Facebook Google+ Twitter

Gdzie się podziali polscy trenerzy?

Leo Beenhakker, Raul Lozano, Andriej Urlep - to nazwiska, które w ostatnim czasie tworzą nową jakość polskich gier zespołowych. Czy obcokrajowcy są lekarstwem na wszelakie bolączki polskiego sportu?

Andriej Urlep. Fot. Paweł Relikowski Słowo Polskie Gazeta WrocławskaTrudno nie zauważyć, że jesteśmy świadkami renesansu w polskim sporcie zwłaszcza, jeśli chodzi o najpopularniejsze w naszym kraju gry zespołowe - piłkę nożną, koszykówkę i siatkówkę. Ostatnie sukcesy w tych dyscyplinach przyniosły nam kibicom, wiele radości ale także powodów do refleksji.

Cudotwórca Beenhakker

Blamaż polskiej reprezentacji na MŚ w Niemczech postawił pod ścianą prezesa PZPN, Michała Listkiewicza. Oprócz trenera Pawła Janasa był on drugą w kolejności osobą obwinianą za klęskę polskich piłkarzy. Opinia publiczna domagała się dymisji obu panów, najlepiej w trybie natychmiastowym. Media spekulowały, że potrzebny jest trener z zagranicy. Ktoś ze świeżym spojrzeniem, nie związany z działaczami piłkarskiej centrali, ani nie zatopiony po uszy w tzw. "polskim bagienku". Listkiewicz nie miał wyjścia. Chcąc ratować swój mocno nadszarpnięty wizerunek zatrudnił holenderskiego trenera, Leo Beenhakkera. Człowieka legendę, pracującego w największych europejskich klubach (były trener Arabii Saudyjskiej, Holandii oraz Trynidadu i Tobago; mistrz Hiszpanii z Realem Madryt oraz Holandii z Ajaksem i Feyenoordem). Medialna nagonka ucichła, lecz w gabinetach działaczy PZPN wrzało. Beenhakker nie miał wielu zwolenników, nie był "swój", a co za tym idzie, nie dał się zmanipulować. To wywołało popłoch wśród władz Związku. Beenhakker trafił na ścianę niechęci, na każdym kroku rzucano mu kłody pod nogi i krytykowano. Zwłaszcza, gdy piłkarskie eliminacje do mistrzostw Europy polska reprezentacja rozpoczęła fatalnie. Działacze triumfowali. Najmniej pretensji i jednocześnie najwięcej cierpliwości wykazali kibice. Jedni wierzyli w pracę Beenhakkera, inni twierdzili, że z pustego i Salomon nie naleje. Z czasem piłkarze grali coraz lepiej, a ukoronowaniem wszystkiego były zwycięstwa nad Portugalią i Belgią. Okazało się, że jednak mamy zawodników zdolnych grać na wysokim poziomie. I to nie tylko przez 15 minut pierwszej połowy, ale przez całe spotkanie. Brakowało tylko właściwej myśli trenerskiej.

Iskra Lozano

Polscy siatkarze, w odróżnieniu od piłkarzy, od lat utrzymywali się w czołówce najlepszych drużyn świata. Spektakularnych sukcesów jednak brakowało. Zwycięstwa w mistrzostwach Europy juniorów (1996) i Mistrzostwach Świata juniorów (1997) zostały przejedzone i nie znalazły odbicia w siatkówce seniorskiej. Reprezentacja nie grała źle, ale nie grała też porywająco. Iskrą, która rozpaliłaby polską drużynę miał być argentyński szkoleniowiec, Raul Lozano. Podobnie jak Beenhakker, Lozano wiele w sporcie osiągnął. W latach 1991-1993 prowadził włoski zespół Misura/Milan Volley, z którym dwukrotnie zdobył wicemistrzostwo Włoch oraz klubowe mistrzostwo świata i Puchar Zdobywców Pucharów. W latach 1994-1996 był trenerem reprezentacji Hiszpanii, z którą zdobył srebrny medal na Uniwersjadzie w Japonii. Pracę z reprezentacją Polski rozpoczął 17 stycznia ubiegłego roku. W ciągu niespełna dwóch lat doprowadził naszych siatkarzy do srebrnego medalu mistrzostw Świata. Na turnieju w Japonii Polacy grali jak z nut, a kibice po każdym spotkaniu przecierali oczy ze zdumienia. W efekcie odnieśliśmy największy sukces od ponad trzydziestu lat. Otworzyła się nowa karta w dziejach polskiej siatkówki.

Rzemieślnicy Urlepa

Propozycje, by kadrę koszykarzy objął Andrej Urlep padały już od dawna. Słoweński szkoleniowiec od lat pracował w polskiej lidze. Zdobył sześć mistrzowskich tytułów z drużyną Śląska Wrocław i jeden z Anwilem Włocławek. Kandydatem wydawał się więc idealnym. Jednak PZKosz nie potrafił z Urlepem dojść do porozumienia. W międzyczasie polska reprezentacja staczała się coraz bardziej na dno. Polacy przegrywali mecz za meczem, kończąc eliminacje do mistrzostw Europy 2005 na ostatnim miejscu w tabeli. Stało się jasne, że albo Urlep, albo nikt. Podpisano z nim umowę i na efekty nie przyszło nam długo czekać. Polacy w błyskotliwym stylu awansowali do mistrzostw Europy 2007 w Hiszpanii. Słoweński szkoleniowiec potrafił stworzyć z koszykarzy prawdziwą drużynę, z każdego z graczy wycisnąć maksimum mobilizacji i umiejętności. Położył nacisk na agresywną i konsekwentną pracę w obronie oraz dokładność w ataku. Wyegzekwował porządek i dyscyplinę taktyczną na boisku. Postawił na solidnych rzemieślników, a nie sezonowe gwiazdy.

Dlaczego lepsi?

W czym więc tkwi tajemnica naszych "polskich" zagranicznych trenerów. Może w tym, że nie słuchają się działaczy i wprowadzają własną filozofię gry? Może w tym, że wymagają bezwzględnej dyscypliny, niepokornych wyrzucają z drużyny bez żadnych sentymentów? A może są lepsi od polskich trenerów dlatego, że wciąż się uczą? Są na bieżąco z wszystkimi trenerskimi nowinkami, nie stoją w miejscu i wciąż ulepszają grę zespołu. Zapewne każdy z tych elementów składa się na całość ich sukcesów. Z pożytkiem dla sportu i dla kibiców.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

A może przyczyną jest to, że trener z zagranicy, a do tego trener z sukccesami, budzi jakiś respekt wśród naszych kadrowiczów? Że mają za szkoleniowca kogoś, kto naprawdę się świetnie zna na tym co robi? Bez obrazy dla poprzedników, ale Ci obecni w swoim CV mają naprawdę lepsze referencje. Zawodnicy chcą się zawsze pokazać przed kimś takim.
Inną sprawą jest to, że cała opisana trójka potrafiła stworzyć w zespole tzw. spirit. Jest chemia i widać radość z gry.
I tak jak napisałeś: bez sentymentów do "gwiazd" i zasłużonych graczy... jak widać są efekty :) Oby tak dalej!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.