Pozycja materiału w rankingach:
Tak jak obiecałem przed tygodniem, zapraszam dziś na drugą i zarazem ostatnią część mojego zestawienia najlepszych płyt wydanych w mijającym właśnie roku. Roku całkiem niezłego pod tym względem. Panie i panowie - oto pierwsza dziesiątka.
10. Apocalyptica – "Worlds Collide". Na tę płytę czekałem z lekkim niepokojem. Miałem w pamięci wspaniałą karierę Finów, ich fantastyczne pomysły aranżacyjne (chociażby te zawarte na debiutanckim "Apocalyptica Plays Metallica By Four Cellos") ale i niezbyt udane poszukiwania, przyjmujące postać nie zawsze trzymających wysoki poziom, całkowicie autorskich albumów. Nowy longplay na szczęście rozwiewa wątpliwości. Apocalyptica na "Worlds Collide" prezentuje kawał naprawdę niezłego grania. Jest metalowo (otwierający album utwór tytułowy) i jest rockowo ("I’m Not Jesus"). Mamy wspaniałe utwory instrumentalne, jak "Grace", są także popisy wokalistów. Jak chociażby znanego z Rammstein Tilla Lindemanna, który brawurowo zaśpiewał w kawałku "Helden", będącym przeróbką "Heroes" Davida Bowiego. Poza Niemcem, na "Worlds Collide" możemy usłyszeć i innych znakomitych gości, np. śpiewających Coreya Taylora (Slipknot) i Cristinę Scabbię (Lacuna Coil), legendę perkusji, Dave’a Lombardo (Slayer), czy japońskiego gitarzystę, Tomoyasu Hotei. Brzmienie płyty jest potężne i sugestywne. Tak, proszę państwa, wiolonczela w niczym nie jest już gorsza od gitary elektrycznej. I choć najnowsze dzieło Finów nie przynosi większych zaskoczeń, można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że jest to jeden z najlepszych albumów, jaki popełnili.
9. Arctic Monkeys – "Favourite Worst Nightmare". Brytyjski kwartet, jeden z najlepszych obecnie zespołów z Wysp, zadebiutował zaledwie rok temu, wydając kapitalną płytę "Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not". Przed kolejnym albumem Arctic Monkeys poddani byli olbrzymiej presji, wiele kapel ulegało przecież magii pierwszego albumu i do końca swojego istnienia nagrywało już tylko przeciętne płyty. W przypadku tego zespołu nie ma o tym mowy. Alex Turner i spółka stworzyli bowiem kolejne dzieło! "Favourite Worst Nightmare" to rzecz wspaniała, znajdujemy na niej wszystko, co chcieliśmy i jeszcze trochę więcej. Brzmienie zadziorne, wokal do bólu wyspiarski, gitary hałaśliwe, kompozycje melodyjne – tak dziś gra się rock n’ rolla! Album jest bezwstydnie przebojowy ale i przejmująco rockowy. Z całą pewnością potwierdził, że Arctic Monkeys to jeden z najważniejszych dziś zespołów. Nie tylko na Wyspach Brytyjskich.
8. Soulive – "No Place Like Soul". Legendarny funk - soul – jazzowy skład powrócił po dwóch latach, prezentując nam jedną z najciekawszych płyt w swojej historii. "No Place Like Soul" to płyta spójna, brzmiąca bardzo charakterystycznie dla tego zespołu, a przede wszystkim pełna udanych kompozycji. Podoba mi się sposób, w jaki Soulive łączy rozmaite stylistyki, dodając im swoistego, nowojorskiego kolorytu. Na najnowszej płycie zespołu słychać to wspaniale. Muzycy umiejętnie żonglują klimatami, potrafią zagrać mocniej i sugestywniej (jak w otwierającym album "Waterfall", czy iście hendriksowskim "Outrage"), by za chwilę przejść do łagodniejszych nastrojów ("Mary", "Never Know"). W "If This World Was A Song" słyszymy nawet rytmy reggae! Jest to jednak (co prawda udane) tylko urozmaicenie muzycznej propozycji zespołu. Na "No Place Like Soul" słyszymy bowiem głównie funkowy wykop i nowojorski groove w swoistej soulowej oprawie. Świetna płyta.
7. Eddie Vedder – "Into The Wild". Pisałem już o tej płycie. Aby więc się nie powtarzać – frontman Pearl Jam nagrał rzecz uroczą. Krótkie, niemal zwiewne kompozycje, oszczędne instrumentarium, piękne melodie, no i głos Veddera. Pierwszy solowy longplay Eddiego jest muzyczną ilustracją do filmu Seana Penna, który nosi tytuł "Into The Wild” właśnie. W moim odczuciu w tym przypadku dźwięk idealnie zgrywa się z obrazem, przy czym sam w sobie stanowi wartość odrębną, nie tracąc nic ze swojego przekazu. Tej płyty, mimo, że jest krótka, można słuchać wręcz nieprzerwanie. Naprawdę.
6. Korn – "Untitled". Jeden z najbardziej kontrowersyjnych zespołów ostatnich lat. Obwołani najpierw ikoną nu – metalu, później zaś ostro krytykowani za nie zawsze udane muzyczne poszukiwania, muzycy z Bakersfield powrócili w tym roku z ósmym już albumem studyjnym. Pamiętając ostatnie problemy zespołu (odejście gitarzysty Heada w 2005 roku, tymczasowy urlop perkusisty Davida Silveiry), nie oczekiwałem po "Untitled" zbyt wiele. Okazało się jednak, że Korn wciąż ma wiele do powiedzenia. Płyta utrzymana jest w klimacie, który pamiętamy z poprzedzającego ją albumu "See You On The Other Side". Na pierwszy plan wybija się przestrzennie brzmiąca ostra perkusja, gitary są schowane, bas wybija się jedynie momentami. Poza bębnami, na płycie dominuje oczywiście klaustrofobiczny wokal Jonathana Davisa, który dodatkowo zagrał w kilku kawałkach na perkusji (oprócz niego na płycie możemy usłyszeć bębniących Brooksa Wackermana oraz Terry’ego Bozzio). Kompozycje? Przedziwne. Z jednej strony mocne "Starting Over", czy będące pierwszym singlem kornowato przebojowe "Evolution", z drugiej zaś posępne "Do What They Say", czy przybierające momentami postać jakiegoś upiornego walca, "Ever Be"... "Untitled" nie jest łatwą płytą. Zespół potwierdził ostateczne zerwanie ze stylistyką nu – metalową (pierwsze tego symptomy słyszalne już były na pochodzącemu sprzed pięciu lat "Untouchables", potwierdziło się to na wspomnianym już "See You On The Other Side"). Echa dawnego grania oczywiście gdzieś pozostały, sporo mamy wpływów industrialnych, jest metal, jest rock. Ale tak naprawdę Korn, trapiony sporymi problemami personalnymi i twórczymi, udał się w muzyczną wędrówkę, poszukując kompletnie nowych brzmień. Przystanek "Untitled" okazał się sukcesem, zobaczymy, co będzie dalej.
5. Beirut – "The Flying Club Cup". Któż nie słyszał fascynującej historii Zachary’ego F. Condona, lidera formacji Beirut? Młody, nieokrzesany pasjonat muzyki doznaje olśnienia po koncercie słynnego brass bandu Bobana Markovicia. Z muzykami wspomnianej orkiestry spędza trochę czasu, później udaje się w podróż do Europy. Efektem tejże przygody jest debiut, "Gulag Orkestar", będący albumem pełnym odniesień do muzyki bałkańskiej, cygańskiej i ogólnie ludowej twórczości mieszkańców Europy Południowo – Wschodniej. Następcą debiutanckiej płyty jest właśnie "The Flying Club Cup". I także tym razem Condon zabiera nas w muzyczną podróż, lecz już nie na Bałkany. Teraz znajdujemy się we Francji dwudziestolecia międzywojennego, bynajmniej nie w jednym miejscu. Każdy utwór został bowiem poświęcony innemu francuskiemu miastu. Młodemu muzykowi nieobca okazała się być stylistyka chanson, walca, czy piosenki kabaretowej. Co ciekawe – wszystko to osadzone jest ponownie w nieco cygańskiej oprawie, co w interesujący a zarazem logiczny sposób nawiązuje do debiutu i ukazuje podstawę muzycznych eksploracji młodego Amerykanina. Płyta brzmi bardzo dobrze, słucha się jej świetnie. Zach Condon okazał się niezwykle utalentowanym artystą, który dzięki swojej muzycznej wrażliwości potrafi zakląć w swoim albumie ducha epoki, która właśnie mu w duszy gra. Pytanie – co usłyszymy na następnej płycie formacji Beirut, pozostaje otwarte. I to jest w tym wszystkim chyba najbardziej ekscytujące.
4. Hey – "MTV Unplugged". Album kompletnie powalający, inaczej nie potrafię tego ująć. Obchodzący piętnastolecie istnienia Hey jeszcze raz udowodnił, że jego pozycja w absolutnej czołówce polskiego rocka nie jest dziełem przypadku. O ile wcześniejsze płyty formacji Kaśki Nosowskiej nie zawsze do mnie przemawiały, tak w przypadku "MTV Unplugged" trzeba sobie jasno powiedzieć – ten album ukazuje cały kunszt Hey i dodatkowo obrazuje jego nieznane do tej pory oblicze. I to mimo faktu, że "MTV Unplugged" nie zawiera materiału premierowego. Prawdę mówiąc, gdy usłyszałem, że zespół wystąpi na koncercie akustycznym, niespecjalnie się zdziwiłem. Na koncertach Hey od dawna możemy usłyszeć akustyczne mini – sety, nie jest to nic zaskakującego. Po pierwszych taktach otwierającego tę płytę "Fate", moje odczucia były podobne – ot średnio zmienione kawałki, z pudłami zamiast wioseł, kolokwialnie rzecz ujmując. Jednak wystarczyło kilkanaście sekund, bym radykalnie zmienił zdanie. Zespół, we współpracy z Marcinem Macukiem, dokonał kompletnego niemal przearanżowania każdego utworu, otrzymując w efekcie zupełnie nową jakość. I czy będzie to urozmaicone nadającymi cudowną lekkość dęciakami "A ty", czy zagrane z prawdziwym orkiestrowym napięciem "Ho", czy fantastycznie klezmerskie "[sic!]", czy wreszcie latynoska "Zazdrość" – w każdym przypadku mamy do czynienia z kapitalną nową wersją pozornie dobrze znanego utworu. Koncert wieńczy jeden z największych hitów Hey, czyli "Teksański", ograny do bólu na wszelkiego rodzaju ogniskach. Zespół zagrał go w wersji country, czym świetnie ukazał dystans wobec siebie, a także potwierdził pomysłowość odnośnie aranżacji. Pozycja absolutnie obowiązkowa!
3. Foo Fighters – "Echoes, Silence, Patience and Grace". Także i o tej płycie pisałem już wcześniej (podobnie, jak w przypadku Eddiego Veddera). Teraz, z perspektywy czasu mogę stwierdzić jedno. "Echoes, Silence, Patience and Grace" to zdecydowanie najlepszy album Foo Fighters. Po prostu kwintesencja ich stylu. Inną rzeczą jest, że zespół w moim odczuciu jednoznacznie słabej płyty nie nagrał. Jednak na tym albumie słyszymy wszystko, co najlepsze w twórczości Dave’a Grohla i spółki. Jest czad ("The Pretender"), jest i spokój ("Stranger Things Have Happened"). Są ładne melodie i przebojowe kawałki ("Long Road To Ruin"), są i rzeczy trudniej przyswajalne, nie do końca oczywiste ("Erase/Replace"). Nie mieć tej płyty, to nie znać Foo Fighters.
2. Radiohead – "In Rainbows". Jednak drugie. Z tą płytą miałem najwięcej problemów i rozterek. No bo jak to – Radiohead w końcu coś wydali, a ja nie ogłoszę tego płytą roku? No i właśnie – jednak nie. I o tym albumie
1. Dream Theater – "Systematic Chaos". Wirtuozeria. Moc. Kapitalne kompozycje, nienaganne wykonanie, powalające brzmienie. Niepohamowany metalowy łomot zestawiony z lirycznie balladowymi momentami. Po prostu Teatr Marzeń. Jeśli kogoś irytuje maniera wokalna Jamesa LaBrie, lub po prostu nie przepada za progresywnym metalem spod znaku Dream Theater właśnie, niech nie czyta tej recenzji. Bo moim zdaniem John Petrucci, James LaBrie, Mike Portnoy, Jordan Rudess i John Myung nagrali płytę skończoną. Na której nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku. Wszystko jest logicznie poukładane, zestawione w powalających muzycznie utworach. Nie ma tu miejsca na pomyłkę, precyzja wykonawcza współgra z doskonałością kompozytorską. Śmieszą mnie głosy, które krytykują Dream Theater za dbałość i biegłość techniczną. Mam wrażenie, że ich autorami są jedynie niespełnieni muzycy, którzy o grze na takim poziomie mogą tylko pomarzyć. Podobnie z przymrużeniem oka czytam wszelkie opinie o tym, jakoby na płytach Teatru Marzeń mielibyśmy mieć do czynienia li tylko z technicznymi popisami i swoistymi wyścigami urządzonymi na modłę „kto potrafi zagrać szybciej”. Wierutna to bzdura. Bo proszę państwa, jaki byłby sens upraszczania kompozycji, bądź grania jedynie wolnych i prostych solówek? Jaki byłby sens muzycznego kształcenia się i pozyskiwania nowych umiejętności? Biegłe opanowanie instrumentu i technik grania na nim pozwala na twórcze muzyczne poszukiwania, nie jesteśmy wówczas niewolnikami kilku skal, czy przebiegów. Znając zasady harmonii możemy pójść krok dalej, to przecież oczywiste. A jeśli ktoś ignorantem nie jest i zanim wydał opinię, przesłuchał choć jednej płyty Dream Theater, ten wie, że panowie umiar znają i obok granych z prędkością światła przebiegów, usłyszymy i wolniejsze tempa, czy prostsze zagrywki. Wszystko uzależnione jest jedynie od dobra kompozycji. Nie piszę tego, by kogokolwiek przekonać, malkontenci i tak przecież się znajdą. Ale chciałbym, żeby zostało to podkreślone. Zobacz także:
Artykuły
(115)
Galerie
(2)
Średnia ocen
(4.92)
Miejscowość: Wrocław | Kraj: Polska
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Arkadiusz Filipowski 19.12.2007 00:10
Tomaszu brawo!!!
Dream Theater to zdecydowanie najbardziej poruszająca płyta tego roku. Tu nie dyskutuję...
Gratuluję dobrego gustu :)
Arkadiusz Urbanowicz 19.12.2007 00:09
Mnie natomiast zaskoczyła 10 pozycja... "Worlds Collide" tak nisko? No jak tak można, no jak? :) Wiem, wiem - kwestia gustu :) Miejsce 1 - jak najbardziej słuszne i całkowicie zasłużone. Ta płyta przejdzie do historii.
Piotr Balkus 19.12.2007 00:03
+ Plus, chociaż nie podzielam Twojego entuzjazmu dla tych płyt. Poszedłeś po linii. Ale szanuję Twój subektywizm i nienaganny, acz trochę zerżnięty z Zachodu gust muzyczny.
Pytałeś "Gdzie do diabła jest Robert Plant?". Może w Timbuktu... :)
adfg sogsdf 18.12.2007 23:55
Zaskoczyła mnie pierwsza pozycja mówiąc szczerze. Osobiście nie słuchałem tej płyty, ale spodziewałem sie czegoś spokojniejszego.
Bardzo podoba mi się styl recenzji. Opisuje co ma opisywać i zarazem nie jest nudny jak to w wielu przypadkach bywa. Po prostu plus =]
No i faktycznie brakuje Raz, dwa, trzy. :P
Bartłomiej Graczak 18.12.2007 23:23
Nie słyszałem wcześniej nic o płycie roku :)
Dobra robota :)
5. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie oraz 80. urodziny Wojciecha Kilara. Relacja
(odsłon: +566)