Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

16746 miejsce

Grzegorz Jędrzejewski: "Jestem hardcore'owym fanem F1". Część III

Trzecia i ostatnia część rozmowy została poświęcona minionemu sezonowi w MotoGP, który wśród kibiców i obserwatorów wzbudził wiele emocji.

Marc Marquez - nowy mistrz świata MotoGP / Fot. motoracereportsDawid Bożek: Przejdźmy do MotoGP. Niecałe dwa miesiące temu zakończył się bardzo emocjonujący sezon. Co Panu najbardziej zapadło w pamięć?
Grzegorz Jędrzejewski: Zmiana warty. I już nie chodzi o sam fakt, że debiutant Marc Marquez zdobył tytuł mistrza świata, ale o to, że pokazał, iż przez jego wejście do najwyższej kategorii wyścigowej nastąpiła zmiana sposobu myślenia innych zawodników o jeździe. Pod wpływem Marqueza zupełnie inaczej pod koniec sezonu jeździł jego zespołowy partner Dani Pedrosa i zupełnie inaczej jeździł Jorge Lorenzo z Yamahy. Już nie było szachowych rozgrywek, jak na początku sezonu. Kiedyś Lorenzo, gdy ktoś śmiał go wyprzedzić w sposób bardzo agresywny, protestował. Aż tu nagle okazało się, że musiał zmienić zupełnie podejście do ścigania. Bardziej ryzykował, walczył łokieć w łokieć. To było niesamowite.

A Pan komu bardziej kibicował? Kontrowersyjnemu obrońcy tytułu Lorenzo, czy przebojowemu Marquezowi?
Lorenzo imponuje niesamowitą powtarzalnością i pracowitością. Natomiast Marquez zaimponował walecznością i innym stylem jazdy. Serce wtedy krzyczy: „Marc Marquez”, bo ten chłopak dostarczył nam zdecydowanie więcej emocji niż Jorge Lorenzo. Myślę, że porównania Marqueza z Valentino Rossi są jak najbardziej na miejscu, bo o ile do tej pory na trybunach dominował kolor żółty, w ostatnim wyścigu tego sezonu w Walencji dominował kolor czerwony. To była niesamowita zmiana – oddanie dzierżonej przez lata przez Rossiego palmy pierwszeństwa na rzecz Marqueza. Teraz to on zapanował nad tłumem. On budzi wśród kibiców pozytywne emocje. Aż trudno go nie lubić. W moim odczuciu różnica między nim a Jorge Lorenzo jest taka, że Marquez jest naturalny, natomiast Lorenzo przez wiele lat próbował naśladować Valentino Rossiego, szukał swojego stylu. Jeżeli jednak Marc Marquez będzie tak precyzyjny w jeździe jak Lorenzo, będzie trudny do pokonania w następnych sezonach.

Trzeba jednak przyznać, że Marquez miał również trochę szczęścia, bowiem zarówno Pedrosa, jak i Lorenzo na pewnym etapie mistrzostw musieli pauzować z powodu kontuzji.
Ale Marquez również miał wypadek – na torze Mugello nie ukończył zawodów, choć jechał po stuprocentowe podium. Duży wpływ również miało to, że odniósł kontuzję ramienia w momencie, kiedy mógł zyskać sporą przewagę nad rywalami.
Pamiętam jedno zdanie, które wypowiedzieliście wspólnie z Michałem Fiałkowskim podczas jednej z ostatnich rundy – Tak szybko jeżdżącego i walecznego Lorenzo jeszcze nie widzieliśmy.
Tak jak wcześnie powiedziałem – Marquez zmienił jakość ścigania się. On spowodował, że Lorenzo i Pedrosa musieli zupełnie inaczej jeździć. Oni musieli jeździć dużo bardziej agresywnie, dużo mocniej i bardziej bezpośrednio ze sobą walczyć. Natomiast Lorenzo w końcówce sezonu zaimponował. To było wręcz kosmiczne.

Czy porażka z Marquezem zadziała w jakiś szczególny sposób na Lorenzo?
Tak, motywująco.

Co z Danim Pedrosą? Ile można czekać na jego pierwszy tytuł mistrzowski w MotoGP?
Myślałem, że w tym sezonie Pedrosa naprawdę powalczy o tytuł, szczególnie mając w pamięci to, co działo się w końcówce sezonu 2012 i walkę z Jorge Lorenzo. Sezon 2013 nie był jednak dla niego prosty. Znowu ktoś inny mu stanął na drodze, podobnie jak wcześniej Casey Stoner. Marquez bezproblemowo pokonał Pedrosę. Myślę, że Pedrosa może powalczyć, ale będzie to jego ostatnia szansa. Nie łudźmy się, że Honda przedłuży z nim kontrakt na następne sezony – za dużo jest chętnych. Mówi się o tym, że Honda będzie chciała pozyskać Jorge Lorenzo, więc myślę, że pozycja Pedrosy w sezonie 2015 jest tutaj bardzo zagrożona.

Faworytami są Marquez, Lorenzo i Pedrosa. Czy Valentino Rossi do nich dołączy? Wątpię. Cal Crutchlow na Ducati? Również wątpię. Podobnie Dovizioso. Owszem, mogą oni być blisko tych najlepszych, ale pytanie czy aż tak blisko.

Czy uważa Pan, że miniony sezon był dobrą reklamą MotoGP dla polskich kibiców?
Ostatni sezon był najlepszą reklamą, jaką można sobie było wymarzyć. To był jeden z ciekawszych sezonów w ogóle. Już dawno nie było tak zaciętej walki. Rywalizacja o mistrzostwo trzech Hiszpanów dała nam niesamowite emocje. Miejmy nadzieję, że następny sezon będzie jeszcze bardziej zacięty, bo Lorenzo już wie, jakie są mocne strony Marqueza, zaś Marquez wie, co jeszcze poprawić i nad czym pracować, natomiast Pedrosa musi udowodnić, że stać go na zdobycie tytułu.

Co ma do zaoferowania MotoGP, czego nie ma Formuła 1?
Nie chciałbym porównywać tych dwóch serii wyścigowych, bo każda z nich ma do zaoferowania bardzo dużo, obie są niesamowicie emocjonujące. Jeżeli zaczniemy zagłębiać się w te wszystkie szczegóły związane ze ściganiem się bolidami i motocyklami, zaczyna to być bardzo interesujące. Oczywiście zarówno w F1, jak i w MotoGP są wyścigi ciekawe i są wyścigi nudne. Natomiast na zapleczu tych dyscyplin dzieje się tyle interesujących rzeczy, że nagle to przestaje być nudne. Bo elementów, które trzeba śledzić, by zrozumieć pewne zależności jest wiele.

Wielu kibiców, szczególnie tych, którzy dopiero co poznali MotoGP zapewne zastanawia się, czy w przyszłości możemy doczekać się polskiego akcentu w postaci motocyklisty startującego w tego typu zawodach. Jakie są na to szanse?
Trzeba powiedzieć, że aby dostać się z polskiego podwórka do MotoGP potrzeba przejść przez bardzo dużo szczebli. Przeszkód jest jeszcze więcej. W Polsce nie ma klasy, która byłaby podobna do tych z MotoGP. Pamiętajmy, że we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech mamy Moto3 czy Moto2. W związku z tym Polacy wskakują na bardzo głębokie wody, na których inni już potrafią pływać, a oni jeszcze się uczą. Takim przykładem może być Paweł Szkopek, który dominował w Mistrzostwach Polski i miał do czynienia z kategorią World Superbike czy World Supersport. Pokłady wiedzy i informacji, których musiał pochłonąć w trakcie ścigania się były ogromne. W Polsce nie ma zaplecza wyścigowego, nie ma osób, które znają się na telemetrii czy elektronice tych motocykli, która jest bardzo skomplikowana. Ponadto motocykliści nie są przyzwyczajeni do mówienia o tym, co się dzieje z motocyklem, nie są przyzwyczajeni do pracy z szefem mechaników. Więc liczba tych kroków, które musi wykonać polski motocyklista, by dostać się do mistrzostw świata jest ogromna. Takim dobrym wejściem w mistrzostwa świata są Mistrzostwa Hiszpanii, które są najmocniejszymi narodowymi mistrzostwami. Wiem, że w jednym z zespołów tam startujących testował Adrian Pasek. Oprócz tego jest kilku motocyklistów, którzy ścigali się w Pucharze Yamahy przy mistrzostwach Niemiec, np. Patryk Kosiniak. Miejmy nadzieję, że Pasek czy „Kosa" w końcu wylądują w Moto2, choć jest to bardzo trudna seria wyścigowa, a to z tego względu, że jest tam duża konkurencja, a w stawce jest bardzo ciasno.

A Pan, jako były motocyklista startujący w Mistrzostwach Polski, marzył o dostaniu się do MotoGP?
Nie, ja zacząłem się ścigać jako „stary dziad” (śmiech), więc moje marzenia były zupełnie inne. Choć niewiele brakowało, a wystartowałbym w Mistrzostwach Świata Endurance. Chciałem po prostu ścigać się na motocyklach, a czy startowałem w Mistrzostwach Polski czy Świata nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Już samo ściganie było dla mnie niesamowitą przygodą i spełnieniem marzeń.

Skąd się wzięła Pańska fascynacja motocyklami?
Zainteresowałem się już w szkole podstawowej. Pamiętam, że w jednym z klubów mój kolega ścigał się na Simsonach pod okiem Włodka Kwasa. Na to nie chcieli się zgodzić moi rodzice, którzy uważali, że jest to zbyt niebezpieczne. Przez jakiś czas motocykl był w mojej rodzinie tematem tabu, ale w końcu kupiłem sobie jednoślad. Przyszedł w końcu czas na spróbowanie swoich sił na torze. Piotr Krzemiński zachęcił mnie do ścigania i okazało się, że to jest to.

W maju spotkał się Pan w Warszawie z Felipe Massą. Jaki prywatnie jest to człowiek?
Z Massą zamieniliśmy dosłownie parę zdań i to publicznie, więc nie przeprowadziłem z nim jakiejś dłuższej rozmowy. Natomiast nie da się nie zauważyć, że Felipe to człowiek-serce. On emanuje dobrą energią. Dla mnie jest to pozytywna postać. Podobnie jak jego tata, który, choć nie mówi po angielsku, widać, że jest bardzo otwartą osobą. To popołudnie wspominam bardzo pozytywnie.

A oprócz Massy spotkał się Pan jeszcze z jakimś kierowcą F1?
Z Michaelem Schumacherem, ale również bardzo pobieżnie. To było podczas jednej z rund motocyklowych mistrzostw Niemiec.

To, co ostatnio stało się z Schumacherem jest straszne.
Te informacje są fatalne. Trudno jest to zrozumieć. Ale to pokazuje, że najlepsi kierowcy, osoby, które na co dzień żyją z ogromnym poziomem adrenaliny, wciąż jej poszukują. Nieważne, czy jest to związane z jazdą na nartach, skokami spadochronowymi, jazdą na rowerze, motocyklu, czy gokarcie. Wszędzie można zrobić sobie krzywdę. Ale jest to wpisane w zawód. Szkoda, że ta wywrotka na nartach może mieć ogromne konsekwencje, choć nie wiemy, jak duże.

Robert Kubica mówił, że wypadki mogą zdarzyć się wszędzie. Nawet na chodniku obok drogi.
Gdzieś na górze jest zapisane, że coś nas może doświadczyć. Nieważne, czy to się zdarzy na nartach czy w bolidzie, samochodzie cywilnym czy na ulicy – to nie ma absolutnie znaczenia.

Jakieś plany na przyszłość? Wspomniał Pan o tym, że pracuje przy organizacji lekkoatletycznych halowych Mistrzostwach Świata w Sopocie.
Tak, podobnie jak wcześniej przy okazji Euro 2012, dostałem szansę pracy przy tak dużej imprezie. Jest to fajne doświadczenie, biorąc pod uwagę moją przeszłość, jeśli chodzi o organizację dużych imprez. Walczymy o to, by te mistrzostwa w Sopocie były bardzo udane i na razie wszystko jest na dobrej drodze.

Może otrzyma Pan kolejną dyscyplinę sportu do komentowania w Polsacie? Słyszałem, że ostatnio nieźle Pan sobie radził przy snowboardzie.
Oj, okazjonalnie. Doświadczyłem czegoś nowego – takiej dyscypliny sportu jeszcze nie komentowałem. Impreza niesamowita, odbywająca się na stadionie olimpijskim w Pekinie. Gigantyczna skocznia wybudowana na tym obiekcie. To pokazuje, że plany organizacji konkursu skoków na Stadionie Narodowym w Warszawie to wcale nie jest taka niemożliwa rzecz do realizacji.

Ale trudno porównywać skocznię snowboardową do skoczni narciarskiej.
Tylko że ten najazd wznosił się na wysokość 50 metrów i wystawał ponad dach stadionu. To była gigantyczna konstrukcja.

Wciąż trudno jest mi pojąć, by coś takiego w Polsce się odbyło.
Ja też początkowo podchodziłem do tego sceptycznie. Mówiłem: – Skoki na Narodowym? Aha! Już ja to widzę!. Natomiast okazuje się, że rzeczywiście jest to możliwe tylko potrzeba do tego dobrego projektu. Na pewno na frekwencję nie można by było narzekać, bowiem w Pekinie na Stadionie Olimpijskim było około 500 osób. W Polsce zainteresowanie skokami jest przecież gigantyczne.

Rozpoczął Pan również treningi triathlonu. Idzie Pan śladem Jensona Buttona czy Marka Webbera, którzy również uprawiają ten sport.
Od kiedy trenowałem pływanie, a to bylo bardzo dawno temu, w mojej głowie kiełkowała myśl, by uprawiać triathlon. Słynny Ironman na Hawajach, gdzie trzeba przepłynąć blisko 4 kilometry, przejechać na rowerze 180 kilometrów i przebiec maraton – to jest ogromne wyzwanie i marzenie. W tym roku udało mi się wziąć udział w trzech zawodach na 1/4 Ironmana, czyli 950 metrów pływania, 45 kilometrów na rowerze oraz 10,5 kilometra biegu. Spodobało mi się to. Jest to również pewien rodzaj motywacji do tego, by nie zarosnąć tłuszczem (śmiech). Podjąłem współpracę z trenerem i walczymy obecnie z moją niechęcią do biegania. To nie jest łatwe również z tego względu, że mam jeszcze jakieś uraz z czasów ścigania się na motocyklu. Generalnie zabawa jest przednia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.