Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17732 miejsce

Festiwalowi Püdelsi

Ta rozmowa z założenia miała być inna. Chciałam spytać o przygotowania grupy do występu na festiwalu w Opolu. Szymona, Andrzeja i Franza spotkałam w minorowych nastrojach i niechętnych do konwersacji...

Po namowach udało się porozmawiać z każdym z nich z osobna. Na te kilkadziesiąt minut zamieniłam się w psychoterapeutkę...


FRANZ

Zdjęcia Franza z kryształowym słoikiem nie schodzą z pierwszych stron gazet. / Fot. archiwum zespołuJAGNA: Co się stało?
FRANZ DREADHUNTER: Nasza piosenka „Gdyby ryby”, do której tekst napisał Wiktor Zin, została przez komisję kwalifikacyjną odrzucona z festiwalu opolskiego.

- Do czego zespołowi wywodzącemu się z undergroundu potrzebny jest taki festiwal?
FRANZ: Od samego początku byłem wrogo nastawiony do występu zespołu na festiwalu w Opolu. Szczególnie, że poprzedni festiwal opolski ponuro zapadł mi w pamięci.

- Ponuro? Wasza „Dawna Dziewczyna” wyjechała z tego festiwalu z nagrodą.
FRANZ: Tak, otrzymaliśmy nagrodę od Polskiego Radia dla piosenki „Dawna dziewczyno”. Jak wiadomo nie od dziś, lubię walczyć i nieotrzymanie pierwszej nagrody na festiwalu przybiło mnie. Tym bardziej, że za kulisami mówiono, że musieliśmy przegrać bo teraz muszą wygrać młodzi czyli Sistars.

- Nienajlepsze wspomnienia z poprzedniego festiwalu i jedna porażka na koncie. Trzy lata temu „Duety” nie zostały zakwalifikowane do konkursu. Dlaczego zdecydowaliście się ponownie startować w eliminacjach do Opola?
FRANZ: „Duety” były skazane na niepowodzenie To był fatalny okres dla zespołu. Maciek już wtedy kompletnie odleciał i nie można było się skoncentrować na przygotowaniu dobrej piosenki. Ale „Dawna dziewczyno” czy „Ryby” były trafione. Mówiąc szczerze traktuję takie konkursy jako element rock`n`rolla. Jesteśmy czasami bardzo impulsywni, wystarczy parę sekund i na coś się godzimy, coś kręcimy, gdzieś startujemy.

- Ale ta ostatnia porażka bolała...
FRANZ: Naprawdę bolała. Nawet ja, najtwardszy, miałem w tym momencie chwile słabości. Powietrze jakby uszło, wiara w cuda prysła. Tak też przygnębieni odbyliśmy parę prób na których atmosfera była nie do zniesienia. O byle co wybuchały awantury gdzieś to ciśnienie musiało ujść.

- I jak z tego kryzysowego stanu wybrnęliście?
FRANZ: Na szczęście nie poszliśmy w zalewanie smutków. W naszych głowach zakiełkował szalony, prześmiewczy pomysł aby napisać piosenkę na wszystkie festiwale świata. Tak pomyśleliśmy rano, a już wieczorem wysyłaliśmy ją na festiwal do Sopotu (śmiech). Najpierw jednak piosenkę wypróbowaliśmy na menadżerze, który jak dostał mp3 to omal nie przypłacił tego zawałem.

- Jeszcze raz zapytam: po co się pchacie na tego rodzaju festiwale?
FRANZ: Opole miało pokazać, że Kraków, stolica kultury ma coś fajnego do powiedzenia, coś ciekawego, innego.

- Ale czy opolską publiczność interesuje to czy Kraków ma coś ciekawego do powiedzenia? Czy im coś mówi nazwisko profesora Zina? Przecież oni nie po to oglądają ten festiwal żeby się wzruszyć, zasępić czy zadumać. Oni chcą mieć zabawę i to na niezbyt wygórowanym poziomie.
FRANZ: No właśnie, to po co te kwalifikacje?

- No właśnie, po co?
FRANZ: Każdemu może się coś wydawać, każdy żyje w jakimś swoim świecie. Nam wydawało się, że tak trzeba i że ludzie mogą być ciekawi tak jak kiedyś byli ciekawi Demarczyk, Grechuty i innych znakomitości. Kiedyś poziom był jednak wyższy.

- Który z was najbardziej przeżył to niepowodzenie?
FRANZ: Wydawało mi się, że Püdel dostanie po dupie najbardziej, a teraz patrzę, że Szymon też dostałPüdelsi, wielcy kompozytorzy wielkich przebojów / Fot. archiwum zespołu
mocno po jajach. Także jeden i drugi dostali równo.

- Czy w takich sytuacjach jesteście dla siebie wsparciem czy może jest wzajemne zwalanie winy?
FRANZ: Nie ma zwalania winy. Jednak najbardziej byłem podenerwowany jak przeczytałem w regulaminie, że na dzień przed wynikami oprócz 10 wybranych zespołów wybierają jeszcze pięć rezerwowych. Wtedy czułem, że jeśli się dostaniemy to jako rezerwowi.

- Co to znaczy rezerwowi?
FRANZ: Gdyby któryś z artystów odpadł z powodów proceduralnych to wtedy wchodzi ktoś z rezerwowych. Byłem blady, Püdelsi rezerwowi!

- Wiesz jak może być z rezerwejro, które w ostatnim meczu na mundialeiro wystawił trenejro? Dobrze może być...
FRANZ: Ale nie znaleźliśmy się nawet na rezejwejro.

- Dużo popełniliście błędów w karierze?
FRANZ: Błędy popełnia się zawsze, ale w tej robocie, gdzie tak naprawdę nad całością pracuje mniejszy lub większy sztab ludzi łatwo o jakieś „coś”. Sami też mieliśmy parę wpadek, ale wynikało to z bardzo wysokiego ciśnienia w zespole. Teraz kiedy wszystko zaczęło się jakby na nowo, trudno mi było odmówić Szymonowi żeby piosenka nie poszła do Opola. Z Maleńczukiem obiecywaliśmy sobie, że nie wystąpimy tam już nigdy w żadnym konkursie, ale wszystko się zmieniło. Prowokacja jest wpisana w historię Püdelsów. Ból z powodu Opola już minął. Teraz śmiejemy się z tego. No mogę tak na pewno powiedzieć o sobie, bo każdy z nich może przeżywać coś całkiem innego.

- A co będzie jak nie zostaniecie zakwalifikowani do Sopotu? Będzie znowu ten sam ból, warto ryzykować?
FRANZ: Bólu nie będzie. Teraz jest już tylko czysta prowokacja, ale będzie szkoda...


PÜDEL

Informacja dla fanów- Püdla, można spotkać w Hawanie , Zaciszu i na Krynickim deptaku / Fot. archiwum zespołuJAGNA: Püdel, czy zgłaszając piosenkę „Gdyby ryby” brrałeś pod uwagę porażkę?
PÜDEL: Brałem, ale miałem nadzieję, że jurorzy będą ciekawi co napisał profesor Zin, na którym wszyscy się wychowywali.

- Jak trafił do ciebie tekst prof. Zina?
PÜDEL: Po pierwsze miałem zaszczyt znać tego wielkiego człowieka wiele lat, po drugie lubił moje i Püdelsów teksty i postanowił napisać coś specjalnie dla mnie w rewanżu za tekst „płoną gacie na prałacie”. To piękna historia i piękny człowiek.

- Opowiedz coś o Profesorze, jakim był człowiekiem?
PÜDEL: Tytan pracy, człowiek ogromnej wiedzy, mówiący i piszący przepiękną polszczyzną, dowcipny i szczery, nigdy o nikim źle się nie wypowiadał, miłośnik piękna i obrońca ginącej przeszłości. Tekst „Gdyby ryby” dostałem po jego śmierci. Został odnaleziony przez rodzinę.

- Dlaczego akurat tę piosenkę wybraliście na festiwal w Opolu?
PÜDEL: Nagraliśmy kilka propozycji muzycznych, Szymon wybrał tę. Wierzyliśmy, że dostanie się do premier Opola.

- Nie powinnam wbijać wam szpadla w serce, ale nie od dziś wiemy, że na tym festiwalu nie o treść chodzi, Rękopis tekstu "Gdyby ryby" prof. Wiktora Zina zadedykowany prof. Püdlowi. / Fot. Archiwum prywatne Andrzeja "Püdla" Bieniaszaprzynajmniej nie o taką...
PÜDEL: Przepraszam!? A Demarczyk, Grechuta, Niemen, Sipińska, Czerwone Gitary, Breckout to nie polska piosenka!? Dobre teksty zawsze się w Opolu pojawiały.

- Polska, ale sami napisaliście w jednej ze swoich piosenek że "sztuka wysoka zeszła do rynsztoka". Opowiedz w takim razie o „Piosence festiwalowej”.
PÜDEL: Napisaliśmy „Piosenkę festiwalową” jako antidotum na porażkę.

- Który z Was najbardziej przeżył tę porażkę?
PÜDEL: Szymon jest introwertykiem trudno było po nim poznać, ale ja wiem, że przeżył to strasznie. Franz zjadł cały zapas walidolu, a ja no cóż, nie wiem czy się do tego przyznać- szlochałem w kąciku.

- Jak radzi sobie Szymon na miejscu Maćka? Mam na myśli presję, krytykę oraz ciągłe porównywanie go do poprzednika.
PÜDEL: Ta opcja zanika jak najdłuższa żmija, która przemija. Nikt już nie pyta o Maleńczuka. Robimy swoje i tak naprawdę, to gówno mnie to obchodzi. Ludzie akceptują Szymona, to jest teraz wokalista Püdelsów. Sądzę, że nowa płyta to pokaże. Na początku Püdelsów, 22 lata temu, też tak mówili: „bez Piotra* nie dacie rady”.

- Wróćmy do „Piosenki festiwalowej”.
PÜDEL: Siedzieliśmy w pokoju, Franz suszył głowę, ja robiłem sobie pedicure, a Szymon golił zarost, bo zarósł nie chcąc zapeszyć. No więc siedzieliśmy sobie w pokoju i nagle olśnienie! Wziąłem gitarę i zagrałem chłopakom ten tysięczny wszystkim znany akord C dur, potem A mol, potem F i potem G. Natychmiast podchwycili i tak powstała „Festiwalowa piosenka”. Tekst sączył się swobodnie, te smyki, to solo na gitarze, ten fortepian i ta przelotka na bębnach to miód na nasze uszy: „ty i ja, ja i ty”. Ta piosenka i te dźwięki to wielki krok naprzód w stronę uniesionych rąk, falujących tłumów i nieokiełznanych braw. Festiwalowa piosenka najlepsza na smutki i rozterki nadaje się na każdy wręcz festiwal, np. Ziemi lubuskiej. Ma jasny swobodny przekaz, zrozumiały dla każdego, a nie jakieś wydumane filozofie.

- "Latem świeci słońce, zimą pada śnieg, jesienią jesteś smutna, wiosną uśmiechasz się".
PÜDEL: Trawa jest zielona, woda jest mokra, niebo jest niebieskie, krew jest czerwona, a serce łopoce jak ptak.

- "Choć jesteś daleko to chciałbym cię spotkać, moja poduszka od łez wilgotna".
PÜDEL: Pod kołdrą zagrają twe dłonie, będziemy razem w gorącym uścisku... I tak godzinami można. To właśnie jest piękna, zrozumiała dla każdego treść.

- Żarty żartami, ale co będzie jak ludzie nie odczytają tego utworu jako pastisz, tylko wezmą go na poważnie?
PÜDEL: To zapalą zapalniczki i będą falować. Jeśli uwierzą w tę pieśń nie będziemy nikogo wyprowadzać z błędu.

- W obliczu takiego niebezpieczeństwa oby nie doszło do sodogłowia.
PÜDEL: Wtedy na pewno skorzystamy z rady psychoterapeuty.

- Czy w czasie waszej dwudziestoparoletniej kariery ani razu nie uderzyła wam sodówka?
PÜDEL: Oj sodówa lała się strumieniami. Nawet wypasione BMW kupiliśmy, ale go ukradli. Teraz skorzystamy z terapeuty, bo sodówka to choroba i trzeba ją leczyć.


SZYMON

Szymon Goldber stawia na miłość! / Fot. archiwum zespołuJAGNA: Czy bardzo bolało kiedy dowiedziałeś się, że „Gdyby ryby" zostały odrzucone przez komisję?
SZYMON: Poczułem się jak uczeń, który nie zdał matury, ale tylko przez chwilę, bo za trzy minuty znów byłem dorosły. Teraz mam to gdzieś, bo napisaliśmy nową piosenkę, która będzie podobać się wszystkim w całej Polsce i zobaczysz, że będą robić jej covery w innych krajach na wszystkich kontynentach.

- Czy w takiej sytuacji jak ta, zrzucacie na siebie winę czy jednoczycie się w bólu?
SZYMON: Myślę, że jednoczymy się w bólu. Staliśmy się sobie bliżsi. Ja wróciłem do swojej dziewczyny, a koledzy pogodzili się z żonami. Dzięki terapii mogę znów pisać teksty i jeździć na motorze. Uśmiechamy się do ludzi na ulicy, czasem dajemy im kwiaty. Nawet ostatnio byłem na Wawelu i jechałem dorożką po rynku. Ponownie jestem sobą. To ważne dla całego zespołu. Najlepsze są te różowe, a potem te zielone tabletki.

- Który z Was najbardziej przeżył tę porażkę?
SZYMON: Było ciężko nam wszystkim. Najbardziej jednak przeżył to Püdel, bo jest osobiście związany z piosenką. Kiedy ją grał widać było emocje na jego twarzy. A tak na serio to właśnie Püdel otrzymał ten tekst od Wiktora Zina i dlatego traktował tę piosenkę wyjątkowo. Ja od początku miałem dystans co do „Ryb” w kontekście festiwalowym, bo to piosenka inteligentna w warstwie tekstowej i muzycznej, a to już nie te czasy. Teraz twierdzę, że padliśmy ofiarą własnej naiwności, ale usprawiedliwienia nie ma, bo jak goście którzy tyle lat grają i wiedzą co to szołbiz mogli mieć nadzieję, że jury to łyknie.

- Co myślisz o festiwalach piosenki i całym tym show biznesie?
SZYMON: Festiwale wszelkiej maści na których grają zespoły reprezentujące rożny poziom mnożą się jak grzyby po deszczu. W świadomości zespołu istnieje przekonanie, że to co robi jest wyjątkowe i prawdziwe. Choć muzycy to artyści, obowiązują ich te same zasady co tak zwanych korporacyjnych pracowników czyli za dobrą pracę nagroda, ale potem jeszcze większa harówka, bo nagroda ma dopingować, a potem dopiero cieszyć. Nagle zaczynasz się orientować, że to co robisz nie jest wystarczające by osiągnąć sukces. Musisz zacząć inwestować w zespół, wykombinować patent na niego, kupić lepsze instrumenty i zaczynasz się orientować, że to przynosi efekty. Nie zdając sobie sprawy stajesz się produktem, bo zaczyna się tobą interesować wytwórnia i facet z cygarem mówi ci, że ty jesteś ok., ale trzeba coś zmienić, a repertuar robić jeszcze raz, bo ten słabe ma aranże i potrzebny jest producent. Namawiają cię aby zmienić stylistykę, robić pod publikę. W jednej chwili wszystko się wali i masz wybór underground lub overground. Jeżeli chcesz to stajesz do wyścigu, walczysz o hit, bo wiesz, że to jedyna droga do zdobycia sławy i pieniędzy. W międzyczasie robisz z siebie idiotę biorąc udział w obciachowych programach telewizyjnych i przepychasz się na okładki tabloidów żeby zaistnieć w świadomości potencjalnych odbiorców. Przestajesz być artystą i stajesz się pracownikiem fabryki przebojów. Nie bawisz się przy tym, nie sprawia ci to przyjemności, trenujesz uśmiech przed lustrem i zmuszasz się do bycia miłym dla ludzi których nie lubisz, ale od nich zależy twój sukces.

- Mówisz, że w pewnym momencie artyści traktowani są jak produkt. Czy czujesz, że stajesz się takim produktem, czy uległeś już naciskom faceta z cygarem?
SZYMON: Kiedyś, kiedy byłem dużo młodszy i miałem swój zespół dostałem super propozycję od gościa, który chciał nas wylansować, ale postawił warunek, że ja będę śpiewał, ale zespół będzie inny, bo ten który mam to mu się nie podoba. Twierdził, że chłopaki są sztywni i zero rock`n`rolla. Powiedziałem frajerowi żeby zjeżdżał i tak się skończyła przygoda z cygarem. Teraz sam kieruję swoim wizerunkiem i piszę to co chcę. Jestem w zespole niezależnym, ale też posiadającym swoją historię, więc jedyne co muszę to na życzenie publiczności śpiewać na koncertach fafluny typu „Dawna dziewczyna”, ale to żaden problem, bo sprawia mi to frajdę i fun. Na serio mówię.

- Co czujesz śpiewając "Piosenkę festiwalową", myślisz wtedy o jakiejś konkretnej osobie? Śpiewasz ją z takim uczuciem i zaangażowaniem jakbyś mocno przeżywał jej treść.
SZYMON: Bo przeżywam. To chyba najbardziej pretensjonalne słowa jakie wykrzesałem z siebie. Staram się być w piosence, w samym jej środku. Myślę wtedy o Sopocie i spacerach z dziewczyną po plaży. Przypominam sobie transmisje festiwali z lat 80-tych. Przed oczami mam wspaniałe beztroskie lata mojej młodości. Szczególnie myślę o czasach kiedy nie można było się kąpać, bo woda była zatruta. Wtedy wkrada się największy ból i emocje wychodzą na pierwszy plan. Dodatkowo kiedy pisaliśmy tę piosenkę byłem sam, bo moja dziewczyna była daleko i tęskniłem za nią. Myślałem o niej pisząc ostatni wers drugiej zwrotki.

- Co będzie jak i tym razem będzie klapa i nie wystąpicie w Sopocie? Warto się pchać na tego typu festiwal? Czy miejsce Pudelsów nie jest w Wegorzewie, Olecku...?
SZYMON: Już zbijam sobie szafot w ogrodzie na wypadek niepowodzenia... Pchać się trzeba wszędzie drzwiami i oknami. Wyznaję zasadę, że artysta powinien pracować z premedytacją i docierać do jak największej liczby odbiorców chyba że kręci cię niszowość i pięć osób na koncercie lub galeria do której nikt nie chodzi. Nie ukrywam, że komercja mnie kręci bo przynosi pieniądze, a za kasę mogę podróżować i spełniać się jako fotograf. Mogę też malować obrazy które się nie sprzedają. Chciałbym osiągnąć sukces komercyjny aby normalnie żyć, zbudować dom i mieć cztery rowery w tym dwa dla dzieci. To nie rożni się niczym od chęci zdobycia dobrej pracy i profitów z tym związanych. Węgorzewo i Olecko to arena dla młodych zespołów. Sam walczyłem na obu. Püdelsi mają to szczęście, że mogą zagrać wszędzie, bo mają uniwersalny repertuar. Jak gramy to przychodzą różni ludzie z prawej jakieś panie nieśmiało krzyczą „Dawna dziewczyno”, a z lewej ktoś zdziera gardło skandując "Anarchia w IV RP". To uczucie nieco schizofreniczne, ale za każdym razem pojawia mi się uśmiech na twarzy.

- Artysta to wrażliwa dusza, ktoś kto potrzebuje permanentnej akceptacji. Szymon, Ty w Püdelsach pojawiłeś się na miejscu Maćka Maleńczuka. Trzeba mieć chyba skórę słonia żeby wytrzymać to ciągłe porównywanie, do niego, a nieraz i krytykę...?
SZYMON: Mijają prawie trzy lata jak jestem w Püdelsach. Na początku mnie to irytowało teraz mam to gdzieś, bo nikt już nie woła za Maleńczukiem. Jest ok kiedy fani po koncertach przybijają mi piątki, a dziewczyny odsłaniają piersi z prośbą o autograf. Nigdy nie odmawiam, bo sodziarzem nie jestem. Skórę słonia zastępuje mi wysokie poczucie własnej wartości i fakt, że bycie artystą w moim przypadku nie ogranicza się jedynie do pisania piosenek i śpiewania. Na brak pracy i pomysłów nie narzekam, a co za tym idzie nie mam czasu na zbytnie przejmowanie się bzdurami pisanymi przez wrogich mi dziennikarzy. Odporny jestem także na teksty pisane na gównianych forach przez zakompleksione nie dopieszczone laski i kolesi z małymi fiutami. To tyle jadu. Pozdrawiam wszystkich. Najlepsze życzenia. Kocham Was.


* Piotr Marek (ur. 1950, zm. 1985). Malarz, gitarzysta, wokalista i założyciel zespołu Düpą. Po śmierci Piotra zespół kontynuował działalność pod nazwą Püdelsi od pseudonimu Andrzeja Bieniasza.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 26.05.2008 20:33

(+) Przyznaje, nie jestem zwolennikiem dlugich tekstow... :) To pierwszy, ktory przeczytalem od deski do deski... Uklony...

Komentarz został ukrytyrozwiń

:-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Za poprzednikami, świetnie przeprowadzona rozmowa!

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Naprawdę fajna robota. No i można się dużo dowiedzieć.

Komentarz został ukrytyrozwiń

świetny wywiad, chylę czoła, duży plusior

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jagna może zrób sobie fakultet z psychologii, chyba że już masz:D bo pytania umiesz zadawać:) poczytałam wielce przejęta historią, o której bym, nie miała pojęcia:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.