Facebook Google+ Twitter

God is an Astronaut - ugotowani w dwustu stopniach Celsjusza

God is an Astronaut i Moonlit Sailor mieli wczoraj trudne zadanie do wykonania: zagrać koncert dla sporego tłumu, w bezlitosnych warunkach tropikalnego upału wykreowanego w La Fleche d'Or. Byli bliscy omdlenia, ale podołali.

 / Fot. giaaNawet jeśli Moonlit Sailor to nie post-rockowe pędraki, estetyczne wybory na ich płytach i ich sceniczna prezencja pozostawiają wiele do życzenia. No dobrze, może nie tyle do życzenia, co nie spełniają do końca oczekiwań słuchacza, który z niejednego post-rockowego talerza już jadł. To nawet nie o to chodzi, że Moonlit są koszmarnie wtórni - nie ma w ich utworach absolutnie nic nowego, jest to zlepek pomysłów wypracowywanych od wczesnych lat 90. przez dziesiątki grup spośród których tylko kilka można by nazwać wyjątkowymi, innowacyjnymi, inspirującymi. Post-rock cudownie łatwo wpada w sztampy i klisze, produkując serie klonów, jakie można oglądać z zaciekawieniem przez pierwszych kilka miesięcy, a potem zaczynamy rozumieć, że jeśli ma nas to granie jeszcze ruszać, musimy koniecznie przestać słuchać większości z tych zespołów i zacząć szukać na obrzeżach. Tu raczej wszystko rozbija się o fakt, że są tak jakoś naiwnie zaangażowani w grę, tak niezgrabnie wdają się w kontakt z publicznością, i tak jakoś strasznie przekonują nas do swojego neurotycznego umiłowania gitarowego piękna.

Miałam więc wrażenie obcowania z dość przypadkowym zestawem piosenek, które odbijały się gdzieś pomiędzy kompletną romantyczną miękkością, a próbami zrobienia wstrząsającego post-rockowego hymnu, jaki prawdopodobnie nawet nigdy nie powstał. No, może Mogwai się to udało. Pewnie Godspeed też, ale kto wytrzyma dwadzieścia minut hymnu? Na szczęście zachwyceni możliwością grania z bohaterami gatunku muzycy ze Szwecji nadrabiali tę słodką wtórność pozytywną energią i mieszanką tradycyjnego post-rocka z nieco bardziej alternatywnym math-rockiem i popowymi melodiami. Czterdzieści minut tego występu zdecydowanie wystarczyło.



God is an Astronaut z kolei pokazali klasę zespołu, który zadebiutował dobrą dekadę temu wdzierając się mozolnie do panteonu post-rocka. Ich kartą przetargową są specyficzne syntezatory, delikatne vocodery, dwa wokale i specyficzna skłonność do przechodzenia w cięższe, post-metalowe obszary. To moje ulubione momenty: mocne przestery budujące monumentalne melodie i zjawiskowe crescenda. Tych jednak było stosunkowo niewiele - dominowały stonowane kompozycje. Dopiero sięgnięcie po stare płyty pozwoliło na powrót do tych ożywczych czasów, kiedy GIAA budowali swoją pozycję, balansując gdzieś pomiędzy estetyką Isis, a starym dobrym Mogwai. Świetnie zbalansowali też przygotowany repertuar, sięgając często po stare płyty i utwory mające opinię klasyków - "Echoes", "Forever Lost" czy "Fireflies and Empty Skies" zdecydowanie do nich należą. Buzujące energią, pompatyczne, ale piękne kompozycje ożywały materiał z "Origins", płyty ciążącej w nieco inną stronę, wplatającą taneczne, połamane bity, jak w "Transmissions", zimnofalowe melodie jak w "Exit Dream" i nowe podejście do piosenkowych wokali. Nawet jeśli nie w całości koncert rzucał na kolana, to GIAA prezentują fantastyczny poziom techniczny, a ich pomysły mają w sobie coś świeżego. Ubarwili ten występ dodatkowo kilkoma spektakularnymi skokami w publiczność z gitarą, ogromną energią, mnóstwem komplementów (stonowana francuska publiczność absolutnie, dla odmiany, dała się ponieść, wdając się w rozmowy, skacząc i podnosząc nieznośną temperaturę o kilka dobrych stopni) i widocznym zachwytem - porównali ten koncert do poprzedniego, jaki zagrali w Paryżu, który należał do pozytywnych wspomnień, ale tym razem był to najprawdopodobniej najlepszy odbiór w ich karierze. Fenomenalnie. Dzięki temu czuli się zdeterminowani i zobligowani grać jak najdłużej krzesząc z siebie energię przez niemalże dwie godziny setu - nie zeszli nawet ze sceny przed bisem, udali tylko, że schodzą, żeby nie tracić czasu i resztek sił na zagranie w tej saunie jeszcze dwa cudowne utwory.

O jakości tego koncertu na pewno stanowi reakcja uśmiechniętego tłumu opuszczającego salę oraz ich niezmordowany udział w fecie. Bardzo się cieszę, że pierwszy raz z GIAA na żywo przypadł mi w tak dobrych okolicznościach, i w tak ciekawym miejscu, jakim jest La Fleche d'Or - śliczny, kameralny klub stworzony w starej stacji kolejowej, wysoko nad nieczynnymi torami, w jednej z najciekawszych dzielnic Paryża - dwudziestce. Wybieram się tam niedługo na występ Cold Specks + Anna Aaron + Still Parade + Swan - kto żyw i w Paryżu, niech pójdzie tam ze mną.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.