Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

83132 miejsce

Gry zespołowe

Ku utrapieniu prezesa Prawa i Sprawiedliwości Donald Tusk zniknął niespodziewanie z krajowego, politycznego podwórka.


Symbolika złotej, polskiej jesieni wzbogaciła się w tym roku o złoty medal naszych siatkarzy. Po czterdziestu latach od sukcesów chłopców legendarnego Huberta Wagnera Polacy znów zostali mistrzami świata w piłce siatkowej, detronizując faworyzowanych Brazylijczyków, po uprzednim rozprawieniu się z groźnymi drużynami naszych potężnych sąsiadów: Rosji i Niemiec. Oby ta przewaga, lub choćby równowaga we wzajemnych stosunkach z nimi zaczęła się przejawiać również na innych polach rywalizacji, a szczególnie w gospodarce i obronności. Daleko jeszcze nam do tego, o ile w ogóle jest to możliwe. Nie mniej jednak jest to namacalny dowód, że Polacy potrafią, jeśli tylko zdecydują się na grę zespołową. O taką grę we wspólnym interesie jest jednak szczególnie trudno w naszym kraju, odkąd między Odrą i Wisłą zapanował skrajny indywidualizm, objawiający się nieustającym parciem obywateli na wszystkie, dość dziurawe furtki prowadzące do wspólnej kasy.

Z czasów, kiedy Polakom się nie przelewało pozostało nam porzekadło. – Zbyt wiele dwa grzybki w barszcz. Dlatego wielki sportowy sukces prowadzonych przez francuskiego trenera Stefana Antigę siatkarzy przyćmił nieco o wiele większy sukces polityczny Donalda Tuska, który z prowincjonalnego, niestety fotela premiera polskiego rządu powędrował do Brukseli, na prestiżowe stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej, a tam trywialnie mówiąc może być graczem czołowej drużyny Zachodniego Świata, trzymającej palce na przyciskach, sterujących współczesnymi losami populacji naszego globu. Dla naszego kraju wegetującego przez stulecia na obrzeżach zachodniej cywilizacji jest to nie tylko największy po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową sukces werbalny, ale też rodzaj przepustki do grupy społeczeństw, znajdujących się w czołówce postępu cywilizacyjnego.

Co do tej ostatniej tezy należy jednak zachować duży dystans ze względu siłę i spoistość krajowego bloku konserwatywnego, którego gra zespołowa polega na narzuceniu całemu społeczeństwu prymatu prawa boskiego, nad prawem stanowionym przez organy państwa obywatelskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby takie, jednolite prawo boskie istniało. Sęk w tym, że każda z wielkich religii narzuca inne, często sprzeczne normy postępowania skupionym przy sobie wyznawcom. Historia jednak uczy, że do rzadkości można zaliczyć religijne inspiracje, napędzające cywilizacyjny marsz ludzkości, więc gdyby nie łamano religijnych reguł i zakazów, to populacja naszej planety zapewne nie wydobyłaby się dotąd z mroków Średniowiecza. Nie powinno się jednak dyskredytować misji Kościoła, głoszącego prawdy niesłychanie pożyteczne dla utrzymania ładu moralnego w społeczeństwie. Rzecz jednak w tym, żeby ewangelizacja była prowadzona poprzez nieustające nauczanie prawd wiary i przekonywanie wiernych do przestrzegania religijnych norm, a wszystko to było poparte dobrym przykładem płynącym ze strony duchowieństwa. Z tym jednak o wiele gorzej, więc trzon polskiego Episkopatu stawia wyraźnie na ewangelizację siłową.

Przejawia się to w totalnej krytyce tych działań państwa, które są nie po myśli Kościoła, głoszonej podczas nabożeństw i uroczystości religijnych, oraz w inicjatywach legislacyjnych zgłaszanych przez partie polityczne działające zgodnie linią ideową Episkopatu. Zmierzają one do stanowienia prawa państwowego, wymuszającego pod groźbą sankcji przestrzeganie przez wszystkich obywateli norm religijnych, niezależnie ich światopoglądu. Odrębność państwa i Kościoła staje się fikcją po wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego, porównującej państwo do ciała, a Kościół do duszy, która z istoty rzeczy ma kierować poczynaniami tego ciała. Przypomina to jako żywo peerelowską doktrynę Edwarda Gierka o kierowniczej roli partii. Tę władczą wobec społeczeństwa rolę usiłuje dziś przejąć Episkopat, ustawiając duchowy nadzór nad całością życia społecznego. Ramieniem do sprawowania tej zwierzchności ma być tak zwana klauzula sumienia, która w imię religijnych zasad pozwala funkcjonariuszom państwowym łamać ustanowione przez państwo prawa. Wymownym tego przykładem była afera wokół profesora Chazana, który własne przekonania postawił ponad obowiązki urzędnika zatrudnionego przez państwo za państwowe pieniądze.

W walkach o władzę toczonych od lat przez główne frakcje skupione wokół czołowych postsolidarnościowych kombatantów, szala zaczęła się ostatnio przechylać na korzyść bliższego prawej krawędzi sceny politycznej Prawa Sprawiedliwości, wzmocnionego przygarnięciem politycznego drobiazgu spod sztandarów Ziobry i Gowina. Targana aferą podsłuchową Platforma mocno osłabła, oddając przeciwnikom wyraźne przewodnictwo w sondażach. Jarosław Kaczyński czuł już się prawie premierem. Już był w ogródku, już witał się z gąską/czytaj władzą/ - jakby to ujął ów bajkopisarz, a tu jak diabeł z pudełka wyskoczył Tusk w uniformie Przewodniczącego Rady Europejskiej. No i masz babo placek – całą destrukcyjną robotę PIS-u diabli wzięli. Rzucili się, więc politycy i publicyści zajmujący sektor na prawo od Platformy, do pomniejszania rangi nowego unijnego dostojnika, zdyskredytując sukces Tuska, który według nich był najgorszym premierem od czasów Rakowskiego. Najgorszy premier stanął na czele Unii Europejskiej – jak to wytłumaczyć zdumionemu elektoratowi. Taki wstyd i kolejny dowód na to, że pozytywny wynik w negatywnej grze zespołowej, może zostać zniweczony poprzez zrządzenie losu, płatającego niekiedy złośliwe figle zbyt pewnym siebie graczom.

Jeden przeciw wszystkim. Wszyscy przeciw jednemu. Na piętrze polityki, wysoko ponad krajowym podwórkiem toczy się gra o niezagospodarowaną jeszcze resztówkę po upadłym Związku Radzieckim. Prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin, bazując na miliardach euro za sprzedane Europie surowce energetyczne, pracowicie odbudowuje tamto imperium. Wzmocniony finansowo, raz po raz szarpie propagandowo i militarnie słabszych sąsiadów. To brudna gra opłacana bólem, krwią i ludzkimi łzami. Jakby nie dość było traumy, syconych wciąż nienawiścią przez moskiewską machinę propagandową ludzi, poniewieranych i zabijanych, to na rozkaz Kremla, wyposażono rosyjskich najemników w broń zdolną niszczyć wysoko lecące pasażerskie samoloty. Dokonano potwornej zbrodni zabijając znienacka blisko trzystu niewinnych, ufnych w swoje bezpieczeństwo mężczyzn, kobiet i dzieci. Przywódcy krajów wolnego świata, wprawdzie wolno i z oporami, ale jednak zdołali zmobilizować się do wspólnego działania, nakładając na Rosję sankcje i udzielając Ukrainie dyplomatycznego wsparcia. Dali tym samym znak, że warunkach światowego chaosu możliwe jest przezwyciężenie sprzecznych niekiedy interesów i zbudowanie kompromisu, tworzącego fundament dla zespołowego działania. Szkoda jednak, że brak jest międzynarodowej, jednoznacznej oceny Władymira Putina, jako człowieka odpowiedzialnego za rozpętanie i podsycanie krwawej rebelii, a co za tym idzie, za śmierć tysięcy ludzi. Ta wstrzemięźliwość ma zapewne źródło w obawach o nieobliczalność tego ulegającego silnym emocjom człowieka, trzymającego palec na przycisku jądrowej Apokalipsy.

W doniesieniach światowych mediów jedna zbrodnia wypiera inną, a obrazki z kolejnych, krwawych konfliktów zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wśród nich od lat czołowe miejsce zajmuje islamski terroryzm. Według nieżyjącej już wybitnej, włoskiej dziennikarki Oriany Fallacii jego źródła należy szukać w Koranie, dyskryminującym kobiety, wzywającym do świętej wojny przeciw niewiernym i narzucającym społeczeństwom barbarzyńskie prawo szariatu. Wprawdzie skłonność do czynienia zła zapisana jest w genach człowieka i bez islamu także zbrojne bandy zbierałyby swoje okrutne żniwo. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że islam ze względu na swój światowy zasięg i setki milionów, trzymanych w ryzach religijnej dyscypliny wyznawców, jest obok imperialnej, nacjonalistycznej Rosji największym zagrożeniem dla dalszego istnienia i rozwoju zachodniej cywilizacji. Ze względu na pozyskanie lub choćby neutralizację umiarkowanych wyznawców Allacha w walce z groźną, gotową na wszystko islamską ekstremą konieczna jest więc powściągliwość Zachodu w krytyce prymitywnego prawa, ogłoszonego niegdyś przez proroka Mahometa i spisanego w świętej księdze, której treść od wieków budzi grozę racjonalnie myślących ludzi. Musi, więc budzić szacunek skuteczne działanie amerykańskiego prezydenta, który potrafił stworzyć islamską koalicję walczącą z barbarzyńskim „Państwem Islamskim”, terroryzującym cywilną ludność Syrii i Iraku. To kolejny przykład skuteczności zespołowego działania.

Chcesz żyć w pokoju szykuj się do wojny. Opozycja wyniesiona do władzy przez zwycięską „Solidarność”, upojona sukcesem i upadkiem Związku Radzieckiego ogłosiła, że Polsce nikt już militarnie nie zagraża. Towarzyszyła temu beztroska wobec upadającego sektora wojskowo- przemysłowego, drastyczne zmniejszenie wielkości armii, obniżenie dyscypliny i za tym idzie upadek morale żołnierzy. Zanim doszło do opamiętania polska armia prawie całkowicie straciła zdolność bojową, a przemysł zbrojeniowy popadł w marazm i chylił się już do całkowitego upadku. Zapomniano o starej prawdzie, że nasz kraj od zawsze był głównym polem bitew w Europie. Usunięcie z kraju wojsk radzieckich i wstąpienie do NATO poprawiło niewątpliwie poziom bezpieczeństwa naszego kraju. Niestety to zbyt mało. Historia uczy, że silnych, gotowych do wypełnienia swoich zobowiązań sojuszników może mieć tylko silne państwo, posiadające nowoczesną, zdolną do odstraszenia potencjalnego napastnika armię. W ostatniej dekadzie rząd podjął działania w tym kierunku, jednak są one dalece niewystarczające. Poprzednia dekada, w której powinny zostać stworzone podwaliny armii, zdolnej do osiągnięcia poziomu, zbliżonego do sił zbrojnych, znajdującego się w podobnej sytuacji geopolitycznej państwa Izrael i która mogłaby sprostać narastającym z roku na rok zagrożeniom została stracona. To duży dyskomfort, tym bardziej, że rozwój zaniedbanego okrutnie kompleksu wojskowo-przemysłowego mógł wynieść naszą peryferyjną gospodarkę do rangi wschodzącej, innowacyjnej potęgi europejskiej. Niestety w ferworze zindywidualizowanego wyścigu szczurów zabrakło zachęty i poparcia dla zespołowego działania.

Ku utrapieniu prezesa PIS-u Donald Tusk niespodziewanie zniknął z krajowego, politycznego firmamentu. Wina Tuska była przecież żelaznym argumentem w opozycyjnej grze Jarosława Kaczyńskiego. Dezorientacja głównego oponenta Platformy nie trwała jednak długo, bo prezes PIS- u natychmiast zaatakował tworzący się dopiero rząd Ewy Kopacz, jako zespól ludzi skompromitowanych i zużytych. Może nie całkiem bez racji, lecz też nie potrafił przeciwstawić mu gabinetu cieni, złożonego z ludzi młodych, zdolnych, budzących zaufanie. W jego ekipie dominują wojownicy, wyglądający już na weteranów starego portfela, a on sam też czas politycznej świetności ma dawno za sobą. Platforma nie byłaby sobą, gdyby nie zanotowała kolejnej wtopy. Ustępujący premier nagrodził swojego wieloletniego doradcę Igora Ostapowicza fotelem w Orlenie, z uposażeniem 2 milionów złotych rocznie, a niedoinwestowania, utykająca kolej nagrodziła odchodzącą do rządu panią Wasiak półmilionową odprawą. Te potknięcia rządzącej ekipy ponownie zwróciły uwagę na galopującą rozpiętość dochodów pomiędzy beneficjentami odrodzonego kapitalizmu, a światem pracy zarabiającym na śmieciowych umowach 1500 złotych miesięcznie. Boleśnie też ubodła szeregowych emerytów, którym łaska pańska przyznała od marca przyszłego roku po trzydzieści złotych podwyżki. Uprzywilejowana góra zdaje się nie pamiętać, że nierówności społeczne rujnują chęć dołów do zespołowego działania, a bez tego panujący system może nie wytrzymać skutków nieuniknionego z czasem, społecznego buntu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.