Facebook Google+ Twitter

Finał Ligi Mistrzów będzie niebiesko-czerwony

"Do trzech razy sztuka" - mogą powiedzieć kibice i gracze Chelsea Londyn. Tym razem The Reds nie potrafili powstrzymać niebieskiej nawałnicy. The Blues zmierzą się w wyczekiwanym finale Ligi Mistrzów z drużyną Machesteru United.

Didier Drogba naprzeciwko bramkarza Liverpoolu Pepe Reiny. / Fot. Fot. EPA/Gerry PennyLiverpool potrzebował jednej bramki, aby móc cieszyć się z kolejnego finału Champions League. Po 120 minutach "tylko" zamieniło się w "aż". The Blues, nad którymi ciążyło fatum drużyny Rafy Beniteza, wreszcie przełamali złą passę i wywalczyli bilety do Moskwy.

Liga podwórkowa

Tak można skomentować pierwszą połowę w wykonaniu graczy z Liverpoolu. Piłkarze tej drużyny
dosłownie nie wiedzieli, co ze sobą zrobić na boisku. Nie potrafili porządnie przyjąć piłki, nie mówiąc już o dokładnych podaniach. The Reds zachowywali się, jakby grali w naprędce zmontowanej drużynie z ligi podwórkowej. A Chelsea wykorzystywała bezlitośnie każde potknięcie rywali. Świetnie spisywali się pomocnicy, którzy zagęścili środek pola. Poskutkowało też poukładane i sprawne krycie. Piłkarze Liverpoolu nie mieli do kogo zagrywać. Było to efektem pracy m.in. Makelele, który (jak zwykle) był człowiekiem od brudnej roboty. Z dobrej strony pokazał się też Michael Ballack.

Tym razem Avran Grant okazał się lepszym taktykiem niż Rafa Benitez. The Blues konsekwentnie realizowali swoje założenia, podczas gdy gracze Liverpoolu miotali się od pola karnego do pola karnego. W 33. minucie zabłysnął Didier Drogba, który wykorzystał opieszałość obrony rywala i strzelił ładną bramkę. Trybuny na Stamford Bridge dosłownie huczały.

Co to będzie?

Nad Liverpoolem zebrały się ciemne chmury. Zarówno w przenośni, jak i dosłownie, gdyż w trakcie całego meczu padał deszcz, który wzmógł się w drugiej połowie. Podopiecznym Rafy Beniteza nadal jednak wystarczało strzelenie jednej bramki, aby finał był ich. Najbardziej zdeterminowany (co nie znaczy, że najlepszy na boisku) był z pewnością John Arne Riise. Niestety, nie udało mu się odkupić 'wpadki" z meczu na Anfield.
Uwaga kibiców skupiła się zatem (jak zawsze w kryzysowych dla Liverpoolu momentach) na kapitanie. Jednak
tym razem to nie Steven Gerrard, lecz Fernando Torres okazał się chwilowym bohaterem. W 64. minucie, po fenomenalnej akcji Yossi Benayouna (minął czterech graczy Chelsea) strzelił tak długo wyczekiwanego gola na 1:1. The Reds odzyskali nadzieję.

Nie dla mięczaków

Druga połowa zakończyła się remisem 1:1, a więc zarządzono dogrywkę. I tu dopiero zaczął się mecz. Kibice otrzymali widowisko, na które czekali. Piłkarze obu drużyn dorzucili nawet coś ekstra i tak powstał dreszczowiec. Liverpool rozpoczął grę z myślą o rzutach karnych, ale po 120 minutach. Jednak Sami Hyypia postanowił szybciej przetestować formę kolegi z drużyny, Pepe Reiny. Fin zmienił w 22. minucie Martina Skrte'a, który doznał kontuzji. Być może lepiej byłoby dla Liverpool'u, gdyby grał w dziesiątkę. Po nieudanej interwencji fińskiego stopera sędzia podyktował "11" dla The Blues.

W hołdzie

Do piłki podszedł Frank Lampard. Wszyscy wiedzą o tragedii rodzinnej, która niedawno dotknęła gracza Chelsea. Wielu więc zdziwiło się, że przyjął na siebie tak wielką odpowiedzialność. Przyjął i spełnił swoje zadanie w stu procentach. Reina zupełnie nie odczytał jego intencji. 98. minuta, karny, 2:1 dla Niebieskich i wymowny gest Lamparda. Są takie chwile, kiedy piłka nożna staje się czymś więcej, niż tylko jedną z dyscyplin sportowych. To był właśnie jeden z tych momentów.

Czysta wyspiarska gra

A więc było 2:1. Wynik możliwy do nadgonienia przez Liverpool. The Reds w końcu pozbierali się do kupy i próbowali rozgrywać składne akcje. Kilka razy były okazje, jednak albo brak dokładności, albo Petr Cech stawali na drodze do bramki przeciwników. Czas grał na korzyść Chelsea. Trenerzy szaleli na ławkach. Mimo upomnień nie mogli wystać w przeznaczonych dla nich polach. Gdyby tylko była taka możliwość, sami wybiegliby na boisko. Tam jednak 22 graczy dzielnie walczyło ze zmęczeniem i rywalami. Liverpool starał się,
ale nic z tego nie wychodziło. Chelsea konsekwentnie trzymała się obranej taktyki, od czasu do czasu budując niebezpieczne akcje. Nikt nie zamierzał się poddawać, nikt nie rezygnował z odrobienia, czy też podwyższenia wyniku. Przez cały czas trwała twarda męska walka. Piłkarze, zahartowani przez grę w Premiership, nie bali się ostrych zagrań.Nie było mowy o wymęczeniu przeciwnika.

Nokaut

Marzenia Liverpoolu rozwiał w 105. minucie nie kto inny, jak Didier Drogba. Na piętnaście minut przed końcem dogrywki The Reds zostali położeni na łopatki. Drogba, który był bardzo krytykowany przed meczem, nie krył radości ze zdobytej bramki.

Honorowo i do końca

Duch angielskiej piłki przetrwał jednak w graczach z miasta Beatles'ów. Bramkę na pożegnanie z Ligą Mistrzów strzelił rezerwowy Ryan Babel. Śmiało można powiedzieć, że był to jeden z najładniejszych goli tej edycji Champions League. Ostatnie trzy minuty spotkania, to desperackie próby strzeleckie Liverpoolu. Nie udało się jednak. Petr Cech nie wyciągał już więcej piłki z własnej bramki. Chelsea wreszcie przełamała złą passę i wygrała z Liverpoolem w Lidze Mistrzów.

Łużniki czeka angielskie oblężenie

Gdy arbiter odgwizdał koniec spotkania, trybuny na Stamford Bridge eksplodowały. Pokolenia czekały na kolejny występ Chelsea w finale Ligi Mistrzów. Nie udało się z takimi znakomitościami na ławce trenerskiej, jak Claudio Ranieri, czy Jose Mourinho. Udało się z zupełnie niecharyzmatycznym, mało znanym trenerem bez sukcesów. Właściwie, to ten ostatni opis jest już nieaktualny. Avran Grant odniósł właśnie wielki sukces.
W finale stanie oko w oko z żywą legendą nie tylko Manchesteru United, ale i światowej piłki. Czy kolejna
ikona, sir Alex Ferguson, zostanie przez niego pokonany? A może w tym starciu trenerzy nie będą się w ogóle liczyć? Kto zostanie bohaterem, a kto wielkim przegranym? Wszystko wyjaśni się już 21 maja na stadionie Łużniki w Moskwie.

Angielsko-angielski finał potwierdza, że Premiership jest obecnie najsilniejszą ligą w Europie. Bezpośrednia konfrontacja jej dwóch czołowych drużyn może dać odpowiedź na jeszcze jedno pytanie. Być może dowiemy się, który klub jest bezapelacyjnie najlepszym z najlepszych na starym kontynencie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Znowu fajnie napisane i plus :)

Po losowaniu par sądziłem, że meczu Poolu i Chelsea będzie po raz kolejny walką trenerów, którzy ustawią swoje drużyny, by głównie bronić dostępu do swojej bramki, a tymczasem tak było w meczu MU i FCB, gdzie raczej sądziłem, że będzie dużo akcji i pięknego futbolu, a się raczej zawiodłem.

ps. "The Reds" nie powinno być napisane w cudzysłowie?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziewięć lat czekania na kolejny finał Man Utd. I również kilka lat oczekiwania, aż Chelsea przełamie kompleks Liverpoolu. Teraz będę miał dylemat, komu kibicować w finale :D

Bardzo fajnie napisana relacja, czuć w niej cząstkę emocji z wczorajszego meczu. Zapomniałaś tylko napisać o słusznie nieuznanej bramce w dogrywce, ale i tak (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.