestalia. Ich Valencia była jedynie tłem, dla napędzanego petrodolarami PSG pod wodzą Carlo Ancelottiego. Argentyńczycy Javier Pastore i Ezechiel Lavezzi, wspierani przez Zlatana Ibrahimovica, co chwila siali spustoszenie w szykach obronnych gospodarzy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w 10’ minucie wynik meczu otworzył Lavezzi, a w 43’, jego rodak podwyższył na 2:0. W drugiej połowie rozbici gospodarze, nie potrafili się pozbierać. Cały czas brakowało im siły przebicia oraz pomysłowości w ataku. Jedynym osiągnięciem ich niezdarnych, ofensywnych poczynań, była swoista „bramka na otarcie łez”, zdobyta po stałym fragmencie gry przez francuskiego stopera Adila Ramiego.

Oczywiście gdyby Valencia grała pierwszy mecz na wyjeździe, taki wynik można by uznać za niezły prognostyk przed rewanżem. Ten kto choć raz oglądał rywalizację w fazie pucharowej europejskich zmagań, doskonale wie, że każdy gol stracony w roli gospodarza inauguracyjnego pojedynku, w znacznym stopniu niweluje szanse awansu. Jeśli w dodatku drużyna grająca przed własną publicznością, poniesie, choćby minimalną porażkę, może się w praktyce pożegnać z marzeniami o sukcesie.

W przypadku Valencii równie istotny jest także styli przegranej. Zawodnicy z Estadio Mestalia byli słabsi od swych rywali w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. W dodatku zawiedli również całkowicie w sferze mentalnej i wolicjonalnej. Schodząc do szatni z „bagażem” dwóch goli, sprawiali wrażenie pogodzonych z klęską i w drugiej połowie nie potrafili odpowiednio zareagować.

Na drodze do upragnionego ćwierćfinału nie powinna PSG stanąć nawet skrajna nieodpowiedzialność, czy wręcz głupota Zlatana Ibrahimovica. Gwiazdor reprezentacji Szwecji obok swojego niezaprzeczalnego, piłkarskiego geniuszu, znany jest bowiem także z okazjonalnych, niekontrolowanych napadów boiskowego szaleństwa. Kibice na Estadio Mestalia mogli zaobserwować kolejny atak tej przypadłości, już po upływie regulaminowych, dziewięćdziesięciu minut. Napastnik gości brutalnie odepchnął rywala i w pełni zasłużenie został wyrzucony z murawy.

Dzień po starciach w Walencji oraz Glasgow, do walki o ćwierćfinał Ligi Mistrzów stanęły Szachtar Donieck z Borussią Dortmund i Real Madryt z Manchesterem United. Ze zrozumiałych względów oczy całej Europy, zwrócone były na stolicę Hiszpanii, gdzie mieliśmy okazję oglądać pojedynek, przez wielu, określany mianem przedwczesnego finału. Od chwili ogłoszenia wyników losowania wiadomo było, że obok zmagań znakomitych piłkarzy, będzie to również partia szachów pomiędzy dwoma niesamowitymi trenerami. Zderzenie wielce charyzmatycznych osobowości - menadżerów, których nazwiska wystarczą za cały komentarz do ich osiągnięć. Sir Alex Ferguson kontra Jose Mourinho.

Jak to często bywa w przypadku dwóch topowych zespołów oraz wyśmienitych, szanujących się wzajemnie szkoleniowców, samo starcie na Estadio Santiago Bernabeu było raczej przeciętnym widowiskiem. Zawodnicy wyszli na boisko w poczuciu ogromnego respektu dla swych utytułowanych rywali oraz wielkiej odpowiedzialności za wynik. To z kolei uniemożliwiło im prowadzenie otwartej walki, uwolnionej od ścisłego rygoru taktyki.

W rezultacie kibice doczekali się zaledwie dwóch bramek. W 20’ minucie po dośrodkowaniu ze stojącej piłki defensorów Realu przechytrzył Danny Welbeck i głową skierował piłkę do siatki gospodarzy. Dziesięć minut później, po pięknym wyjściu w powietrze, wyrównał Cristiano Ronaldo. Dalszy ciąg spotkania można podsumować bardzo krótko. Z jednej strony nieustanne próby gospodarzy, który koniecznie chcieli uzyskać korzystniejszy wynik. Z drugiej zabójczo groźnie kontry, konsekwentnie broniącego się Manchesteru.

Bramkowy remis jest oczywiście korzystny dla aktualnych vice mistrzów Anglii, ale biorąc pod uwagę wyjazdową demolkę, jaką Real urządził Barcelonie w rewanżowym meczu, półfinału Pucharu Króla, niczego nie przesądza. Z drugiej strony pomimo usilnego zaklinania rzeczywistości, zwłaszcza przez tak zwanych telewizyjnych ekspertów, Duma Katalonii nie jest obecnie w najwyższej formie. Podopieczni sir Alexa Fergusona dysponując zadziwiająco bezpieczną przewagą w lidze, mogą natomiast skoncentrować się na przygotowaniach do wtorkowego meczu. Biorąc to wszystko pod uwagę nie sądzę, aby fanom Manchesteru United groziła powtórka koszmaru z 2004 roku.

To właśnie tej pamiętnej wiosny rozpoczęła się wielka, międzynarodowa kariera Jose Mourinho. Jego FC Porto po zwycięstwie 2:1 na własnym stadionie, przyjechało na rewanż na Old Trafford. Gospodarze prowadzili po golu niezawodnego Paula Scholesa z 32” minuty. Kiedy kibicom na stadionie, a także mnie przed telewizorem wydawało się, że sprawa awansu jest przesądzona, kilka rzeczy wydarzyło się niemal równocześnie. Uderzenie Costinhy, fatalny błąd Amerykanina Tima Howarda, który przypieczętował koniec jego kariery w MU, remis 1:1 w 90” minucie i szalony rajd rozradowanego Mourinho wzdłuż linii bocznej boiska, z czarną marynarką trzepoczącą na wietrze.

W cieniu rywalizacji dwóch europejskich gigantów, niemniej istotne zmagania toczyły dwa zespoły, walczące o miano czarnego konia tegorocznej edycji Ligi Mistrzów - Szachtar Donieck i Borussia Dortmund. Mecz na jednej z aren EURO 2012 miał niezwykle ciekawy, ale i nieco dziwny przebieg. Od pierwszego gwizdka aktualni mistrzowie Niemiec, z trzema Polakami w wyjściowym składzie, usiłowali narzucić rywalom swój styl gry. Wysoki pressing, połączony z szybką wymianą krótkich podań w ataku pozycyjnym, sprawiał Ukraińcom mnóstwo kłopotów. Ich brazylijskie gwiazdy robiły sporo zamieszania pod bramką Romana Waidenfellera, ale jednocześnie często sprawiały wrażenie przysłowiowych jeźdźców bez głowy. Znakomita technika użytkowa, łatwość w prowadzeniu piłki oraz duża szybkość, nie przekładały się na skuteczność i stwarzanie realnego zagrożenia pod polem karnym przeciwnika.

Staranne przygotowanie do meczu, nie pozwoliło drużynie Szachtara, do końca „zamaskować” długiej, zimowej przerwy w spotkaniach ligowych. Od samego początku wyraźnie widoczna była wyższa kultura gry Borussi oraz łatwość w dochodzeniu do groźnych sytuacji pod bramką rywala. Zawodziła jedynie skuteczność.

Jak mówi stare obiegowe, piłkarskie powiedzenie: niewykorzystane sytuacje lubią się czasami zemścić. Tak stało się i tym razem. W 31’ kapitan gospodarzy, Chorwat Dario Srna, posłał potężne uderzenie z rzutu wolnego. Po chwili piłka zatrzepotała w siatce obok bezradnego Waidenfellera. Ta bramka nie przyniosła jednak Ukraińcom tak upragnionej zmiany obrazu gry. Borussia dalej uparcie atakowała i na cztery minuty przed przerwą Robert Lewandowski wykorzystał kolejne zamieszanie w polu karnym Szachtara, strzelając na 1:1.

W drugiej połowie walka nadal przebiegała pod dyktando gości, ale dziwnym zrządzeniem losu, to gospodarze ponownie objęli prowadzenie. W 68’ minucie rezerwowy Douglas Costa, po kilkudziesięciometrowym podaniu z głębi pola, ładnym strzałem z pierwszej piłki, pokonał bramkarza Borussi. Przez następne 20 minut Ukraińcy mogli mieć nadzieje, że przed wyjazdem na rewanż do Niemiec, uda im się uzyskać minimalnie korzystny rezultat. Dortmundczycy nie zamierzali jednak odpuścić. W 87’ minucie Mats Hummels po klasycznym dośrodkowaniu z rzutu rożnego, wyrównał stan rywalizacji na 2:2.

Przed wtorkowym starciem w Dortmundzie, nie tylko wynik przywieziony z Doniecka, ale i jakość gry, czyni z Borussi zdecydowanego faworyta do awansu. Niejako uwolnieni od konieczności ligowej pogoni za świetnie grającym Bayernem, podopieczni Kloppa mogą się skoncentrować na walce w Europie. Szachtar pokazał natomiast, że jest silnym, ale bardzo nieobliczalnym rywalem. Bramkowy remis uzyskany przed własną publicznością, nie pozbawia ich oczywiście szans, ale moim zdaniem kilka młodych, brazylijskich gwiazdeczek, wspartych solidnymi weteranami w rodzaju Srny, to na razie za mało, aby śnić o potędze. Mecz na Stadionie Westfalii może być emocjonującym widowiskiem, nie przewiduje jednak innego rezultatu niż awans Borussi Dortmund.

19 lutego mieliśmy okazję zobaczyć w akcji dwie kolejne pary 1/8 finału. Można powiedzieć, że oba te mecze nie miały jakiejś oszałamiającej historii. FC Porto podjęło u siebie hiszpańskiego debiutanta z Malagi. Popularne smoki odprawiły swych rywali z jedno bramkowym debetem, a wysokość zwycięstwa mogła być znacznie okazalsza, gdyby nie rozregulowane celowniki napastników gospodarzy. Taki wynik nie odbiera oczywiście szans zespołowi z Andaluzji, ale pucharowe obycie FC Porto, czyni ich faworytem do występu w ćwierćfinale.

W czasie kiedy w Porto toczono iberyjskie derby, na The Emirates Stadium w Londynie, dokonywała się swoista rzeź niewiniątek, której ofiarą padł miejscowy Arsenal. Potrafiący grać bardzo skutecznie i widowiskowo, ale jednocześnie przeżywający chyba najbardziej nierówny sezon za kadencji Wengera Kanoneirzy, musieli się zmierzyć z Bayernem Monachium. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami Bawarczycy trafili na tą bardziej rozkapryszoną, nieporadną twarz gospodarzy i nie zamierzali okazywać litości. Z precyzją godną dobrze naoliwionego walca sprasowali Londyńczyków na gładziutką miazgę, pozbawiając ich wszelkich złudzeń o możliwości występu w ćwierćfinale. Biorąc pod uwagę katastrofalne błędy defensywy Arsenalu porażkę w stosunku 1:3, należy uznać za dość niski wymiar kary.

20 lutego 2013 roku swoje pierwsze mecze rozegrały cztery ostanie zespoły najlepszej szesnastki Ligi Mistrzów. Niemieckie Schalke 04 wywiozło cenny remis 1:1 z gorącego terenu w Stambule, a Barcelona pojechała do Mediolanu na szlagierowy mecz z tamtejszym AC Milan. Zdecydowana większość obserwatorów, jak Europa długa i szeroka, wieszczyła łatwe zwycięstwo Dumy Katalonii. Dziś mało kto może uwierzyć, ale ja osobiście zakładałem wysokie prawdopodobieństwo całkiem innego scenariusza. Dałem zresztą temu wyraz w moim poprzednim tekście o parach najlepszej szesnastki Ligi Mistrzów.

Być może moja odmienna prognoza odnośnie przebiegu tej rywalizacji, wzięła się z chwilami wręcz alergicznej niechęci, do stylu gry preferowanego przez Barcelonę. Im bardziej media i kibice na Starym Kontynencie zachwycają się katalońską tiki-taką, utożsamiając ją jednocześnie z absolutnym, niepodważalnym pięknem futbolu, tym bardziej mnie ona odrzuca. Dlaczego? Nie jestem i nigdy nie będę kibicem Barcelony, ale to wcale nie oznacza, że gardzę osiągnięciami tego wielkiego klubu. Szanuję dokonania jego znakomitych piłkarzy i trenerów, ale nie oznacza to, że muszę się bezkrytycznie zachwycać stylem gry Blaugrany. Mówiąc najprościej oglądanie tiki-taki, najzwyczajniej w świecie mnie nudzi.

Oczywiście niezależnie od mojej opinii w ostatnich latach, taki a nie innych sposób gry, przynosił Barcelonie ogromne sukcesy. Nie zmienia to jednak faktu, że ów specyficzny styl, od początku miał swoje wady, których w ogólnym, ślepym uwielbieniu nie tylko nie próbowano wyeliminować, ale nawet nie chciano zauważyć.

W ostatnim czasie coraz liczniejsi rywale Barcelony, zwłaszcza na arenie międzynarodowej, skutecznie odnajdują i wykorzystują niedoskonałości katalońskiej tiki-taki. Najświeższy taki przypadek miał miejsce właśnie na San Siro podczas pierwszego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Barcelona jak zwykle rozpoczęła mecz od nadzwyczajnie spokojnego, długiego rozgrywania piłki. Podstawowym celem tej taktyki była jak zawsze chęć zdominowania rywala, ograniczenie mu pola manewru oraz znalezienie luki w jego defensywie. Problem w tym, że zawodnicy Milanu, nawet na chwile nie dali się wytrącić z równowagi. Konsekwencją i uporem godnym najlepszych lat włoskiego catanacio, rozbijali większość akcji ofensywnych Barcelony w zarodku. Co więcej aby to osiągnąć, nie musieli nawet wstawiać do bramki przysłowiowego autobusu, a Christian Abbiati, był praktycznie całkiem bezrobotny.


W miarę upływu czasu starania aktualnych vice mistrzów Hiszpanii stawały się coraz bardziej groteskowe. Barcelona oczywiście miażdżyła swych przeciwników pod względem ilości wymienianych podań oraz procentu posiadania piłki. Ku niezadowoleniu kibiców katalońskiego giganta, nie miało to jednak absolutnie żadnego przełożenia na efektywne zagrożenie bramki gospodarzy. Tu właśnie ujawniła się jedna z największych, nigdy nie rozwiązanych bolączek barcelońskiej „wyszywanki” - jej mała elastyczność oraz chwilami rażąca nieskuteczność. Ktoś może w takim razie zapytać, jak to jest możliwe, że Barca Guardioli zdobyła aż tyle trofeów?

Otóż w zdecydowanej większości przypadków, udawało jej się prędzej czy później, znaleźć pęknięcie w szykach obronnych przeciwnika. Długie, mozolne rozgrywanie ataku pozycyjnego sprawiało, że w końcu gdzieś pojawiała się luka, umożliwiająca wyprowadzenie szybkiego, zabójczego i nierzadko pięknego ciosu. Jeżeli dany rywal był na tyle szalony, aby zdecydować się na otwartą wymianę ciosów z Messim i spółką, zadanie to stawało się tym łatwiejsze. Po zdobyciu prowadzenia ogromna przewaga w posiadaniu piłki, działa tylko na korzyść Barcelony. Dominując na boisku, uniemożliwia bowiem przegrywającemu zespołowi skuteczną pogoń, dając jednocześnie kolejne okazje do skutecznego podwyższenia wyniku.

Co się jednak dzieje w tych nielicznych przypadkach, kiedy w arcyważnym meczu, najczęściej na arenie międzynarodowej, silny przeciwnik nie daje się złamać, a dodatku sam zdobędzie pierwszą bramkę? Barcelona dalej wymienia podania i ma przewaga pozycyjną, ale czas działa już na jej niekorzyść. W takiej sytuacji należałoby, wzorem innych, topowych, europejskich zespołów, poszukać prostszych, mniej koronkowych, ale zrazem szybszych i skuteczniejszych środków na sforsowanie zasieków obronnych rywala. Niestety mecz z Milanem po raz kolejny dobitnie pokazał, że przekonana o wyższości tiki-taki Barcelona, nie potrafi zmienić swego stylu, nawet w stanie wyższej konieczności.

Ktoś może mi zarzucić, że bezpodstawnie czepiam się najlepszej, klubowej drużyny świata, ale wynik starcia na San Siro oraz dwie klęski w bezpośrednich starciach z Realem Madryt (liga, a zwłaszcza Puchar Króla), mówią same za siebie. Do tego wszystkiego należy jeszcze dołożyć znaczącą przegraną z Chelsea Londyn, w półfinale zeszłorocznej edycji Ligi Mistrzów i otrzymamy pełny obraz największych słabości, rzekomo genialnej, współczesnej Dumy Katalonii.

Chodzi mi tu przede wszystkim o skrajną nieelastyczność. Niezależnie od tego czy na ławce trenerskiej zasiada Guardiola, Vilanova, czy Roura, wszyscy włącznie z rywalem, jeszcze przed rozcięciem meczu, wiedzą jak zagra Barcelona. Moim zdaniem jest ona obecnie najbardziej przewidywalnym zespołem z europejskiej czołówki. Oczywiście wiedzieć, jak zagra Barcelona, a skutecznie się jej przeciwstawić, to dwie całkiem różne rzeczy. Niemniej jednak najgroźniejsi przeciwnicy na arenie międzynarodowej oraz Real Madryt na tak zwanym krajowym podwórku, zdają się znać receptę na zniwelowanie największych atutów Barcy i coraz częściej, skutecznie wprowadzają ją w życie.

Podczas pierwszego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, Milan przeprowadził tę operację po mistrzowsku. Przez cały mecz pozwalał Dumie Katalonii na rozgrywanie piłki, ale tylko do momentu wyznaczonego przez jego zasieki obronne. Na mozolne próby sforsowania włoskiej defensywy, gospodarze odpowiadali coraz groźniejszymi kontrami, po raz kolejny udowadniając, że tak wielkiej drużynie jak Barcelona, nie wypada wręcz posiadać tak żenująco słabej formacji defensywnej.

Kiedy w drugiej połowie dwie akcje Milanu zakończyły się powodzeniem, hiszpański gigant znalazł się na kolanach i do końca meczu miotał się niczym ranna, bezradna bestia. Najlepszym dowodem dominacji gospodarzy oraz niskiej efektywności tiki-taki w starciu ze znakomicie zorganizowanym przeciwnikiem, nie będzie fakt oddania przez gości zaledwie dwóch celnych strzałów. W takiej sytuacji bezkrytyczni piewcy mitu o rzekomej wyższości wielkiej Barcelony nad resztą piłkarskiego świata, nie mogą nawet zarzucić Włochom uprawiania anty futbolu. Milan okazał się po prostu skuteczniejszy od swych rywali oraz stworzył sobie więcej klarownych okazji pod bramką Valdesa. Patrząc na wynik oraz sposób gry obu zespołów fakt, że Katalończycy byli przy piłce przez przeszło 2/3 spotkania i wymieni znacznie więcej podań, nie ma żadnego znaczenia.

Reasumując można powiedzieć, że cztery z ośmiu pojedynków w 1/8 finału Ligi Mistrzów zostały w zasadzie rozstrzygnięte już w pierwszym meczu. Oczywiście w sporcie wszystko jest możliwe, ale wyniki oraz aktualna forma Arsenalu, Barcelony, Celticu, czy Valencii, stawiają te zespoły na przegranej pozycji przed rewanżem. Malaga i Porto mogą jeszcze stoczyć zacięty bój, ale minimalna zaliczka, połączona z pucharowym doświadczeniem Portugalczyków, czynią z nich zdecydowanego faworyta. Trzy pozostałe mecze zakończyły się bramkowymi remisami, każdorazowo premiując gości pierwszego starcia. Niemniej jednak to właśnie tu rewanżowa rywalizacja może się okazać najbardziej zacięta.



Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.