Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

81186 miejsce

Festiwal d'Ile de France 2014 w różnych odcieniach tabu

Impreza rozgrywająca się w różnych zakątkach centralnego regionu Francji rozpoczęła się wczoraj wieczorem pełnym łamiących seksualne tabu występem czterech grup - Baby Dee i Little Annie, Joey Arias, The Tiger Lillies oraz Oliviera Py.

 / Fot. ile de frabnceNa początku na scenie pojawił się Olivier Py ze swoim zespołem, składającym się z saksofonisty, pianisty, perkusisty i kontrabasisty. Przyznaję, brak znajomości języka francuskiego pozbawił mnie możliwości udziału w salwach śmiechu toczących się przez salę w ciągu występu - ale konwencja była mimo wszystko łatwo czytelna. Artysta, ubrany w brokatową srebrną suknię z czerwonym podszyciem, chętnie prezentujący zgrabne nogi w czerwonych rajstopach i wybijające się przez nie przyrodzenie, żonglował seksualnymi tabu, odwołując się do problematycznej kwestii płci i tożsamości, własną osobą zamazując ostro wytyczone przez społeczeństwo granice, wreszcie rozprawiając na temat seksualnych fantazji, obsesji, uzależnienia, ilości i jakości posiadanych zabawek i tak dalej, i tak dalej. Utrzymany w konwencji tradycyjnej piosenki, czasami nieco jazzującej, koncert pełen był libertariańskich gestów, przysiadania na pianinie, flirtowania z muzykami i publicznością, popijania wina prosto z butelki. Jak na elegancką salę koncertową w sercu Paryża (na szczęście ulokowaną na Moulin Rouge, co dodatkowo uwypukla intencje i klimat występu), było to przyjemne nawiązanie do bohemiarskiego stylu życia i seksualnej wolności, z której Francuzi słyną (choć w ich wydaniu seksualna wolność jest problematyczna, z jednej strony manifestowana i praktykowana przez wielu Paryżan, z drugiej wciąż piętnowana przez katolicką część narodu).

Olivier Py zajmował się też konferansjerką w czasie, kiedy zmieniano ustawienie sali i instrumenty.

Drugi występ drobniutkiej Little Annie i pianisty/pianistki Baby Dee był znów singersongwritterskim popisem, rozpiętym pomiędzy oszczędną estetyką (pianino, skrzypce, kontrabas) a teatralnym, performerskim podejściem do grania na żywo, który połączył Little Annie i Baby Dee. Piosenki o miłości i życiu, pełne ciemnego poczucia humoru, zagrane w nieco Waitsowej estetyce, dostały ten element ekscentrycznej alternatywnej wizji seksualności głównie dzięki dialogowi głównych gwiazd sceny, potężnej Baby Dee, transgenderowej artystki, i Annie. Zabrakło mi jednak pazura w tym stonowanym koncercie, częściowo wynikającego z tego, że pozbawione dęciaków kompozycje nie były aż tak żywiołowe, częściowo dlatego, że liryki Annie były dość niewyraźne, za sprawą słabego nagłośnienia i jej specyficznej, stonowanej ekspresji. Ale prawdziwe sceniczne zwierzę nadeszło zaraz potem.

Joey Arias to była petarda. Fantastyczny, niski, pełen skrzypień i cudownych pisków głos drag-queen zabrał nas w jazzową podróż po klasykach. Jego głos jest absolutnie kobiecym instrumentem, sylwetka pozbawiona klasycznego wcięcia już nieco zaburza pogląd, ale niezwykle kobiece, ekstrawertycznie seksualne gesty i teksty (My pussy hot tonight) idealnie wpisywały się w konwencję wieczora, zadając kłam wizjom, które wielu z nas uznaje za oczywiste. Płci są płynne i istnieje całe mnóstwo możliwych wcieleń, jakie przyjmują. Joey jest liderem idealnym - ostre żarty, gigantyczny temperament (któryś z widzów włożył mu pieniądze za podwiązki, za co obiecano mu spotkanie w łazience, zilustrowane serią mimicznych i gestualnych reprezentacji tego, co ma się w niej wydarzyć), masturbacje i striptizy świetnie uzupełniały ten klasyczny, jazzowo-piosenkowy koncert. Dzięki temu sztuka "wysoka", akceptowalna na salonach i rzeźbionych balkonach sal takich jak ta w Le Trianon, spotkała się z kontrastowym burleskowym stylem queerowej kultury, która musi zwykle radzić sobie w znacznie mniej formalnych okolicznościach i otoczeniu.

Zwieńczeniem występu był bardzo dobry koncert The Tiger Lillies, londyńskiej grupy, którą poznałam za sprawą filmu "Shortbus" - pojawiający się na scenie queerowego klubu Shortbus Justin Bond współpracował z tym zespołem. The Tiger Lillies odpłynęli od obowiązującej estetyki w stronę ekstrawaganckiego kabaretu, mrocznego, ascetycznego grania, pełnego alternatywnego artyzmu. Wokalista z cienkim i długim jak wąż warkoczem gra na zmianę na akordeonie i pianinie, kontrabasista porzuca od czasu do czasu swój instrument na rzecz piły (świetnie, niepokojąco wpisującej się w klimat zespołu), a o pewną przewidywalność koncertu dba perkusista. Artyści potraktowali nas historiami o podróżnikach, przywożących jako pamiątki choroby weneryczne i coraz to mniej członków, pieśniami o łzach, samotności i śmierci, przeżartymi specyficzną wokalną manierą, niepokojącym makijażem i mimiką Pierrota, teatralnością i niezwykle mroczną atmosferą emanującą z tej kontrowersyjnej całości. Rzecz jasna wypadli znakomicie, wprawieni w swoje role od 1989 roku, kiedy to zespół powstał, są technicznie niezwykle sprawni, a ich samych wręcz trudno wyobrazić sobie poza tą upiorną, fascynującą konwencją. I tak oto rozpoczął się festiwal, który potrwa do połowy października, racząc nas całą serią wydarzeń, w których muzyka, taniec, wykłady i warsztaty traktowały będą w różny sposób tematy tabu. Polecam sprawdzić repertuar na www.festival-idf.fr/.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.