Facebook Google+ Twitter

Głód - lekarstwo bez recepty

Przyglądam się od wielu tygodni strajkom służby zdrowia i mimo woli wspominam czasy, kiedy opieka medyczna była w powijakach, a choroby – obecnie skutecznie leczone – bywały śmiertelne.

Choroba dopadła mnie pod koniec szkoły podstawowej, w maju. Na początku bolał brzuch, zaczęła się biegunka, wymioty i matczyne, domowe sposoby w żaden sposób nie pomagały. Po kilku dniach mama doszła do wniosku, że bez doktora się nie obejdzie.

Doktor Ch., człowiek starszawy, nerwowy i apodyktyczny stwierdził na wstępie, że źle wyglądam, zadumał się dziwnie po czym dość bełkotliwym głosem zawołał swoją żonę. Ta wkroczyła ze strzykawką w ręce i przez ubranie zrobiła zastrzyk... doktorowi, który po niejakiej chwili spojrzał przytomniej, podtrzymał diagnozę o niedożywieniu, stanowczo zalecił lepsze odżywianie i zapisał Tinctura Amara na poprawienie apetytu (tu słowa wyjaśnienia - lekarz stał się morfinistą w wyniku własnego schorzenia, o czym dowiedziałam się kilka lat później od jego bratanka).

Tym, co mi mama w ramach doktorskich zaleceń mogła zaoferować, były ziemniaki ze śmietaną i kogel-mogel, ale jakoś nie pomagały. A i apetytu po gorzkich kropelkach nie przybywało. Choroba nie ustępowała. Drugi i ostatni w mieście doktor w ramach badania zajrzał w oczy, uszczypał w skórę, walnął pięścią w plecy i stwierdził, że mam żółtaczkę, bo jestem żółta. Faktycznie, byłam.

Dał receptę na pastylki Vichy (!).

Zaczęło się prawdziwe leczenie, czyli pyszna oranżadka z pastylek, wymioty, ziemniaki, wymioty, leżenie, wymioty tak na okrągło przez kilka tygodni. Skóra powoli bladła, z solidnego warkocza został mysi ogon, wreszcie zaczęłam się podnosić i chodzić o własnych siłach.

Przyszedł czas egzaminu wstępnego do szkoły średniej. Jak stado nastroszonych gawronów siedzieliśmy na ławeczkach wzdłuż korytarza, oczekując nieznanego. Nieznane pojawiło się w postaci człowieka chudego, wysokiego, przygarbionego. Człowiek miał siwe włosy i nastroszone wąsy. Przechadzał się wzdłuż korytarza, obserwując przycupniętą gromadę przyszłych wychowanków. Był to słynny Siwek, czyli dyrektor.

- A ty co, Śledzikowi spod łopaty uciekłaś? - usłyszałam w pewnym momencie i podnosząc oczy z wyglansowanych butów na ich właściciela stwierdziłam, że pytanie skierowane jest do mnie.
Stanęłam na baczność przed groźną postacią:
- Nie panie dyrektorze - wydukałam - ja tylko miałam żółtaczkę ale już jestem zdrowa.
- Hm, no tak.
Siwek poruszał wąsami w swój charakterystyczny sposób i orzekł:
- Chyba cię matka powinna trochę lepiej odżywiać.

Pół wieku po tych perypetiach mogę tylko powiedzieć, że w czasach, kiedy nie było szpitala, Sanepidu, antybiotyków i wielu innych elementarnych w tej chwili rzeczy, kiedy żółtaczka zbierała obfite żniwo, a przysłowiowy Śledzik przyklepywał łopatą ziemię na jej ofiarach - życie, wbrew logice, uratował mi głód...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.