Facebook Google+ Twitter

Gejowski mesjasz demokracji. "Obywatel Milk"

Historię politycznej kariery pierwszego amerykańskiego geja wybranego na urząd publiczny Gus van Sant przedstawia miejscami tak, jakby był członkiem sztabu wyborczego swojego bohatera: z pasją, ale w jednym wymiarze.

Kadr z filmu / Fot. Fot. Best FilmW tegorocznym wyścigu po Oscary startują dwa filmy, które w różny sposób podejmują problem relacji jednostki ze społeczeństwem. „Droga do szczęścia” i „Obywatel Milk” prezentują wykluczające się scenariusze tego samego dramatu: o ile w dziele pierwszym ambicje młodego małżeństwa zdławione zostają przez model życia klasy średniej, o tyle w drugim charyzmatyczny polityk przełamuje powszechne uprzedzenia, otwierając drogę gejowskiej emancypacji. Punkty widzenia są równoważne, wyroki Akademii wydają się jednak manifestacją amerykańskiej wyobraźni, ta zaś kocha zwycięzców. Stąd pesymistyczna psychodrama Mendesa została zupełnie pominięta w głównych kategoriach, zaś triumfalna biografia zyskała sławę artystycznej rewelacji, ukoronowanej ośmioma nominacjami.

Krytyczna przekora nie pozwala mi przyłączyć się do powszechnego aplauzu, z jakim przyjęto „Obywatela Milka” za Oceanem, podejrzliwie każe patrzeć na ekstatyczne wykrzykniki tamtejszych recenzentów. Więcej nawet: w dokonanym powyżej zestawieniu dwóch ciekawych obrazów odwrotnie rozdzieliłbym zaszczyty. Mendes powrócił bowiem do poziomu „American Beauty”, Gus van Sant nakręcił zaś film dobry i przyjemny w odbiorze, ale – nie wybitny. Kreowany na arcydzieło, nie posiada cechy arcydzieła najistotniejszej: oryginalności w sposobie prezentowania historii. Przyczyna tkwi może w osobie reżysera: awangardowy twórca, którego pasją są narracyjne eksperymenty, przy ważnym dla siebie temacie – jest w końcu van Sant zdeklarowanym homoseksualistą – tłumi swój artystyczny temperament dla wyższego celu; zamyka się zupełnie w filmowych konwencjach, by stworzyć obraz dla jak najszerszej publiki. Obradza to skrajnością: tradycyjną do bólu biografią, w której przesadna troska o klarowność fabuły przekreśla niemal pogłębioną interpretację prezentowanej rzeczywistości, biografią, której brak nerwu i olśniewających rozwiązań formalnych, znanych z dzieł podobnego rodzaju Formana czy Scorsese. Składający daninę hollywoodzkim schematom van Sant to ledwie perfekcyjny rzemieślnik, choć i w tym zawodzi go czasem wyczucie: o perypetiach miłosnych radnego Milka opowiada bowiem przy użyciu nieznośnie ckliwej, melodramatycznej sztampy.

Nie udała mu się przy tym rzecz najtrudniejsza: w próbie kina zaangażowanego nie uniknął irytującego dydaktyzmu. Historię politycznej kariery pierwszego amerykańskiego geja wybranego na urząd publiczny przedstawia miejscami tak, jakby był członkiem sztabu wyborczego swojego bohatera: z pasją, ale w jednym wymiarze. Maluje świat irytująco czarno-biały i popadłby pewnikiem zupełnie w naiwną agitację, gdyby oprócz światopoglądu nie posiadał przy kręceniu filmu innego atutu: genialnego odtwórcy roli głównej. Sean Penn dorabia bowiem ludzkie rysy ikonie świętego Harveya, cudownie ożywiając marmurowy pomnik humorem i lekkością. Jego wielowymiarowy Milk to zarówno polityczny praktyk, jak i zatroskany humanista, lubi się go i wierzy się mu bez zastrzeżeń, zaś bijąca z niego aktorska wielkość zdaje się wpływać korzystnie także na reżysera: przynosi opamiętanie w kaznodziejskich zapędach. Kiedy główny bohater ratuje na ekranie obywatelską inicjatywę, Penn ocala artystyczną rangę całego filmu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.