Facebook Google+ Twitter

GMO czyli grzebanie w genach

Sama nazwa GMO na wielu ludzi działa drażniąco. Mądrzy znawcy zagadnienia uśmiechają się pobłażliwie, a jeszcze inni zupełnie nie wiedzą, o co chodzi, ale ponieważ jest to grzebanie w genach, czyli poprawianie dzieła Bożego, są na "nie"!

GMO (ang. Genetically Modified Organisms) - organizmy modyfikowane genetycznie.

 / Fot. DocteurCosmos, GNU1.2Problem pojawił się w już chwili, gdy Francis Crick i James Watson rozszyfrowali zasady funkcjonowania kodu genetycznego. Wtedy zrodziły się pierwsze myśli o wykorzystaniu tej wiedzy. Skoro wiemy jak odbywa się zapis i przekaz informacji w komórkach żywych, to znajdziemy metodę, aby naprawić to, co jest uszkodzone.

Hipokryzja ludzka wychodzi jednak u części osób w momencie, gdy myślący naukowiec pójdzie dalej i dostrzeże możliwość poprawienia tego, co naturalne, ale niezbyt doskonałe. Ortodoksyjnie nastawieni do świata wtedy wrzeszczą.
- Co?! Dzieło boże chcesz poprawiać zarozumiały, mały człowieku? Ani się waż!

Tymczasem, niejedna z tych osób lub ktoś z jej rodziny już dziś korzysta z tych poprawek dzieła bożego... Myślę o leczonych insuliną. Oni nie protestują z tego powodu, że zarozumiali naukowcy posługując się sprytem i wiedzą przechytrzyli naturę. Wykorzystując dokładnie te same technologie produkują insulinę, bez używania ludzkich embrionów czy tkanek. Podczepili gen odpowiadający za produkcję ludzkiej insuliny innemu niż człowiek organizmowi, który posłusznie produkuje taką samą insulinę jak ludzka trzustka. Każdy, kto przyjmował tradycyjnie produkowane insuliny zwierzęce wie, że jest to niesamowita różnica w leczeniu.

W czym tkwi problem sporu?

Wśród naukowców jest wielu zwolenników i przeciwników GMO. Nie jest możliwe, aby jedni czy drudzy mieli jednocześnie rację. Nie sposób wszystkich naukowców przedstawić w takim artykule. Mój wybór jest subiektywny. Wymienię najbardziej aktywnych. Zwolennicy: prof. Andrzej Anioł (Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, IHAR), prof. Tomasz Twardowski (Wydział Biotechnologii i Nauk o Żywności Politechniki Łódzkiej) i prof. Piotr Węgleński (Instytut Genetyki i Biotechnologii, Uniwersytet Warszawski).

Przeciwnicy: prof. Ludwik Tomiałojć, ekolog, Uniwersytet Wrocławski, Komitet Ochrony Przyrody przy PAN; prof. Ewa Rembiałkowska, SGGW, Przewodnicząca Forum Rolnictwa Ekologicznego; prof. Katarzyna Lisowska biolog molekularny oraz prof. Tadeusz Żarski, specjalista od skażeń środowiska.

Po obu stronach sporu są utytułowani ludzie, znawcy problemu. Uważam, że żadna ze stron nie jest przesycona cynizmem, mimo że któraś strona przecież nie ma racji. Warto dyskutować merytorycznie, a nie tylko przesyłać przeciwnikom pobłażliwe uśmieszki. Historia nauki zna różne pomyłki w zakresie głoszonych jedynie tylko słusznych prawd, które takimi nie były. Nauka nie znosi ortodoksji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

wiele z fragmentów tego artykułu można by odnieść do in vitro i ekologii człowieka.

ciekawe są te powiązania na styku mediów, korporacji, nauki, polityki.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Piotr B
  • Piotr B
  • 06.09.2011 16:36

Niebezpeczenstwo polega takze na tym, ze zmodyfikowane geny koduja takze inne rodzaje bialek. W perspektywie oznacza to ryzyko nowotworow i choroby prionowe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dylemat dla ekologów: w jednym z krajów UE, bodajże Hiszpanii, udało się uzyskać gatunek ziemniaka, z którego można wytwarzać papier. Oprotestować, bo GM, czy cieszyć się, że zmniejszy się potrzeba wycinania lasów? Rozmawiałem kiedyś z panem z Greenpeace, "polującego" na ulicy na darczyńców (a nawet bym wpłacił, ale wpłaty jednorazowe przyjmują "z łasko swojej", cwaniaki naciągają na "abonament"), spytałem, czy ma jakąś broszurkę, którą mógłbym wziąć do domu i dokładnie przeczytać, a ten na to, że "oszczędzają papier i każda kartka się liczy".

Ludzie opowiadający kretynizmy, że GMO to jakieś zmutowane, pewnie jeszcze radioaktywne nie-wiadomo-co i jak ktoś zje genetycznie zmodyfikowaną truskawkę, to mu trzecia ręka wyrośnie, niech się najpierw zastanowią, czy kiedykolwiek w życiu jedli banany i czy po zjedzeniu lądowali na OIOM-ie, czy wystarczyło po prostu odtrucie.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że wprowadzenie nowego organizmu do ekosystemu może grozić katastrofą ekologiczną (tzw. gatunek inwazyjny), ale to akurat nie jest zależne od samego faktu modyfikacji genetycznej. Podam przykład - karpie wielkogłowe, które pewien pan sprowadził z Azji, ale podczas powodzi się "wydostały". Ten gatunek jest niezwykle żarłoczny, mnożą się tak, że po prostu linknę http://www.youtube.com/watch?v=nc-e8EGkLMo . Gatunek przedostał się do Wielkich Jezior, co grozi katastrofą na niewyobrażalną skalę. Jeśli takie rybki się wydostały, co dopiero mówić o zbożach i w ogóle roślinach wiatropylnych.

Mam jednak wrażenie, że ludzie protestują nie przeciwko samemu zjawisku, a przeciw nazwie. Żadne argumenty ich nie przekonają, tak samo jak w przypadku elektrowni atomowych, bo jest przecież "atomowa", tak jak bomba, więc wybuchnie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.