Facebook Google+ Twitter

Grzegorz Jędrzejewski: "Jestem hardcore'owym fanem F1". Część I

Komentator Formuły 1 i MotoGP w Polsacie, w trzyczęściowym wywiadzie opowiada o początkach pracy komentatorskiej, minionym sezonie w F1 oraz Motocyklowych Mistrzostwach Świata oraz zdradza swoje plany na przyszłość.

 / Fot. Łukasz ŚwiderekDawid Bożek: Co czuje komentator, kiedy widzowie Formuły 1 tworzą mu fanpage na Facebooku?
Grzegorz Jędrzejewski: Byłem tym mocno zdziwiony. Aczkolwiek było to bardzo miłe. Wiem że osoby publiczne już takie strony mają, zwykle same je sobie tworzą, tyle że moje ego tak wielkie nie jest. Aż tu ktoś zrobił to za mnie. Naprawdę miło.

Widzowie Pana lubią.
To bardzo cieszy. Wiadomo, że są dwa skrajne poglądy na temat komentowania – jeden mówiący o tym, że się zupełnie do tego nie nadaję, drugi mówiący że robię to dobrze. Wiadomo, że jest to ciągła praca i ciągły rozwój. Uważam że szansa dana mi przez pana Mariana Kmitę, szefa sportu w Polsacie, zaowocowała fajnymi rezultatami. Wzięło się to również z tego, że wcześniej z Michałem Fiałkowskim komentowaliśmy w SportKlubie i tę pracę dziennikarską oraz czysto warsztatową wykonałem właśnie tam. Chociażby nagrywałem tam bardzo dużo magazynów, a to powoduje, że łatwiej się potem te rzeczy robi na żywo. Komentowanie z Michałem MotoGP, z którym rozmawiamy każdego dnia o motorsporcie, bardzo dużo pomaga.

Ma Pan pamięć do dat?
Niespecjalnie.

15 marca 2013.
Pewnie pierwsza runda w tym sezonie Formuły 1.

Strzał w dziesiątkę. Była trema?
Nie tyle trema co wielki znak zapytania w głowie. Zastanawiałem się, w jaki sposób będzie przebiegać współpraca z Andrzejem Borowczykiem – ta kwestia była dla mnie kluczowa. Pamiętajmy o tym, że komentowanie to nie jest sport indywidualny tylko zespołowy. Było to dla mnie ciekawe wyzwanie. Wiele osób pewnie sobie myśli, że komentowanie na otwartej antenie Polsatu musi budzić wyjątkowe emocje. Zależało mi na tym, żeby wywiązać się z tego zadania najlepiej jak potrafię.

Zaskoczyła Pana ta decyzja, aby powierzyć Panu komentowanie wyścigów F1 wspólnie z Andrzejem Borowczykiem?
Rozmowy toczyły się już wcześniej. Więc nie było tak, że to się stało z dnia na dzień. Natomiast kiedy padła ostateczna propozycja, nie mogłem w to uwierzyć – ta propozycja była dla mnie bardzo ciekawa. To dla mnie niesamowita rzecz i duże wyróżnienie, że mogłem komentować Formułę 1.

Powiedziałbym, że zgrana z Was ekipa. Krystian Sobierajski, Michał Fiałkowski, Andrzej Borowczyk, Pan – powoli zaczynacie rządzić w Polsacie, jeśli chodzi o sport. I jesteście popularni.
Nie używałbym słowa „popularny”, bo to jest bardzo złudna materia. Natomiast ta współpraca z Krystianem, Michałem, Adamem [Badziakiem, współkomentatorem MotoGP w Polsacie, przyp. red.] jest fajna. Bardzo dużo zawdzięczam również Włodkowi Zientarskiemu, który od początku bardzo mnie wspierał. Ponieważ przez lata współpracował z Andrzejem Borowczykiem, pokazał mi sposoby, w jaki sposób nawiązać współpracę, pracować, działać wspólnie z Andrzejem. Może dla wielu ludzi coś takiego jest niezrozumiałego, ale między komentatorami powinna istnieć więź i fajna atmosfera. My jesteśmy z zupełnie dwóch różnych pokoleń – Andrzej jest starszy i jego podejście do komentowania jest zupełnie inne. U niego komentarz jest spokojny, stonowany. Dla mnie komentarz to szkoła brazylijska, hiszpańska, włoska. W tym wszystkim jest bardzo dużo emocji. Komentator tam ma wciągnąć widza w spektakl, a nie tylko o nim opowiadać. To jest zupełnie inna filozofia od tej, którą Andrzej preferuje. Ale pod koniec sezonu wspólnie znaleźliśmy wspólny front – i on się poczuł komfortowo, i ja też.

Brzmi to tak, jakbyście długo nie mogli się do siebie dopasować.
Nie, tak nie jest. Budowanie relacji wymaga godzin spędzonych przed mikrofonem. Nie da się tego zrobić przy stole. Spotykaliśmy się wielokrotnie i rozmawialiśmy o tym, jak my to widzimy, jak chcemy, żeby to wyglądało. Natomiast w praniu wychodzi to zupełnie inaczej. Każdy ma swoje przyzwyczajenia komentatorskie i każdy musi się poznać. Nie da się poznać (w znaczeniu komentatorskim) poza anteną. To jest proces.

Kiedy Pana usłyszałem podczas tego pierwszego weekendu, miałem wrażenie, że za Panem dosłownie stoi tysiąc osób i mocno trzyma za Pana kciuki. Duże wsparcie Pan wtedy otrzymał.
Zdziwiło mnie to. To jest niezwykle miłe. Z czego to wynikało? Nie wiem. Naprawdę nic więcej nie mogę powiedzieć, niż „dziękuję”.

Trzeba przyznać, że stara się Pan utrzymywać kontakt z widzami. Cokolwiek by nie mówić, Pan oraz Michał Fiałkowski staliście się w Polsce pionierami, jeśli chodzi o komentowanie na żywo z wykorzystaniem Twittera. Widzowie również podczas wyścigów mogą zadawać wam pytania.
Rzeczywiście, w sportowej telewizji czegoś takiego nie ma. Michał Fijałkowski rozpoczął to w SportKlubie – wtedy była to wymiana mailowa. Jednak wiele razy doprowadziło to do tego, że razem z Michałem musieliśmy zdejmować słuchawki, żeby widzowie nie usłyszeli naszego śmiechu. Ale Twitter spowodował, że dostęp do informacji jest dużo szybszy, te informacje są wiarygodne – oczywiście, jeśli się śledzi odpowiednie źródła.

O ile przy MotoGP ta ilość informacji, która pojawia się na ekranie, jest dużo większa, o tyle przy Formule 1 tej informacji jest bardzo mało. Brakuje na przykład danych, kto jedzie na jakich oponach, ile on na nich przejechał, co się stało. W związku z tym widz ogląda ten wyścig i może być dla niego niezrozumiały. W obliczu braku informacji komentator musi wypełnić tę lukę.

Ale zgodzi się Pan, że komentator wie znacznie więcej, kiedy znajduje się w centrum wydarzeń, na miejscu zawodów.
Tak, dlatego że przede wszystkim poznaje się tych ludzi, którzy w tym cyrku są i inny jest wtedy dostęp do informacji. Po zakończeniu sesji można się spotkać z jednym, drugim, trzecim kierowcą i przeprowadzić z nim wywiad. Wielokrotnie w tym sezonie miałem taką sytuację, że piszę do rzecznika prasowego jednego z zespołów Formuły 1:

– Chcę porozmawiać z jednym z waszych kierowców.
– No dobra. Wpadnij za garaż o godzinie 13.30.
– OK, mogę wpaść, ale nie za garaż, ponieważ ja jestem w Warszawie, a wy w Singapurze.


Ewidentnie byłoby to lepsze. Brakuje rozmów w cztery oczy z kierowcą, inżynierem wyścigowym.

Michał Fiałkowski zachęcił Pana do korzystania z Twittera?
Rzeczywiście, Michał był tą osobą, która pierwsza zaczęła używać Twittera. Od tej pory każdy dzień zaczynamy od otwarcia Twittera.

Co takiego ma Twitter, czego nie mają inne media?
Szybkość i wiarygodność informacji.

I wreszcie dzięki niemu mogliśmy się również dowiedzieć, jak wygląda słynna budka, z której komentujecie Formułę 1.
Tak wygląda właśnie komentowanie. Ale gdyby patrzeć z punktu widzenia tego, gdzie komentujemy, to wolę już bardziej komentować ze studia, aniżeli komentować choćby zawody motocyklowe w Czechach, gdzie siedzieliśmy za barierą Armco w kontenerze na poziomie ziemi i poza tymi barierami nie widzieliśmy nic więcej.

W kabinie komentatorskiej macie do dyspozycji monitory, na których pokazany jest wyścig, informacje z Twittera oraz live timing. Musi mieć Pan chyba bardzo podzielną uwagę, żeby to wszystko ogarnąć. Przeszkadza to Panu?
To kwestia przyzwyczajenia. Oczywiście zdarzają się wpadki, np. to, że podczas startu pewnego wyścigu pomyliłem Romaina Grosjeana z Sebastianem Vettelem. Uważam, że nie chodzi tu wcale o podzielność uwagi, ale o wyselekcjonowanie tych informacji.

Po jednym z Grand Prix przyznał się Pan, iż uzbierało się panu aż 20 kartek notatek z weekendu wyścigowego. Sporo.
Ale w porównaniu do pierwszej rundy te notatki z ostatniej wyglądały już zupełnie inaczej. W Formule 1 dzieje się dużo, dlatego tematów do dyskusji jest bardzo wiele. Rzeczywiście po takim weekendzie mam około 15-20 stron notatek, a jeśli do tego dodać listy z wynikami, czasy okrążeń czy jakieś informacje z innych mediów, wychodzi w sumie jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt stron.

Powiedział Pan kiedyś, że najważniejsze w komentarzu są dwie rzeczy – informacje i emocje. Co w takim razie stawia Pan na pierwszym miejscu?
Nie można tego hierarchizować. Dla mnie najważniejsze jest to, by widza wciągnąć w spektakl, zainteresować go jakimiś rzeczami, przekazując informacje i wskazując na rzeczy, o których może nie wiedzieć, a które spowodują że rozbudzi się w nim zainteresowanie i zacznie samodzielnie śledzić rzeczy, które się dzieją. Że będzie chciał poznać głębiej daną dyscyplinę. To jest ważne. A w kwestii emocji, jeżeli spojrzymy na najlepszych polskich komentatorów, to przypomnimy sobie, że oni przecież krzyczeli, wzbudzali swoim komentarzem nasze emocje, rozbudzali tę niesamowitą radość śledzenia sportu. To nie byli panowie, w stylu tych, którzy przekazują informacje w serwisie telewizyjnym, tylko faceci, którzy żyli sportem. Żyli tym, co się dzieje na torze, bieżni lekkoatletycznej czy boisku piłkarskim.

Tyle że emocje tych komentatorów były spowodowane zwykle obecnością reprezentantów Polski. W Formule 1 i MotoGP tej przyjemności komentator nie ma.
Sport jest ponadnarodowy i to właśnie jest w nim piękne. Nie można powiedzieć, że sport jest fajny bądź nie, ponieważ występują lub nie występują w nim Polacy. Sport, owszem, może stać się ciekawszy dla Polaka dlatego, że występują w nim Polacy, ale czy ta dyscyplina sama w sobie jest ciekawa? Nie wiadomo. Ja 25 lat temu nie oglądałem Formuły 1 dlatego, że jeździł w niej Polak, ale dlatego że jeździł w niej Senna czy Prost. Te wyścigi wtedy były niesamowicie pasjonujące. Trzeba być fanem sportu, a nie fanem z tytułu obecności w nim Polaków. Oczywiście, gdyby na przykład Robert Kubica dalej jeździł w F1, te emocje byłyby większe, natomiast wyścigi na tym poziomie dalej są interesujące.

Czy przez pryzmat komentowania F1 zmienił Pan swoje podejście do tego sportu, czy pozostało ono takie samo?
Wiele osób zarzuca mi to, że podczas pracy w SportKlubie celowo dyskredytowałem Formułę 1 w obliczu MotoGP – choćby przez to, że robiłem kiedyś porównania prędkości maksymalnych motocykla z bolidem. Ja nigdy nie uważałem, że to jest lepszy, czy gorszy sport czy też nudny. Także moje podejście do tego sportu się nie zmieniło. Kiedyś oglądałem wszystkie wyścigi w sezonie, potrafiłem wstawać o godzinie 2 czy 3 w nocy gdy miałem 12, 13 lat i oglądać Formułę. To było wtedy ważniejsze niż motocykle.

Ale wtedy w SportKlubie Pan do niej ironicznie pochodził – tak twierdzą widzowie.
Formuła 1 została doprowadzona do stanu, który dla przeciętnego widza jest niestrawny. Bo jeśli w całym wyścigu jest na przykład dziesięć manewrów wyprzedzania, to – umówmy się – nie o to w tym wszystkim chodzi. Oczywiście, jest wielu tzw. „hardcore'owych” fanów, którzy twierdzą że to nie ma znaczenia – on zna ten sport od podszewki. Tyle że przeciętny kibic nie śledzi tego na bieżąco. On włącza w niedzielę o 14 telewizor i jeśli zobaczy, że w wyścigu nic się nie dzieje, przełączy kanał.

A Pan może o sobie powiedzieć, że jest „hardcore'owym” fanem?
Chyba można tak powiedzieć. Oczywiście nie mam wysokiej wiedzy historycznej na temat tego sportu, jak choćby Mikołaj Sokół czy Krystian Sobierajski i absolutnie nie mam zamiaru w tej kwestii z nimi konkurować. Oni spełniają rolę encyklopedii.

Andrzej Borowczyk również jest przykładem osoby, która ma gigantyczną wiedzę o Formule, szczególnie tę „lifestyle'ową”. Wiele osób się z tego śmieje, kiedy Andrzej znów wspomni o jakiejś pięknej damie, która pojawiła się w garażu. Ale on większość z tych osób zna, potrafi skojarzyć ich z pewną sytuacją, która miała związek z Formułą 1, wie, co dana osoba robi, czym się zajmuje i ile ma lat. Ta wiedza też jest potrzebna. Czasem wyścig wygląda tak jak wygląda i trzeba tę transmisję czymś zapełnić.

Istnieje zagrożenie, że następnego sezonu Formuły 1 w Polsacie nie zobaczymy. To byłaby dla Pana niezbyt dobra informacja.
Chciałbym, aby ta praca, którą wykonaliśmy z Andrzejem w poprzednim roku miała jakąś kontynuację. Wiele osób mnie pyta o to, czy Formuła 1 będzie w Polsacie – absolutnie nie mam pojęcia. Zresztą nie jestem osobą uprawnioną do dyskusji na ten temat. Ale prawdą jest, że chciałbym dalej komentować F1, bo jestem pewien, że moglibyśmy wykonać jeszcze lepszą pracę, biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie zebraliśmy w poprzednim sezonie.

Załóżmy jednak, że Formuła 1 pozostanie w Polsacie, ponadto macie możliwość wyjazdu na wybrane Grand Prix. Jaki byłby Pański wybór?
Zawsze moim marzeniem był wyjazd do Monako. To jeden z najtrudniejszych wyścigów w całym sezonie. Chciałbym również pojechać do Teksasu, na tor w Austin. Wyjątkowy jest również Singapur. No i Włochy – niesamowity wyścig, totalne szaleństwo, w ogóle uwielbiam ten kraj.

Jak Pan wspomina okres pracy w SportKlubie? Tam stawiał Pan pierwsze komentatorskie kroki.
Wspominam bardzo dobrze. SportKlub to była niesamowita przygoda. Teraz z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie, abym mógł rozpocząć komentowanie w Polsacie, gdybym wcześniej nie pracował w SportKlubie. W dalszym ciągu utrzymuję kontakt z Joanną Stępniewską, która jest tam szefową. Bardzo dobrze wspominam Michała Bunio, który dał mi szansę komentowania różnych wyścigów: DTM, Nascar, Ferrari Challenge, Formuła 3. To spowodowało, że później łatwiej było mi komentować MotoGP i znaleźć własny sposób na komentowanie.

Część druga rozmowy z Grzegorzem Jędrzejewskim już jutro.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.