Facebook Google+ Twitter

Festiwal Tauron Nowa Muzyka. Dźwięki w industrialnej skorupie

Cztery dni spotkań z dźwiękami nie wpisującymi się w banalne schematy za nami. Doświadczenia słuchowe i wzrokowe z trzech spośród nich postaram się teraz przybliżyć.

Bonobo / Fot. Arnar Freyr ÓskarssonPowrót do Katowic był i tym razem, pomimo aury bliższej Glastonbury niż rozpieszczającemu nas polskiemu sierpniowi, czystą przyjemnością. Spotkania ze stosunkowo kameralnym festiwalem, umieszczonym w intrygującym otoczeniu XIX wiecznych industrialnych zabudowań, wyeksponowanych przez ciekawe oświetlenie i podkreślone przez różowo jarzące się Drzewo Życia (jakkolwiek nie jestem pewna co do oficjalności pochodzenia tego określenia), ze starannie wyselekcjonowanymi koncertami, wreszcie z fascynującym Nikiszowcem i Szybem Wilsona, pobudziło jeszcze moje zainteresowanie Śląskiem. Każda wizyta sprawia, że ta przemysłowa komórka Polski staje się coraz bliższa żywemu, wrażliwemu organowi.

Ale wracając do muzyki...

Dwa dni miały swój porządek, pewien subtelny klucz - pierwszego grupując eksperymenty i instrumenty, na drugi pozostawiając gramofony, sety i raperów.

Piątek zaczął się dla mnie dopiero koncertem Jaga Jazzist, a dokładniej epickim "All I Know is Tonight". I właściwie w kategorii spektakularnych openerów był to jeden z najlepszych początków, jakie mogłam sobie wyobrazić. Na scenie królowała kiść wiśni i wystrój przypominający bar, w którym muzyce Jaga łatwo się rozgościć. Pomimo pewnych rozterek w kwestii nagłośnienia - za dużo decybeli oraz podatność na warunki atmosferyczne, która sprawiła, że przy mocniejszych podmuchach wiatru koncert po prostu się rozwiewał, nie mogę nie pochwalić bardzo starannego wyeksponowania poszczególnych dźwięków i instrumentów. Dzięki temu wszystkie smaczki, którymi Jaga Jazzist włączają inny wymiar, były doskonale słyszalne. Subtelną, ambientową (Mogwaiową) elektronikę, staromodne solówki na saksofonach, barowe pianina, free jazzowe zagrywki, barokowo-transowe organy (przypominające na przykład powtarzalne, hipnotyczne struktury Philipa Glassa w "Toccatcie") i ekspresyjne gitary. Norwegowie mają rzadki dar budowania napięcia i grania emocjonujących koncertów, wędrując gdzieś pomiędzy jazzem, eksperymentem a rockiem.

Po Jaga Jazzist przyszedł czas na długo oczekiwany koncert Pantha Du Prince, który nie do końca spełnił moje oczekiwania. Nie do końca w dosłowny wręcz sposób, ponieważ większość występu była bardzo dobra, aż do momentu, kiedy słuchacz potrzebował już tylko dobitnej puenty, oczyszczającego zakończenia, którego niestety zabrakło. Magiczna pętla dźwięków zaprowadziła nas donikąd.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.