Facebook Google+ Twitter

Grand Budapest Hotel - melancholia na wesoło

Wes Andreson opowiada całkowicie fikcyjną, zwariowaną fabułę w pozornie poważnym tonie. Jak na film, którego narratorem jest pisarz, historia zaczyna się w statyczny, literacki sposób, z czasem jednak zaczyna nabierać tempa kina akcji.

Imperial - CinePix Sp. z o.o. / Fot. Dystrybutor filmuHistoria opowiadana jest przez pisarza (Tom Wilkinson), który jako młody (Jude Law) poznaje ją z kolei od starszego mężczyzny, Hindusa (F. Murray Abraham). Ten będąc milionerem (a ma na imię Zero) praktycznie zrzeka się luksusów na rzecz posiadania starego, zapomnianego tytułowego hotelu w niejakiej Republice Żubrówki. Jego melancholijna opowieść o początkach pracy (w charakterze hotelowego boy'a gra go Tony Revolori) rozgrywa się w tytułowym miejscu, na służbie u pana Gustawa H. (Ralph Fiennes). Pan Gustaw staje się głównym bohaterem historii – żigolak do towarzystwa starszych kobiet, oskarżony zostaje o morderstwo staruszki Madame D. (Tilda Swinton), której był kochankiem. Zdany na pomoc Zero i kilku wspólników musi uciec z więzienia, obronić się przed walczącymi o spadek sierotami po Madame (w śród nich prym wiedzie błyskotliwy Adrien Brody), a także spróbować oczyścić swoje imię.

Anderson, jak muzyk jazzowy posługuje się na przemian techniką z użyciem standardów (jazzowych tudzież filmowych), jak i totalnej, żywiołowej improwizacji. W połowie utworu przekształca swój film w coś w rodzaju cudzej wariacji na temat jego własnego filmu. Anderson momentami przerysowuje cały obraz tak, jakby tworzył własną karykaturę, a czasami tak jakby składał hołd sobie znanym filmom. Reżyser bawi się w kino, bo nie udaje, że „Grand Budapest Hotel” jest czymś więcej niż filmem, ale za to w swojej własnej, oryginalnej formule sprawdzonym znakomicie. Dla znawców twórczości Andersona to dzieło będzie miało szczególne znaczenie: szalony twórca wyolbrzymia wszystkie skrajne cechy swojego kina. "...Hotel" jest jednocześnie najpoważniejszym i najbardziej zakręconym jego filmem.

„Grand Budapest Hotel” to współczesna baśń, bardziej niż pod kino familijne podchodząca pod kino przygodowe (niepozbawione elementów melodramatu). Anderson zarówno czarującą scenografią, jak i zaskakującymi epizodami gwiazd kina w niedorzecznych rolach, co chwilę podkreśla nierealność przedstawionej sytuacji, tylko po to, by wrócić do powagi bohaterów i kryminalnej fabuły - jakby nigdy nic.

Konwencja często poważnieje i staje się realistyczna. Akcja w końcu osadzona jest tuż przed wybuchem II wojny światowej, więc nad głowami hotelowych gości unosi się nie tylko cień wielkiego jelenia, ale i groza nieznanego pochodzenia. Zabawne, absurdalne sytuacje przenikają się z aktami przemocy, przesadnie wystylizowany, czasami baśniowy, a czasami Bondowski klimat kontrastuje z pieczołowicie oddanymi, około-wojennymi realiami i pełnymi sentymentu postaciami. Anderson lubi sprzeczności: aktorzy filmów dramatycznych grają tu komediowe sytuacje, z kolei komicy występują w rolach śmiertelnie serio - aż do przesady. Najbardziej znani aktorzy (Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Bill Murray, Willem Dafoe) pojawiają się tu na sekundę, a główną rolę gra dziecko - w zupełnie Andersonowski, dorosły sposób. Powiedzieć, że u Andersona dorośli zachowują się jak dzieci, a dzieci jak dorośli - to nie powiedzieć nic.

„Grand Budapest Hotel” jest pełen nie tylko przeciwieństw, ale i luk. Trudno nie zwrócić na przykład uwagi na wiek Zero, który w latach 30. ma kilkanaście lat, a w 60., po dwóch i pół dekady ma już dobre sześćdziesiąt (podobnie pisarz). Czarny i brutalny humor pod tytułem obcięty palec, czy głowa wcale gryzą się też z subtelnością snutych wątków i bardzo specyficznym humorem. "Grand Budapest Hotelowi" można też naturalnie zarzucić niedbałość o ścisłe określenie dyktatury przetaczającej się tu w tle przez Europę; można winić Andersona za infantylizm i brak wyczucia, czy powagi w opisywaniu Wielkiej Historii. Trzeba jednak przyznać finalnie - że nawet gdyby chciało się wytknąć jeszcze więcej na serio, to jakiekolwiek argumenty nie są w stanie zepsuć delektowania się jego cudownie bezpretensjonalnymi filmami. To porywająca historia, w niekomercyjny i niekonwencjonalny sposób dająca widzowi dużo frajdy i niespodzianek. I jeżeli coś się chce z tego wszystkiego wynieść - to na pewno będą to pozytywne emocje.

„Grand Budapest Hotel” (2014), reż. Wes Anderson.
Film miał premierę w Konkursie Głównym w Berlinie. Dziś trafia do polskich kin.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.