Facebook Google+ Twitter

Garść rewelacji i jedno rozczarowanie - relacja z Ars Cameralis

Przez ostatnie dziesięć dni sporo chłodnych wieczorów upłynęło słuchaczom na wizytach w śląskich teatrach, kinach i klubach, gdzie dwudziesta edycja Ars Cameralis odkrywała oblicza rewelacyjnych artystów.

El Guincho / Fot. Piotr MirskiCiąg zaczął się 10 listopada, kiedy to Jane Birkin wystąpiła w przestrzeniach małego Teatru Zagłębie w Sosnowcu. Brytyjka zagrała tutaj jeden z koncertów, które weszły w skład trasy upamiętniającej dwie dekady od śmierci jej byłego męża, Gainsbourga. Tournee zorganizowała wraz z grupą japońskich instrumentalistów, którym zaproponowała wspólne granie tuż po tragedii w Fukushimie - łącząc w ten sposób dwie okoliczności, rocznicę śmierci genialnego muzyka i wydarzenia w Japonii.

Dzięki obecności bardzo zdolnego (i w połowie bardzo młodego - trębacz i skrzypaczka byli dwudziestokilkulatkami z wyjątkowymi zdolnościami) jazzowego kwartetu, piosenki Gainsbourga nabrały nowego wyrazu - po raz pierwszy, zgodnie ze słowami Jane, aranżacje zostały wzbogacone trąbką, a całość Callahan / Fot. N.Skoczylaskompozycji zinterpretowana przez pianistę Nobuyuki Nakajima miała klimat wypadający gdzieś na styku barowego jazzu z klasyczną, dobrą francuską piosenką (a więc konotacje z popowym songwritterstwem są tu nie od rzeczy). Prawie dwie godziny występu pełne były zwrotów i zmian nastrojów - od rozdzierająco smutnych, po energetyczne kabaretowe inspiracje. Spotkanie z twórczością Gainsbourga było inspirujące, szczególnie wówczas, gdy ma się w głowie burzliwe perypetie tej pary i widzi wielką dystynkcję Jane, która wciąż dysponuje dobrym głosem i z wielkimi emocjami podchodzi do dorobku Serge'a. To był właściwie elementarz francuskiej piosenki.

Kolejne wydarzenie w teatrze - to koncert Billa Callahana w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Sala prawie pełna, a po niej niesie się wieść (tudzież wszyscy z takim przekonaniem przyszli słuchać muzyka), że Bill to największy Callahan / Fot. N.Skoczylassinger-songrwriter i bez znajomości jego muzyki lepiej w ogóle nie zaczynać tematu. Nie do końca jestem pewna, czy faktycznie ten dość drewniany na scenie pan obrósł taką legendą, choć liczna publiczność rodziła jednak pewne nadzieje w tej kwestii. Podczas koncertu, zagranego w trzyosobowym składzie (perkusja o skrajnej wprost subtelności, prawie niesłyszalna i minimalistyczna oraz dwie gitary - akustyczna i elektryczna), dominowała najnowsza płyta Callahana, na której utwory trwają kilkakrotnie dłużej niż na solowym debiucie, i której improwizacyjną przestrzeń wyeksponowali i wyeksplorowali muzycy do reszty. Kompozycje były więc dokładnie rzeźbione i rozwijane, czasami w mocno ekspresyjne formy (jedna z improwizacji perkusisty godna była bardzo nerwowego free jazzu), czasami cicho i monotonnie. Bill Callahan okazał się być wyjątkowo mało wyrazistą postacią na scenie, ot bardzo poprawny muzyk, o cudownym głosie, z piękną muzyką i Fleet Foxes / Fot. N.Skoczylasfantastyczną liryką, ale osobowość jakaś taka drugo, trzecioplanowa. Rozczarowaniem były w moim odczuciu także proporcje pomiędzy nowym i starszymi albumami - spodziewałam się czegoś więcej niż dwóch raptem utworów ze świetnej płyty "I Wish We Were an Eagle", tym bardziej, że bisowe "Eid Ma Clack Shaw" zostało dość brutalnie obrobione i w efekcie brzmiało dość osobliwie.

Spotkanie z twórczością Smoga i nowym obliczem Callahana jako przeżycie estetyczne można jednak uznać za godną rekompensatę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.