Facebook Google+ Twitter

"Frost/Nixon", czyli dwie strony zepsutej monety

Ron Howard szkicuje portret demokracji i jest w tym niczym dobry malarz Jan z fraszki Krasickiego: nie piękne, lecz podobne maluje twarze. Na jego obrazie polityka posiada kusząco uśmiechnięte w obiektywy kamer oblicze zawodowego kłamcy.

Plakat promujący film / Fot. Fot. UniversalNazywa się Richard Nixon i ze wszystkich łgarzy posiada biografię najodpowiedniejszą do obnażenia zakulisowych mechanizmów publicznego teatru. Był wszak głównym aktorem w najgłośniejszych amerykańskich spektaklach: to on przegrał z ramienia republikanów medialny pojedynek z wielkim Johnem F. Kennedym, to on kilka lat później dwukrotnie delektował się triumfem w wyścigu prezydenckim, to on wreszcie przełknąć musiał gorycz banicji, oskarżony o przestępstwa w najpotężniejszej aferze rządowej w historii. Zadziwiające, że potencjału tkwiącego w jego postaci nie udało się dotąd, mimo licznych prób, do końca wykorzystać żadnemu z filmowców, nawet sławnemu Oliverowi Stone’owi. Howard jako pierwszy odnosi pełny sukces w podejściu do tematu. Przeprowadza pasjonującą krytykę demokratycznych reguł w sposób, w jaki Szekspir analizował monarchię: zaglądając w oczy władcy strącanego z tronu.

Fabuła, którą przedstawia, koncentruje się wokół telewizyjnego wywiadu, którego były prezydent udzielił w trzy lata po rezygnacji z urzędu. Wina Nixona pozostaje tu bez kary, zaś on sam widzi siebie ledwie jako chwilowo wycofanego gracza, zaszachowanego, lecz jeszcze nieprzegranego, wciąż mającego szansę na udział w następnym rozdaniu. Rozmowa z Davidem Frostem – popularnym showmanem i niezbyt poważnie postrzeganym w środowisku playboyem – ma być dla niego przyjemnym powrotem do polityki i miłości tłumów. Drogę zagradza mu jednak lekceważony adwersarz, który w czterogodzinnym programie przechodzi zadziwiającą metamorfozę w przygotowanego i dociekliwego dziennikarza. Kurtuazyjna konwersacja przeradza się więc w ostry pojedynek, który Howard inscenizuje na ekranie porywająco.

Jego jawnie teatralny film niczego nie udaje: nie jest głęboko zaangażowanym esejem o polityce, a ironicznym, unikającym ocen ukazaniem demokracji w praktyce, nie zajmuje się forsowaniem ideologicznego morału, a efektowną relacją z medialnego cyrku. Reżyser z bezbłędnym wyczuciem balansuje między konwencjami amerykańskiego kina, w detalach posiłkując się cytatem, w wymiarze ogólnym mądrze angażując schematy dramatu sądowego i popularnej biografii. Konfrontację dziennikarza i prezydenta rozpisuje na cztery akty mistrzowsko skonstruowane według zasad suspensu, przez co wciąż rosnące napięcie towarzyszy widzowi przy każdym pytaniu i replice. Wspomagają go Langella i Sheen: pierwszy w monumentalnej roli przegranego Nixona, drugi w energicznym portrecie dojrzewającego Frosta. Owo trio tworzy razem emocjonujące widowisko w klasycznym, hollywoodzkim stylu, które ogląda się naprawdę znakomicie.

Forma przy tym doskonale przystaje tutaj do treści: polityka nowoczesna bowiem, jak kwitujące je dzieło Howarda, to perfekcyjnie wyreżyserowane przedstawienie, odgrywane dla przyjemności odbiorcy, manipulujący rzeczywistością montaż sloganów, półprawd i efektów socjotechnicznych, obliczony na ciągły ruch sondażowych słupków. Analogia nie sprawdza się tylko w jednym momencie: medium filmowców to bowiem wielki kinowy ekran, pretendenci zaś do urzędów skromnie obrali sobie za scenę małe okienko telewizorów. Złotousty konferansjer i błazen Frost oraz wyrafinowany aktor publicznej blagi Nixon stanowią w owym political drama awers i rewers tej samej, zepsutej monety. Telewizja jest dla nich narzędziem generowania amerykańskiego snu, nośnikiem iluzji do uwodzenia tłumów, i nieważne, że pierwszy chce tylko zbić dzięki niemu kasę, drugi zaś zaspokoić ambicję władzy. Spotykają się przed kamerami, by w bezpośrednim starciu ustalić społecznie obowiązującą wersję historii, arystotelesowskie zaś pytanie: „cóż to jest prawda?” brzmi przy ich negocjacjach jak gorzki i niemodny dowcip. W demokracji współczesnej nie liczy się bowiem treść dyskursu, a sposób jego publicznej prezentacji, nie o stwierdzenie faktów tu chodzi, a o ich kreację, odbywającą się w ramach sporu wielu fałszujących interpretacji świata. Zwycięża w nim stanowisko najskuteczniejsze, co oznacza jedynie atrakcyjne opakowanie i porę większej oglądalności. Dzięki starannie obranej strategii piarowskiej w wywiadzie Frosta przez długi czas triumfuje kłamstwo Nixona i ostateczny sukces dziennikarskiej dociekliwości wcale nie umniejsza ponurego wydźwięku filmu. Howard przedstawia bowiem anatomię medialnego show, które zastępuje powoli rzeczywistość.

W tym złudnym teatrze aktorzy muszą być w swoim łgarstwie czujni i konsekwentni. Klęską trzeba tu płacić za moment słabości, w którym zza uśmiechniętych rześko masek ukazuje się prawdziwa twarz zmęczonego człowieka. Przejmujący jest Nixon Franka Langelli, gdy na olbrzymimi zbliżeniu z rezygnacją przeprasza naród za swoje błędy. Widząc, jak rozpada się jego budowany latami wizerunek, nie ma siły dalej kłamać. I to właśnie, nie afera Watergate, stanowi główną przyczynę jego odrzucenia przez demokratyczną publikę. Przegrywa dziś bowiem dopiero ten, kto ogłosi kapitulację w telewizji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.