Facebook Google+ Twitter

Głód miłości

"Dom to miejsce, gdzie dusza rozbiera się do naga. Dom to miejsce, gdzie można zdjąć maskę i dać się pogłaskać po policzku. Dom kołysze do snu. Dom nie ocenia, nie rozlicza, dom kocha bezwarunkowo i bezinteresownie. Tylko dom tak kocha. Jeśli jest prawdziwym domem". Agnieszka Kacprzyk "Klinika kukieł".

Czytając tę sentencję Ania nie bardzo wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Nigdy nie miała domu, bo czy domem można nazwać pękający w szwach "Dom Dziecka"? I dom i dziecko ładne słowa, ale niestety połączenie zupełnie do niczego.

Dziewczynka wspomina, że wychowawcy byli wspaniali, czuli, troskliwi, a nawet kochający. Jednak czy można się czuć się kochanym, gdy kochający kocha 100 osób i ma miłość wpisaną w obowiązki zawodowe? Każdy z nas chce być kochany indywidualnie, osobiście, wyjątkowo.
Chce być dzieckiem, nie wychowankiem. Każde dziecko pragnie mieć coś na kształt normalnego domu, tylko prawie żadne z nich nie wie, jak ten kształt ma wyglądać. Tak naprawdę Ania, jak ponad 98 proc. dzieci przebywających w domach dziecka nie była sierotą. Jej biologiczni rodzice żyli. Jak się miewali nie wiedziała, bowiem z jakiś nieznanych jej powodów wcale się nią nie interesowali. Nawet dziadkowie i ciocia jej nie odwiedzali.

Nieraz dziewczynka wypatrywała ich oknem, pomimo, że wcale nie mieli przyjść. W wyobraźni widziała jak wchodzą do budynku, a ona biegnie im na powitanie. Niestety taka sytuacja nigdy podczas całego pobytu w domu dziecka nie miała miejsca.

Marzeń Ania miała sporo. Wystarczały na każdy wieczór przed snem. Lubiła, gdy gasło świtało, bo wtedy zaczynał istnieć ten jej wymarzony świat. Oczami wyobraźni widziała jak babcia krząta się po kuchni, jak ciocia zabiera ją na basen i jeszcze wiele innych rzeczy. Zasypiała szczęśliwa, by obudzić się w swym rzeczywistym świecie.

Niechciana i niekochana wychowywała się na koszt państwa, które sprawiedliwie, trzeba dodać, zapewniało jej wszystkie potrzeby. Pomimo tych dostatków chętnie zamieniłaby się nawet na najgorszy dom, aby tylko był.

Czasami koleżanki narzekały, że nie chcą wracać do domu, bo tata pije i w domu awantury. One nie wiedziały, jak bardzo im zazdrościła nawet takiego domu. Ania nigdy nie miała prawdziwego domu. Miała tylko pustkę. Zawsze idealizowała swoich rodziców. W jej oczach byli to ludzie wykształceni, kulturalni, troskliwi. Nie wiedziała czym się zajmują, więc wymyśliła sobie, że mama jest nauczycielką, a tata księgowym. Bardzo tęskniła za swoimi rodzicami, babcią, dziadkiem, ciocią i wujkiem.

Często, gdy przeszkadzał jej normalny harmider panujący w domu dziecka wyobrażała sobie, że ma własny pokój w którym może słuchać muzyki, takiej która jej się podoba. Doskonale rozumiała, że w tak dużej grupie dzieci zasady dyscypliny muszą być obostrzone, ale mimo wszystko przykro jej było, iż jej całe dzieciństwo upływa w ten sposób. Potem już przestała marzyć o odwiedzających ją rodzicach, bo to takie nierealne. Zaczęła wyobrażać sobie że trafia do wioski SOS. Dużo o nich czytała i wiedziała, że ich założycielem był Austriak Hermann Gmeiner, który w 1949 razem z przyjaciółmi wybudował dla sierot wojennych i opuszczonych dzieci, pierwszą SOS wioskę dziecięcą.

Wyobrażała sobie, więc że do domu dziecka przychodzi pismo z wioski SOS o jej adopcji. Zawsze z nadzieją spoglądała na torbę listonosza. Pocieszała się tym, że nie jest sama, bo w Polsce w domach dziecka przebywa 25 tys. dzieci. Słyszała, że większość tych dzieci ma rodziców, tylko robią oni za granicą „karierę” finansową, by dzieciom żyło się lepiej.

Ania ciągle musi aktualizować swe marzenia. Obecnie już jest zbyt duża na adopcję. Teraz nastolatka marzy o wielkiej miłości, może tym razem się jej uda i ktoś ją pokocha. Przecież takie rzeczy się zdarzają nawet dzieciom z domu dziecka - mówi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.