Facebook Google+ Twitter

Gdy widać już tylko cień. „Uciec przed cieniem" Ewy Kopsik

Tym razem nie polubiłem głównej bohaterki. Co kilka kartek starałem się wykrzesać z siebie współczucie i zrozumienie, jednak bez powodzenia. Do ostatniej strony drażniła mnie swoją bezsilnością i tchórzostwem. A potem coś mnie tknęło.

 / Fot. J. LepiorzJeszcze długo po skończeniu lektury nie dawała mi spokoju myśl, dlaczego, mimo prób, nie umiałem jej polubić czy chociażby zrozumieć? Może dlatego, że Ewa Kopsik stworzyła antybohaterkę, z którą nikt nie chce się identyfikować. Kobietę żyjącą życiem beznamiętnym, pustym niczym wydrążona skorupa, która nie ma pojęcia, czego chce od życia a wszystkie jej działania, cele, które sobie wyznacza, podporządkowane są temu, czego oczekuje od niej społeczeństwo. Autorka nie wyjawia nam nawet jej imienia, co sprawia, że jeszcze łatwiej podać w wątpliwość jej istnienie, zaprzeczyć znaczeniu jej życia.

Bohaterka uwięziona jest w nieszczęśliwym małżeństwie, które od samego początku chwieje się niczym tandetna dekoracja. W przeprowadzce z Polski do Wiednia, którą rozpoczyna się opowieść, upatruje impulsu do zmian. Problem w tym, że sama nie wie, jakich zmian oczekuje. Każdy kolejny spędzony wspólnie z małżonkiem dzień boleśnie obnaża ogromną przepaść. Przepaść pomiędzy nieśmiałą, wycofaną, skłonną do wielogodzinnych rozmyślań polonistką-erudytką a nadrabiającym intelektualne braki żartem i rubasznym śmiechem, ekspresyjnym, zakochanym w sobie śpiewakiem operowym.

Biedna dziewczyna, pomyślicie pewnie. Jednak ja, z każdą kolejną stroną, coraz trudniej znajdowałem w sobie zrozumienie dla jej nielogicznych działań, nieprzystosowania społecznego, lękliwości, popadania w otępienie i ciągłego braku energii, nie potrafiłem stanąć po jej stronie. Za każdym razem, gdy już wierzyłem, że wyzwoli się od oschłego i nieuczciwego męża i zdobędzie upragnioną wolność, opuszczały ją siły i trwała w punkcie wyjścia, bojąc się wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Nikt z nas nie chce taki być. Mało kto ma wystarczająco dużo cierpliwości, żeby nawiązać z taką osobą trwałą relację.

Nigdy jeszcze żadna książka nie wywołała we mnie wyrzutów sumienia. No bo jak to tak? Zgnębiona dziewczyna, którą odrzucają wszyscy z jej otoczenia, nie zdobyła nawet odrobiny mojej sympatii i współczucia?

Żeby było jeszcze bardziej gorzko autorka co jakiś czas wplata w monologi wewnętrzne bohaterki przebłyski traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, które to, niczym tytułowy cień, podążają za nią a ona, najpierw nieśmiało a potem z coraz większą determinacją, upatruje w nich źródła swoich wszystkich niepowodzeń. Zamiast z nimi walczyć, jeszcze głębiej zapada się w swój ulubiony fotel a potem w otchłań swojej codziennej rozpaczy.

Z każdym kolejnym rozdziałem czas zdaje się zwalniać a my, razem z bohaterką, zapadamy się w jej niespokojny wewnętrzny świat, w którym targający jej umęczoną duszą lęk sąsiaduje z odrętwieniem i tępym poczuciem izolacji. W Wiedniu rzeczywistość jest jej jeszcze bardziej obca a otaczający ją ludzie budzą lawinę złych emocji, od panicznego lęku aż po szczerą nienawiść. Tragiczne wspomnienie z dzieciństwa za to coraz wyraźniej przebija się do jej świadomości, gnębiąc ją do tego stopnia, że nawet jej wyczekana wolność staje się jej więzieniem. Nie potrafi sama decydować o własnym losie, poddaje się nachodzącym ją bez uprzedzenia falom intensywnych, negatywnych emocji, niesiona nimi to tu, to tam, na zmianę to szukając sensu w cierpieniu to popadając w zupełną, zimną i straszną obojętność.

Niełatwo jest obserwować te zmagania, towarzyszyć jej w rozpaczliwych próbach przetrwania. Świat polskich emigrantów w Austrii jest smutny, szary, brudny i obdarty z godności. Ewa Kopsik opisuje to nieprzyjazne środowisko bardzo drobiazgowo, nie boi się wydzielin i niemiłych zapachów. Opisy dalekich od ideału ciał bohaterów dalekie są od metafor. Nie znajdziemy tu także pozytywnych charakterów. Każdy w jakiś sposób zawodzi, krzywdzi, przeraża lub odrzuca naszą bohaterkę. Mimo, że zmaga się z obezwładniającą depresją, świat, zamiast wyciągać ją w górę, odwraca się od niej niecierpliwie, odrzuca jej inność. Ja początkowo zrobiłem to samo. Potem przyszła refleksja: takie książki są właśnie po to, by coś nas tknęło. By pomóc nam dostrzec w naszym otoczeniu kogoś, kto zmaga się z własnym cieniem. Wtedy będziemy mogli, zamiast go odrzucać, podać mu rękę a potem trwać przy nim cierpliwie, aż mozolnie, krok po kroku, wyjdzie ze swojej ciemnej strefy i zacznie prawdziwie żyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

W bardzo ciekawy sposób, Autor recenzji, opisał swoje "zmagania" z postacią głównej bohaterki.
Byłam ciekawa konkluzji..."Potem przyszła refleksja: takie książki są właśnie po to, by coś nas tknęło. By pomóc nam dostrzec w naszym otoczeniu kogoś, kto zmaga się z własnym cieniem." Warto przeczytać powieść chociażby tylko po to, żeby dojść do takiego wniosku.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.