Facebook Google+ Twitter

Filmy na Oskariadzie nie mogą być nudne!

Do kina szłam z mieszanymi uczuciami. Przyzwyczajona do wielkich produkcji filmowych wyświetlanych w multipleksach, nie wiedziałam czego mogę oczekiwać po tzw. „kinie alternatywnym”. Oskariada jednak mnie zaskoczyła. W piątek oglądałam pierwsze projekcje konkursowe.

Zanudzę się? Zachwycę? Najpierw podeszłam do stolika, przy którym poprosiłam hostessy o podanie mi informacji na temat festiwalu, dostałam mnóstwo katalogów, gazetek, materiałów, z których dowiedziałam się, czego mogę oczekiwać.
Stoisko Oskriady / Fot. Maria Wojtas

Już po powitaniu wiedziałam, że to rzeczywiście coś, czemu warto poświęcić czas i uwagę. Prowadzące imprezę w kilku słowach przedstawiły gościom jury. Filmy oceniać będą: Andrzej Kołodyński - redaktor naczelny miesięcznika KINO (przewodniczący jury), Andrzej Sołtysik - dziennikarz filmowy (TVN), Joanna Szczepkowska – aktorka oraz Hubert Gotkowski - laureat 6. MFNFF "Oskariada". Następnie zaprosiły na prezentację kroniki z ubiegłorocznej Oskariady.
– O nie – pomyślałam – ale nuda. Teraz na godzinę mogę iść spać. – A jednak nie poszłam, ponieważ wspomnienia w niczym nie przypominały znanych mi kronik, wyglądały raczej jak taśma nakręcona dla przyjaciela z okazji urodzin. Zabawne momenty, ludzie, nietypowe ujęcia – wszystko to wywoływało salwy śmiechu na zapełnionej sali, a goście z chęcią obejrzeli około dziesięciominutową powtórkę z zeszłego roku. Wielki plus za pomysł na kronikę!
Przed projekcją. / Fot. Maria Wojtas

W I bloku filmowym obejrzeliśmy filmy o bardzo zbliżonej tematyce: o zmaganiach ludzi ze swoim losem. Wszystkie niosły za sobą bardziej lub mniej optymistyczne przesłanie, jednak nie wszystkie wywołały zachwyt wśród członków jury.

The making of to najdłuższy film w tym bloku, trwał aż 68 minut. Podzielony był na trzy części: Pre-production, Production, Post-production. Holenderski reżyser Ruben Sebban, przedstawił w nim historię młodego chłopaka – Luke, który żyje na przedmieściach stolicy, ma poukładane życie, dziewczynę, którą zna „od zawsze” i kochających rodziców. Jednak Luke ma marzenia – chce zostać reżyserem, dlatego decyduje się na kurs reżyserki. Na nim poznaje Marlene, dziewczynę inną, od tych, które zna, która żyje inaczej, ma inne marzenia i wartości. To ona wprowadza chaos w życie Luke’a. Decydują się nakręcić film prawdziwy, nie taki, jakie możemy oglądać w kinach, tylko coś o życiu. Dziewczyna chciała wyprodukować film przyjaciela o jego życiu. Jak nie trudno się domyślić, niebawem wywiązuje się romans między Lukiem a Marlene, który daje chłopakowi krótkotrwałe złudzenie szczęścia. Związek z Marlene sprawił ,że zmienił on całe swoje życia, spojrzenie na świat, przez co stracił nie tylko swoją byłą dziewczynę, lecz także przyjaciół. Przestaje mu to wystarczać, bo nie chce żyć tylko „po tamtej stronie”. Dodatkowo jego film nie spodobał się nauczycielom i Luke zostaje wydalony z kursu. Wszystko to prowadzi do tego, że wraca w końcu do swojego „starego” życia – do swoich przyjaciół i dziewczyny. Jego życie zatacza koło po to, by wrócić w końcu do punktu wyjścia.

Inny problem porusza Falstart, film produkcji norwesko-polskiej, w reżyserii Igor Devolda. Pełen jest niedomówień, nic nie jest wyjaśnione wprost, dlatego widz ma wrażenie, jakby oglądał kilka, ułożonych kolejno, obrazów z życia jakiegoś mężczyzny. Tym „jakimś mężczyzną” jest Witek, który jedzie do Norwegii odszukać swoją kobietę (nie wiemy czy żonę, dziewczynę, kochankę?) i córkę. W opisie katalogu Oskariady znalazłam informację, że Witek właśnie wyszedł z więzienia i chce wrócić do dawnego życia. Jednak nie wynika to z samej fabuły. Mężczyzna w Norwegii odnajduje swoje kobiety, spędza jeden dzień z córką, noc z żoną, a potem… No właśnie. A potem nie wiadomo. Niedopowiedzenia, które miały dodać temu dziełu głębi zakłóciły jego odbiór. Więcej było niewiadomych niż wiadomych, konstrukcja postaci niezrozumiała, a i sama realizacja pozostawiała wiele do życzenia. Często bowiem jeden moment był wydłużony do tego stopnia, że stawał się wręcz komiczny.

Dunkelrot, film niemiecki, reżyserowany przez Frauke Thielecke, przedstawia historię kobiety chorej na Alzheimera, którą opiekuje się kochający mąż. Miłość i oddanie wręcz bije z ekranu przez pierwsze sceny, jednak zmienia się diametralnie, kiedy Erich znajduje zdjęcia żony z innym mężczyzną. W dodatku Hannah wciąż woła „Andrea”, myśli, że jej mąż jest „Andreą”. Odkrywszy tajemnicę żony i to, że najbardziej kochała innego mężczyznę (w mózgu chorych na Alzheimera pozostają tylko najsilniejsze emocje) postanawia oddać ją do domu opieki. Jednak jego miłość jest tak wielka, że nie decyduje się na ten krok i zostaje dla swojej żony „Andreą”. Film niezwykle wzruszający, głęboki, choć krótki, przekazał tyle treści, ile niekiedy nie przekazują przez trzy godziny wielkie superprodukcje.

Izraelskie dzieło Roya Shera Mazal było ostatnim filmem w bloku. Ukazał nam historię barmanki Mazal, której szefowa pewnego dnia oznajmia, że pub zostaje zamknięty, a Mazal po 25 latach traci pracę. W ostatni dzień za barem kobieta ze smutkiem porządkuje miejsce pracy, gdy nagle do pubu wchodzi czarny marynarz. Mazal jest zdeterminowana zdobyć mężczyznę za wszelką cenę. Całuje go, dolewa alkoholu, każe ze sobą tańczyć. Gdy w końcu idzie się przebrać w bardziej seksowne ubranie, marynarz znika. Mazal znów jest sama. Nie udało jej się spełnić marzeń, zdobyć mężczyzny i nawet ostatniego dnia pracy poczuć, że jest szczęśliwa. Postać Mazal jest szczególne poruszająca ze względu na to, że nie jest tylko tragiczna, że film, choć niesie przygnębiające przesłanie, jest momentami zabawny, na co dowodem były wybuchy śmiechu wśród widowni. A może paradoksalnie właśnie przez ten komizm Mazal stawała się bardziej tragiczna?

Jury najwyżej oceniło holenderski obraz. Andrzej Sołtysik nazwał go „nieporadnym, przez co najbardziej nietypowym i najciekawszym dzięki temu”. Wszyscy członkowie zwrócili zresztą na niego uwagę. Każdy film w tym bloku był filmem studenckim, jednak kilkakrotnie Andrzej Kołodyński podkreślał profesjonalizm obrazów. Najmniej podobał się polski film. – Głównie ze względu na dłużyzny utrudniające zrozumienie – stwierdził Hubert Gotkowski. – Najbardziej podobał mi się Mazal, był najbardziej nietypowy. Na koniec stwierdzili, że wszystkie filmy były bardzo poprawne rzemieślniczo i podkreślali, że przed nimi ciężki wybór.

Dla mnie najpełniejszym i najbardziej poruszającym obrazem był "Dunkelrot". Pokazywał to, czego tak brak w dzisiejszym świecie: miłość i oddanie bez względu na okoliczności. Holenderski film także wywarł dobre wrażenie,poszukiwanie swojego miejsca na ziemi to problem uniwersalny, każdy młody człowiek się z nim zmierza. "Mazal" był bardzo przygnębiającym dziełem, niosącym za sobą pesymistyczne przesłanie. A "Falstart"... No cóż, życzę twórcom, żebym ich kolejne produkcje wywołały lepsze wrażenie na jury i odbiorcach.

Zobacz program tegorocznej Oskariady

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Widzę, że i tu była pełna sala... No nic, ciemno było, może nie zauważyłem kiedy się zapełniła :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.