Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

50733 miejsce

Gdzie znajdują się granice ingerencji w tekst?

Zaledwie kilka dni pobytu w gazecie internetowej Wiadomości24.pl i już uwagi – może za szybko, ale nie wszystko co nagle, to po... – przynajmniej tak mi się wydaje.

Funkcja polemisty jest niewdzięczna, bo niewiele osób potrafi przyjąć krytykę. Jednak bez polemiki i to czasami bardzo ostrej każde środowisko ulega skostnieniu. Gdy dokładnie wiadomo: co, gdzie, kiedy, jak... należy zrobić, wówczas wszystko funkcjonuje, ale - niestety - nie „posuwa” się do przodu. Natomiast społeczeństwo, dzięki parciu niektórych jednostek do realizacji własnego indywidualizmu, torowane ma nowe drogi rozwoju.

Dotyczy to również języka, który, zgodnie z założenie Mikołaja Reja, „wypowiedzieć ma, co pomyśli głowa". A gdy już myśl zostanie oswojona i odziana w słowa spotyka na swej drodze przeszkodę – redaktora moderującego (i wypada w tym miejscu „podkreślić”, że przeszkodę napotyka myśl oswojona, a nie oswajający ją twórca).

Ten tekst, to zaledwie preludium do rzeczowej dyskusji, która mam nadzieję nie będzie prowadzona pomiędzy mną a redakcją, lecz pomiędzy członkami społeczności tworzącej Wiadomości24.pl. I miło przeczytać kilka zamieszczonych wcześniej polemik, choć szkoda, że nie zostały rozwinięte. Mnie osobiście interesuje tylko marginalnie poruszana dotychczas kwestia wyznaczenie granic ingerowania w tekst autorski.


Przyczyna


Prawdopodobnie nie zdecydowałbym się na jego napisanie, gdyby nie argumentum ad personam, które miałem okazję przeczytać po przerobieniu prawie wszystkich poprawek dokonanych przez jednego z redaktorów (i odniesienie personalne wydaje mi się w tym tekście zbyteczne).

Pierwsza reakcja była klasyczna – moja noga tu więcej nie stanie, strzepnę popiół z wirtualnego obuwia i już nawet nie pomyślę o tym miejscu. A potem refleksja – ja, zodiakalny Skorpion mam spuścić ogon i uciec. Nie, to byłoby dziecinne podejście. Więc napisałem kolejne teksty i okazało się, że nie wszyscy dążą do przywrócenia nieokrzesaności oswojonej już myśli. Kolejny (e-n-ty) tekst trafił znów na mojego ulubionego (i nie brakuje tu cudzysłowu) redaktora i znowu tekst został skażony poglądami, które bardzo dalekie są od moich, a to przecież moje personalia pod (a raczej nad) nim figurują.


Działanie


Po wysłaniu pierwszego polemicznego tekstu do redakcji, otrzymałem odpowiedź red. naczelnego Pawła Nowackiego, który stwierdził m.in., iż „pracujący tu [we Wiadomościach24.pl] redaktorzy mają różny styl adiustacji. Jedni skupiają się na tym, by poprawić tekst według własnego uznania, inni starają się zachować charakterystyczny styl autora tekstu. Sam mam nawyk prostowania tekstów według własnego stylu (zgodnego z własnym doświadczeniem, stylistyką redakcji, w której w danym momencie pracuję), choć zawsze staram się uwzględnić uwagi dziennikarza, który tekst napisał. W końcu wszyscy jesteśmy omyli. Z drugiej strony warto mieć też na względzie przekaz, jaki płynie z tekstu po poprawkach... ”.

Biorąc pod uwagę, że język polski pozostawia wiele możliwości bawienia się formą wypowiedzi, to zastosowana przez redakcję metoda nie jest zbyt dobra. Tym bardziej, że wiele informacji przekazuje się właśnie formą i gdy zaczyna się „szatkowanie” tekstu wiele informacji „zawartych pomiędzy wierszami” zostaje usunięta.


Polemika


Również istotny wydaje mi się fragment dotyczący polemik prowadzonych przez autorów z redakcją „w zaciszu gabinetowym”, a więc niedostępnych dla ogółu. Paweł Nowacki napisał: „Ostro powiedziałbym, że w "zwykłej" redakcji do takich sytuacji raczej nie dochodzi. Tu [we Wiadomościach 24.pl] jest inaczej, wielu autorów walczy o swoje dzieło, polemizuje z nami. Nas to cieszy, w końcu społeczność ma mieć wpływ na ostateczną wersję gazety internetowej. Chwilami jednak brakuje czasu na obszerne polemiki, po prostu dla autora to jest jego bardzo ważny tekst, a dla redaktora moderującego to jeden z kilkudziesięciu jaki przeczyta podczas kilkugodzinnego dyżuru”.


I chyba właśnie w tym fragmencie jest „pies pogrzebany”. Jeśli ktoś zna zalety własnej stylistyki, to uwagi redaktora bez wątpienia nie będą miały wpływ na jego przygodę z formą, jednak jeśli ktoś próbuje dopiero swych sił na niwie dziennikarskiej, czy literackiej (bo przecież ta ostatnia stanowi również element przekazu wiadomości i to nie odzianych w skąpą faktografię, lecz czasami smoking, czy wytworna suknię balową utkaną misternie ze słów), to jedna taka „przepychanka” pomiędzy nim a redakcją może doprowadzić do rezygnacji z dalszych prób. I potem pozostaje ślad współpracy, w formie wywalczonego jednego, czy dwu tekstów i na tym kończy się przygoda z gazetą internetową.


Współpraca


A przecież tworzenie społeczności nie polega na zachęcie do „wstąpienia” do niej, a następnie skutecznym zniechęcaniu do pozostania czynnym jej członkiem.

O ile wiele uwag redakcyjnych jest bez wątpienia przydatna, rzeczowa i właściwa, to przeróbki polegające na dostosowaniu tekstu autorskiego do poglądów redaktora bez wątpienia nie kwalifikują się do kategorii pozytywów. Tym bardziej, gdy dotyczą „dlikatnej materii", a taką bez wątpienia jest prezentacja osób z grup uznawanych przez ogół społeczeństwa za margines społeczny (i występuje tu celowe powtórzenie, bo sam odcinam się od takiego podziału społeczeństwa. Wszak margines w zestawieniu ze społeczeństwem nabiera pejoratywnego znaczenia). I właśnie przykładem z takiego tekstu się posłużę – wstępem (zajawką) artykułu zatytułowanego „Świat współczesnych Marii Magdalen”.


Przykład


Wersja opublikowana brzmi: „Prawdopodobnie każde z dużych miast posiada rewir, w którym świadczy się usługi seksualne i prawie każdy «praworządny» człowiek zapytany o opinię wyraża swe negatywne nastawienie do takich miejsc i osób, które zarabiają na prostytucji”.

Natomiast wersja przed adiustacją brzmiała (a raczej brzmi, bo jednak nie została przeze mnie skasowana):

„Prawdopodobnie każde z dużych miast posiada swe kurwenstrasse i prawie każdy «praworządny» Człowiek zapytany o opinię na temat takiego miejsca wyraża swe negatywne nastawienie do niego i osób tam pracujących”.


Dowód


Bez wątpienia dla osoby nie mającej bliskich relacji z osobami prostytuującymi się (i nie odnoszę się w tym miejscu do bliskości seksualnej) przeróbki są drobne i nieistotne. Jednak poznając sposób funkcjonowania miejsc, gdzie seks traktowany jest instrumentalnie zaczyna się zwracać uwagę na pewne niuanse terminologiczne.

Redaktor zamienił nazwę środowiskową miejsca na „rewir”, a ten definicyjnie związany jest z nadzorem, co w odniesieniu do prostytutek nie jest wcale regułą, bo nie każda związana jest z alfonsem, a czym starsza, tym rzadziej jest uwikłana w takie zależności. A opisane w tekście nie zaliczają się przecież do „narybku”... Na dodatek na terenie tego „rewiru” – zgodnie z opinią adiustatora – „świadczy się usługi seksualne”, co sugeruje świadczenie ich przez świadczeniobiorcę, a to stwierdzenie nie ma pokrycia z zastanej rzeczywistości.


Podobne przeinterpretowanie pojawia się na końcu omawianego wstępu. Z nastawienia ogółu społeczeństwa do osób prostytuujących się, które przedstawiłem, zrobiono odniesienie do osób zarabiających na prostytucji. A jakoś nie potrafię uznać, iż prostytutka zarabia na czymś – (tej bezpodstawnie wstawionej) prostytucji, tylko zarabia czymś – prostytucją. Różnica między narzędnikiem a miejscownikiem w tym miejscu jest znacząca, bo zarabianie prostytucją, to świadczenie usługi..., natomiast zarabianie na prostytucji, polega na czerpaniu korzyści materialnych z prostytucji kogoś innego, b o jakoś trudno mi uwierzyć, iż redaktora mógł uznać, że prostytutka zarabia nie ciałem, lecz na ciele. Gdyby w rozwinięciu tekstu znajdowały się informacje o alfonsach, wówczas przeróbka byłaby do przyjęcia, choć również z zastrzeżeniami, bo społeczeństwo potępia przede wszystkim świadczeniodawcę, zachowując się tak, jakby to nie popyt napędzał podaż.


Uwagi


Tę polemikę mógłbym rozwinąć o wiele bardziej, gdybym zajął się przeinterpretowaniami, które pojawiły się w pozostałej części tekstu bez mego udziału. Jednak wydaje mi się to w tym miejscu bezzasadne.

Prawdopodobnie, jeśli ktoś doczytał tekst do tego miejsca, to zastanawia się po co wdawać się w tego typu dyskusje, skoro tekst jest już elementem archiwum? A odpowiedź jest bardzo prosta – jeśli w rzeczywistości Wiadomości24.pl pretendują do miana społeczności, to relacje są obustronne: równych z równymi, a nie równych i równiejszych. I oczywiście uprzywilejowanie tych, którzy tworzą tę społeczność czas o wiele dłuższy niż ja jest naturalne, o tyle uznawanie, że ktoś, kogo „obdarzono piórami” posiada większe umiejętności w danej dziedzinie, czy też wiedzę o określonej problematyce jest niedorzeczne.


Na koniec dodam, że sam popełniam wiele błędów (i to takich, których nie popełnia prawie nikt, bo czytając przede wszystkim rękopisy powstałe pomiędzy XVII a XIX w. wszedłem na tyle głęboko w zasady ówczesnej ortografii, że zaczynam czasami we własnych wypowiedziach pisemnych stosować wymienne „i”, „j” i „y”), ale gdy ingeruję w czyjś tekst (a adiustowałem merytorycznie prace naukowe), to zmieniam ewentualnie formę, a nie treść i poglądy autora. I wydaje mi się, że tych zasad powinni przestrzegać również redaktorzy, a wówczas nie pojawiałaby się w redakcyjnym blogu informacje o wielokrotnym wysyłaniu przez autorów tych samych tekstów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Raczej małe, ale ja bardzo lubię szukać, a przykładowo z chęcią wezmę do ręki kolejny raz Biblię w tłumaczeniu Wujka, bo jakoś od kilku lat nie miałem potrzeby dotykania akurat tego starodruku. A przy okazji będzie sposobność do poprzeglądania sobie drzeworytów, a tą bardzo lubię.
A co do chodzenia po popiele, to się nie zgadzam z opinią, bo przecież cała masa kultur „opierała się” na systemie żarowym i jeszcze w średniowieczu ten system był przecież powszechny. Więc bardzo często chodzono po popiele.
I jeszcze raz dziękuję za uwagi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Co do postarzenie cytatu to należy mi się ostrzejsza krytyka. Jednak jak się domyślam mam przyjemność z pedagogiem, dla którego subtelność krytyki jest normą. A co do prochu i popiołu, to w odniesieniu do wykorzystanej maksymy stosuję je zamiennie. Przecież łaciński „pulvis” zawiera oba znaczenia. Niestety nie mam teraz przy sobie słownika hebrajskiego, wiec nie mogę sprawdzić znaczeń. I nie chce mi się szperać po starodrukach i rękopiśmiennych bibliach szukając jak tłumaczono w przeszłości ten fragment.
I miło zobaczyć, że ktoś w rzeczywistości czyta, to co zostało napisane.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Widzę Ewo, że jeśli widzisz w czymś sens, to podobnie jak ja – wojujesz. Twoja polemika jest niezła, choć szkoda, że dotyczy innego problemu, bo co dwa języki, to nie jeden. A jeśli trafia się na dodatek dwa ostre, to i na Grunwald można się wyprawić. Hahahaha

Komentarz został ukrytyrozwiń

Andrzeju czekałam na ten tekst, miałam zresztą przyjemność przeczytać go w wersji oryginalnej :) W środę my, mieszkańcy Pomorza, spotykamy się z Pawłem, myślę, że dyskusja będzie gorąca ...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.