Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

54987 miejsce

Granice, których już nie ma, czyli podróż do Polski

Granice, których po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej fizycznie już się niemal nie zauważa, pozostały w umysłach, spojrzeniach, obrazach z wyobraźni. Szczególnie, gdy rzecz dotyczy miejsc i faktów, o których wciąż wie się niewiele.

To udręka, której nie sposób uniknąć, tydzień zmagań z uprzedzeniami i niewybrednymi żartami z tego, czego nie uda się zrozumieć, ukrytych docinków i drwiących wyrazów twarzy. Z każdym dniem bliżej, coraz większy natłok trudnych myśli, coraz bardziej nerwowe bicie serca, nieszczęśliwy rezonans. Tyle razy potwierdzałam, że pojadę. Po prostu nie potrafię już odmówić... .

Kierunek Polska

Wycieczka ruszyła o piątej trzydzieści rano, spod Muzeum Historii Naturalnej przy centrum uniwersyteckim w Brunszwiku. Miasto nieco bardziej liczne niż Radom, nieco mniej niż Częstochowa, położone w Dolnej Saksonii, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Gór Harzu, w cieniu nieodległego Hanoweru. Najstarsza techniczna uczelnia Niemiec (Uniwersytet Carolo-Wihelmina), Wyższa Szkoła Sztuk Pięknych (HBK), także wyższa uczelnia nauk stosowanych (FH). W autobusie umiarkowanie liczne grono akademickie z tej pierwszej, towarzystwo od profesora po studenckie ośle uszy z początkowych lat studiów, zgodnie z typowym przekrojem społecznym tych ostatnich zdecydowanie więcej. Mimo wszystko, toż to sama zachodnia (obecna i przyszła) śmietanka, intelektualna elita, inteligencja wreszcie!

Nieszczęśliwie pada w dyskusji z moich ust to ostatnie określenie, pada wielokrotnie nawet w kontekście najnowszej i nieco starszej historii Polski. Wspólna granica, dzieli wyraźnie także rozumienie wydawałoby się oczywistych haseł: inteligencja - tu narodowa elita i siła rozwoju, tam wałkonie i obszarnicy. Tyle że, „tu” jest tam gdzie przez lata szerzyła się czerwona propaganda a „tam” właśnie tu, gdzie tylko echa tej propagandy skutecznie zakrzywiały pojęcia. Zachód z własnej woli wierzy w to, co próbowała (bez większego efektu) zaszczepić nam długo panująca, miniona ideologia, od której tak wielu uciekało na... świadomy i czysty Zachód właśnie.

A i co do tych ucieczek wiele da się przecież powiedzieć, droga długa, czasu starczy na wszystko – na uchodźców politycznych i nie politycznych, co to się za ojczyzna stęsknili po latach prześladowań jako mniejszość niemiecka w Polsce. Niektórzy powracają do korzeni, inni jadą z „Guten Tag!” i pochodzeniem w ręku za cztery razy droższym niż polski chlebem. Na koszt życzliwych rodaków jednego lub kilkorga z ich przodków mieszkają, pobierają nauki języka ponad wspomniany już poziom, prostymi głównie lecz godziwie opłacanymi profesjami próbują zbudować swoją lepszą przyszłość. Kolejna niebezpieczna mina. Oni to bowiem długie lata cierpieli z powodu utraty możliwości pielęgnowania swojego języka, gięli się pod pręgierzem ciężkich represji, choć stęsknionym sercem zawsze byli rodakami, więc do dziś powracają do niemieckiej macierzy – głównie młodzi, dwudziestoletni i ci niewiele starsi, po (darmowych, polskich) studiach. W głowie kołacze mi skojarzone pytanie: darmowych - może trafniej powiedzieć by było - na darmo?

Tymczasem nastają szalone (wielko-)polskie drogi, utrzymane w agrokulturze krajobrazy i liczne znaki zapytania w oczach współpasażerów. Dobywają wreszcie głosu, żeby zagaić o coś, co nie daje spokoju umysłom: gdzie są te prawdziwe polskie wsie, ze starymi chałupami i niewielkimi gospodarstwami, gdzie konie i pługi? Są, są, szczególnie w co tydzień nadawanych niemieckich reportażach o przyrodzie, narodzie i urodzie głównie Śląska i Mazur. Znajdą się takie także na „dalekim” wschodzie, gdzie przeciętna wielkość gospodarstwa bywa i około dwóch hektarów, ale tego rejonu w niemieckich programach telewizyjnych już raczej nie zobaczysz – nie ma to jak chodzenie po śladach własnej przeszłości. Zdarza się jednak i sporo nowego przy tej okazji zadeptać.

Odliczam dni, wręcz godziny podobnej pewnie udręki nawet, co wciąż przede mną. Będzie ciężko polemizować, wytłumaczyć, nie urazić. Tymczasem włączam opcję tłumacza, głównie technicznego, gdyż program odwiedzin wszelakich miejsc związanych z tematem wyjazdu mamy niezwykle obfity. Miasta i twarze ustawicznie się zmieniają, czas upływa szybciej niż można się było tego spodziewać. Miesza mi się coraz bardziej w głowie, język odmawia posłuszeństwa, zawodowe pytania, zawodowe odpowiedzi, pytania, odpowiedzi, pytania... . Padam na twarz, marzę o powrocie do domu, o moim polskim, moim niemieckim łóżku.

Dlatego doprawdy nie wiem, całkiem szczerze, nie wiem kiedy to się stało... Słyszę głosy początkowo nieliczne, nieśmiałe, narastające w miarę upływu czasu. Zastanawiam się, czy to kolejna krótka noc, czy zbyt słoneczny dzień, halucynacje, majaki, imaginacje. A jednak, to się dzieje, to się już dokonało nawet! Polska, z jej serdecznymi gospodarzami, obcą lecz fascynującą mentalnością, łamiącą niemieckie języki polszczyzną, chlubną, bolesną a i kontrowersyjną czasem historią, gorącą polityką, czterdziestoma tysiącami bocianów i niemal nienaruszoną przyrodą, krzyżackimi zamkami, Kanałem Elbląskim, Gdańskiem, Pojezierzem Mazurskim, wędrującymi wydmami, ze wszystkim znanym i nieznanym, a nawet z doświadczonym na własnej skórze i obrosłym w wąsy anegdoty zakazem picia alkoholu w miejscach publicznych, z sokami Tymbarku, dżemami Łowicza, Gorzką Żołądkowa, nigdzie indziej tak dobrymi goframi i chrupkami kukurydzianymi - tak, ta właśnie Polska się narodziła właśnie . Ba, stała się Polską ulubioną, wymarzonym celem planowanych już dzisiaj podróży.

Podróże, jak wiadomo, kształcą.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.