Każdy chce być częścią tego sportu i walczyć o piękne zwycięstwa, honor i dumę. Choćby w derbach Łodzi, zamiast Widzewa i ŁKS-u, zagrały Orzeł i Kolejarz. Emocje wcale nie są mniejsze. Tylko na nieco mniejsza skalę.
Są na świecie potężne kluby, których fanów liczy się w milionach. Kiedy odwiedzają mniejsze miejscowości lub dalekie krainy wszyscy chcą choć zobaczyć na żywo piłkarza ze słynnego Manchesteru czy Interu. Także w Polsce pierwszoligowcy jeżdżą do okolicznych miejscowości promując swoją markę i grając sparingi. Lecz na codzień życie toczy sie spokojniej, bez kamer i nagłówków w gazetach.
Jednak jakiś dziwny fenomen sprawia, że większość z nas kocha piłkę nożną i chce być jej jak najbliżej, uczestniczyć w tej wielkiej machinie, nie tylko od święta. Dlatego też powstają inne kluby. Takie, o których przeciętny kibic nigdy nie słyszał i pewnie nigdy nie usłyszy.
Honor i duma
W wielkich miastach są dziesiątki klubów. Od Warszawy po Kraków, co tydzien trwają lokalne wojny i wojenki boiskowe. Tatusiowie dopingują swoich synków, by Ci walczyli jak lwy, przeciwko sąsiadowi, bo ten nie pożyczył wiertarki. I kiedy kończy się okres młodzieńczy i piłka nożna jest tylko weekendową rekreacją w ciężkim tygodniu pracy, "synkowie" przechodzą do mniejszych klubików, choć z wielkich miast. Warszawa to nie tylko Legia i Polonia, Kraków to nie tylko Wisła, Cracovia i Hutnik. Mimo że najpopularniejsze, to zawsze znajdą się Ci, którzy wolą być bliżej, bo każdy chce być częścią tego sportu i walczyć o piękne zwycięstwa, honor i dumę. Choćby w derbach Łodzi, zamiast Widzewa i ŁKS-u, zagrały Orzeł i Kolejarz. Emocje wcale nie są mniejsze. Tylko na nieco mniejszą skalę.
Start Brzeziny vs. KKS Koluszki
W kwietniowy, niedzielny dzień na stadionie przy ulicy Kolejowej jest komplet publiczności. Przyjechali wszyscy. Fan klub zakupił race i flagi, przed stadionem starsza pani sprzedaje szaliki, a kibiców dwóch drużyn rozdziela kordon policji. Nienawidzą się bardzo i porównanie do kibiców Barcelony i Realu nie jest wcale przesadzone, bo KKS i Start rywalizowały ze sobą zawsze. Emocje w czasie meczu sięgają zenitu. 600 kibiców krzyczy i śpiewa, piłkarze gryzą trawę i czasem ktoś upadnie z grymasem bólu na ustach na boisko. Ten kto wygra przez najbliższe pół roku będzie nosił głowę wyżej. Czasem aż dziw bierze, że z dwóch 10-tysięcznych miasteczek wzięło się tyle kibiców. Oni tym żyją, oni to kochają.
Nasza mała Liga Mistrzów
Tym razem był remis i wszyscy rozjechali sie do domów. Skończyło się na próbie samosądu nad sędzią i wybrykami kilku zagorzałych, młodych fanów. Te półtorej godziny było odskocznią od codzienności i małomiasteczkowych problemów. Oni mają swoja małą Champions League, swoje Grand Derby i miniaturowe Old Trafford. Bo każdy, nawet najbardziej szary kibic chce poczuć smak zwycięstwa nad lokalnym rywalem i poznać na żywo emocje, który widzi przy transmisjach w TV. Dlatego większość małych przedsiębiorców wpłaca, choćby te 50 zł miesięcznie na swój ukochany mały klubik, grający choćby w piątej lidze.
To jest twór społeczny
Nie ma Tele-foniki ani Grupy ITI, klub utrzymują kibice, ot taki sposób rozrywki. I tak co tydzień spotykają się na stadionie, grając o awans o tę klasę wyżej. Gdy im się uda wychodzą na ulicę, orkiestra maszeruje miastem a kibice trąbią samochodami. I to nie dlatego, że Polska wygrała mistrzostwa świata. Po prostu MKS 2000 Tuszyn awansował do "okręgówki" i wszyscy sie cieszą, że mają coś swojego, własnego, czego mogą dotknąć na codzień i naprawdę, a nie tylko kupić koszulkę z nazwiskiem Beckham. I mimo że nikt nie zna ich bohaterów, żadna kamera nie nagrała decydującej bramki, kochają to co robią, a potem wieczorem siadają przed TV z nadzieją, że kiedyś zobaczą tam ich mały klubik. Takie piękne i bardzo ludzkie marzenie.