Facebook Google+ Twitter

Gitary grzmią na Antypodach. Wywiad z Die! Die! Die! dla W24

Nowozelandzki zespół Die! Die! Die! zaskarbił sobie nową publiczność po fenomenalnych koncertach w Polsce. Poza "Form", mało kto jednak sięgnął po inne płyty. Mam dla Was słów kilka o wydawnictwach i krótką rozmowę z zespołem.

Koncert w Warszawie / Fot. Natalia Skoczylas1 "ST" EP 2005
Skondensowane i brutalne 13 minut i 50 sekund. Nagrali tę krótką płytę w nowozelandzkim Auckland i wydali nakładem Unstable Ape Records. Ta EPka otworzyła im drogę do współpracy z ich - co by nie było - guru, którym jest Steve Albini. Zanim to się stało, musieli wyłożyć kosmiczne ponoć pieniądze i zainwestować w ten kilkunastominutowy pociąg do jeszcze lepszego brzmienia.

Nagranie zaczyna się bezpardonowym kopnięciem "Ashtray, Ashtray", w którym zachwyca brudna i brutalna linia basu oraz coś nieuchwytnie math-rockowego, zanurzonego w garażowym post-punku i post-hardcore. Ten radiowy niemalże hit narasta do przesterowanego hałasu i płynnie miesza się z "Made Up in Red", skondensowanego popisu połamanych brzmień, minutą sześć sekund uderzenia. Najbardziej piosenkowe z tych nagrań włączono później do debiutanckiej płyty, rarytasami pozostały te zaś, które - tak jak "Brat" i "Rat" - są przede wszystkim krzyczącym chaosem/hałasem. Die! Die! Die! z pierwszej EPki długa droga dzieli jeszcze od tego, co słyszeć na "Form".

A później pakują walizki i lecą do Chicago, gdzie w Electrical Studio powstaje pierwszy album.
Trudno ten „Self Titled” nazwać pełnym metrażem, bo trwa niewiele ponad dwadzieścia minut. Wykańczający, mięsisty hardcore. Michael, perkusista, szokuje formą – jest szybki i precyzyjny jak maszyna, ale produkowany przez niego rytm jest nieprzewidywalny i pełen swobody. Andrew bezustannie wykrzykuje swoje cyniczne liryki, skanduje manifesty, jest rozczarowany. To się może podobać – naprawdę wkurzony wokalista, który przy okazji potrafi wykrzesać autentyczną agresję ze swojej gitary.



Ich brzmienie na EPce „Loctus Week” z 2006 roku jest już trochę bardziej melodyjne. Cały proces produkcji tego albumu miał miejsce w nowojorskim Marcata Studios, i ten dziesięciominutowy zapis zbliża ich nieco do Unwound, szczególnie w epickim „Drop Off”, naszpikowanym grzmiącą linią basu i mocno przesterowaną, jazgoczącą gitarą. Wycofany wokal, powtarzający jak mantrę krótkie frazy, przypomina post-hardcorowe dokonania z połowy lat 90. „155” z kolei ma mniej drastyczny charakter, typowy dla alternatywnego rocka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.