Facebook Google+ Twitter

Grzegorz Wełnicki: Jedyne co potrafię to robić zdjęcia, więc krzyczę dzięki temu medium

- Przygotowując się z Wojtkiem Tochmanem do wydania książki "Eli, Eli", mieliśmy świadomość, że wywoła ona kontrowersje, bo choć jest piękna, to bardzo trudna. Traktuje o problemach, z którymi współczesny świat nie umie sobie radzić, więc często udaje, że one nie istnieją. Naturalnie, przekraczamy pewne granice, ale właśnie po to, by ten stan rzeczy zmienić - mówi Grzegorz Wełnicki, autor zdjęć.

Grzegorz Wełnicki. / Fot. Kuba KrysiakLidia Raś: Już dawno żadna książka nie wywołała takiej dyskusji (także w naszej redakcji), jak „Eli, Eli” Wojciecha Tochmana, w której znalazły się Twoje zdjęcia z dzielnicy nędzy w Manili. Recenzje książki były diametralnie różne. Od zachwytu po posądzenie Was o cynizm i żerowanie na cierpieniu dla stricte merkantylnych celów. Spodziewaliście się tego?
Grzegorz Wełnicki: Przygotowując się z Wojtkiem Tochmanem do wydania książki, mieliśmy świadomość, że wywoła ona kontrowersje, bo choć jest piękna, to bardzo trudna. Traktuje o problemach, z którymi współczesny świat nie umie sobie radzić, więc często udaje, że one nie istnieją. Naturalnie, przekraczamy pewne granice, ale właśnie po to, by ten stan rzeczy zmienić. Jeszcze przed publikacją chcieliśmy mieć pewność, że możemy książkę pokazać w takim kształcie, więc Wojtek konsultował ją ze znawcami tematu od strony merytoryczno-literackiej, ja z zakresu fotografii. Nie działaliśmy na zasadzie: zaszokujmy! Jeśli dzięki kontrowersjom i nagłośnieniu tematu w mediach, możemy z naszym przekazem dotrzeć do większej liczby odbiorców i spowodować u nich refleksję, wzbudzić emocje - to dobrze. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy negatywnie podchodzili do moich zdjęć, ale z czasem - nie chcę, by to zabrzmiało zbyt patetycznie - dojrzewali do ich odbioru. Nieco męczy mnie szum medialny wokół „Eli, Eli”, bo jest mi zdecydowanie obcy, ale musiałem go zaakceptować, bo w takich czasach żyjemy. Gdyby go nie było, to nasz projekt trafiłby do szuflady. Nie jestem specjalistą od pomagania, ale szukam ludzi, którzy mi podpowiadają jak to robić z sensem i wiem, że jeśli chce się komuś pomóc, to trzeba o tym głośno krzyczeć. Ponieważ jedyne co potrafię, to robić zdjęcia, więc krzyczę dzięki temu medium.

Liczysz, że Twoje zdjęcia sprowokują kogoś np. do pomocy finansowej?
Tak, nawet już mi się to zdarzyło w przeszłości. Zgłaszali się do mnie ludzie chętni do pomocy, organizowaliśmy zbiórki leków, pieniędzy… Nie chcę jednak o tym mówić; nie chodzi o chwalenie się, ale o działanie. Liczę, że dzięki moim zdjęciom z Filipin uda się coś zmienić także na Onyksie, choć to nie jest łatwa sprawa.

To co robisz traktujesz jak misję wpisaną w zawód fotoreportera?
Tak, to jest swego rodzaju powołanie. Miałem 18 lat, gdy zacząłem fotografować ulice Warszawy. Eksperymentowałem z fotoreportażem, potem z dokumentem, a potem postawiłem na nową jakość. Tylko że tego co robię nie nazwałbym pracą. Na życie zarabiam całkiem inaczej - przy sesjach fotograficznych. Dzięki temu mogę skupić się na sprawach naprawdę dla mnie ważnych czyli na pomaganiu ludziom. A takie projekty, jak ten z Onyksu, do tego celu służą.

Trudno się pracuje z Wojtkiem Tochmanem? On – doświadczony dziennikarz, Ty – w zasadzie debiutant.
Miałem 24 lata, gdy poznałem Tochmana. To było dla mnie ogromne przeżycie. Okazało się, że mamy podobną wrażliwość, i że chcemy razem pracować, by opowiedzieć o ludziach oraz sprawach dla nas ważnych. I choć nasz styl pracy różni się, to doskonale się dopełnialiśmy. Mieliśmy z Wojtkiem układ: on mi nie mówił co ja mam fotografować, a ja nie wypowiadałem się na temat tekstu, mimo że ostatni fragment dotyczy właśnie mnie. To jednak książka Tochmana i jego widzenie rzeczywistości. Cieszę się, że mogłem w takim projekcie uczestniczyć.

Manila. Onyx / Fot. Grzegorz WełnickiTwoje zdjęcia są ilustracją do książki z gatunku noc-fiction. Zastanawiam się jednak chwilami, czy one faktycznie są „non fiction”, skoro są wśród nich zdjęcia pozowane, stylizowane, doskonałe pod względem artystycznym, ale mało dokumentalne.
Mój projekt jest połączeniem kilku rodzajów fotografii. Nie jest to reportaż, nie jest to też czysty dokument. Jest za to trochę fotografii artystycznej, inscenizowanej, portretu klasycznego. Takie różnorodne zdjęcia są potrzebne, by scalić zdarzenia w jedną opowieść. Owszem, robię ukłon w stronę reportażu zdjęciem, które książkę otwiera czyli panoramą Onyksu, by określić miejsce akcji. Ale nawet to zdjęcie jest utrzymane w specyficznym klimacie. Dzięki flarze wpadającej w obiektyw, zdjęcie jest miękkie, ciepłe, przyjemne, i właściwie nie do końca wiemy w jaki świat nas wprowadzi. Razem z Tochmanem dawkujemy emocje. Staraliśmy się układać te zdjęcia tak, by bardzo mocne obrazy przeplatały się z pięknie łagodnymi, takimi jak choćby zdjęcie Josephine z mamą w morzu. Nie chcieliśmy przypinać widza do ściany, ale chcieliśmy wywołać emocje.

Fotografie, które zrobiłeś, trafiły nie tylko do książki. Podjąłeś decyzję, by wykorzystać je do zorganizowania wystawy. I tu przypomina mi się cytat z Susan Sontag, która pisała: „Oglądanie cudzego cierpienia w galerii pachnie wyzyskiem. To taki kolonializm w nowym wydaniu. Zdjęcia wystawione w galerii, gdy zawisną na ścianie, stają się stacjami na trasie zwykle towarzyskiej przechadzki”.
No tak, jeśli to jest przechadzka, podczas której wyłącznie się patrzy, ale nie myśli, to tak. Znam książkę, z której pochodzi ten fragment, ale w wielu wypadkach się z nią nie zgadzam. W tym też nie, bo zdjęcia ludzi, doświadczających cierpienia mogą prowokować do przewartościowań, mogą uczyć.

Josephine Vergara z mamą. Po raz pierwszy w morzu / Fot. Grzegorz WełnickiCzego ma widza nauczyć ogromne zdjęcie nogi pokrytej guzami (objaw nerwiakowłókniakowatości, na którą cierpi Josephine Vergara – przyp. red.)
To jest zabieg stricte fotograficzny. Ja się wychowałem w studiach fotograficznych, pracowałem przy różnych sesjach w modzie, reklamie, fotografii packshotowej . Mam za sobą całe spectrum fotografii komercyjnej. Ta stopa jest właśnie pokazana w sposób packshotowy, produktowy, by zmusić widza do zauważenia jej i do analizy. Nie uciekniemy wzrokiem.

Uciekłam…
Będzie ten moment, kiedy wrócisz i przemyślisz je, bo pokazuje problem, ale z szacunkiem dla konkretnej osoby. Zamiast wywoływać obrzydzenie i współczucie, wolałbym żeby uczyło, żeby było obrazem, do którego ludzie wracają i stają się wrażliwsi na problemy. Uwrażliwianie – to jest misja artysty.

A czemu ma służyć portret Josephine stylizowanej na Vermerowską „Kobietę z perłą”? Dla wielu osób to wykorzystywanie chorej kobiety.
To co ludzie mówią na temat tego zdjęcia jest kompletnie absurdalne. W żadnym wypadku nie bawimy się ludzką chorobą! A to zdjęcie powstało nie dla samej fotografii, a dla Jo, by przez chwilę mogła się poczuć piękna, można by rzec jak modelka. Chciała tego, bo pierwszy raz ktoś zobaczył w niej kobietę; mogła mieć na sobie biżuterię, być pięknie ubrana. Każda kobieta chce wyglądać pięknie, tylko Jo, bo jest chora, nie ma do tego prawa? Taki jest ten nasz absurdalny świat, który decyduje za Jo, do czego ona ma prawo. Nie robię zdjęć, bo ktoś jest biedy i chory!

Paweł Bownik, kurator wystawy napisał o Twoich zdjęciach, że to „wysmakowane wizualnie filipińskie pocztówki, które są jak filmy hollywoodzkie; efektowne i nowoczesne. Może to jedyny sposób na przywołanie zawsze aktualnych tematycznych demonów, które podszywając się pod wizualny trend, są w stanie być wiarygodne”.
Wystawił mi piękną recenzję. Choć on nazywa to co ja robię innymi słowami, to czuje tak samo, bo jak inaczej nazwać Onyx widziany z góry, jak nie piękną filipińską pocztówką.

I podobnie jak Paweł Bownik uważasz, że właśnie takie „filipińskie pocztówki” pomogą zwalczyć współczesne demony? Nie obawiasz się, że widz oglądając piękne artystycznie zdjęcia zapomni o temacie, który one podejmują?
Świat, który stał się też moim światem, jest pełen przemocy, chorób, śmierci, ale na moich zdjęciach nie zobaczysz rozerwanych ludzkich szczątków i tym podobnej sensacji. Wiele widziałem w Manili, ale celowo nie pokazuję takich ekstremalnych sytuacji, bo one tak naprawdę na ludzi już nie działają. Media zniszczyły wrażliwość, bombardując widza wojnami, brutalnością, prześcigając się w prezentowaniu coraz bardziej krwawych zdjęć. Ja chcę iść w inną stronę. Jeszcze raz to powtórzę: chcę uwrażliwiać, a nie przyzwyczajać do brutalnego świata. Temu – mam nadzieję – będą służyć „filipińskie pocztówki”.

Manila. Onyx / Fot. Grzegorz WełnickiJak się zdobywa zaufanie ludzi tak głęboko doświadczonych przez los, że pozwalają obcemu fotografowi z Europy wejść w swoje życie.
W ciągu dwóch lat spędzonych na Filipinach zrobiłem tylko 18 zdjęć. To nie jest oszałamiający wynik (śmiech – przyp.red.), ale wynika z mojego sposobu pracy. Nie potrafiłbym jak newsowiec przyjechać, zrobić setki zdjęć bez żadnych emocji i wyjechać. Ja jadę do tych ludzi, przede wszystkim dlatego, że chcę się z nimi spotkać, a nie „zrobić materiał”. Oczywiście, jeśli wszystko się tak poskłada, że zdjęcia jednak powstaną – to świetnie, ale ja nie muszę z nimi wrócić. Nikt tych zdjęć u mnie nie zamawia. Po przyjeździe bardzo długo w ogóle nie korzystam z aparatu. Żyję z ludźmi, rozmawiam, przygotowujemy razem posiłki. Poznaję tamtejszą społeczność, a ona mnie, bo to budowanie więzi działa w obie strony. Decyzję o zrobieniu zdjęcia też podejmujemy wspólnie i tylko wtedy, gdy obie strony tego chcą. Ja się u nich po prostu dobrze czuję, a zdjęcia są w pewien sposób dodatkiem.

Chcesz tam wrócić?
Tak, dziś kupuję bilet i chcę w styczniu wyjechać w samotną podróż. Będę kontynuował pracę w tym nurcie, który uprawiam. Wracam do Azji z sentymentu, wracam do ludzi, których kocham i nie wyobrażam sobie, by będąc tam, nie odwiedzić ich, zwłaszcza, że Carol, dla której jestem niczym adoptowany syn, a która pielęgnowała mnie, gdy poważnie zachorowałem, sama teraz jest bardzo chora. Cały czas mam kontakt z niektórymi mieszkańcami Onyksu i wiem jak bardzo potrzebują pomocy, także ode mnie. Choć wiem już też, że sam świata nie zbawię.

Tak ogromna wrażliwość pomaga Ci czy bywa balastem? Trudno chyba poradzić sobie ze świadomością bezmiaru ludzkiego nieszczęścia i możliwością pomocy tylko wybranym.
Kiedyś pewien znany fotoreporter powiedział mi: „Jeśli spytasz mnie, czy warto to robić, powiem ci – nie warto.” Podjąłem świadomą decyzję, wiem jakie mogą być jej konsekwencje. Znam historie fotografów, którzy wracają do domu kompletnie wyniszczeni, bo nie „przerobili” sobie tego co widzieli ani w sercu, ani w głowie. To jest cena za to co się robi oraz za nadwrażliwość. Tylko wtedy człowiek się nie przyzwyczaja. Mój ojciec był tym, który mnie mobilizował, pomagał, podtrzymywał na duchu i zapewniał, że to co robię ma sens i jest dobre. To taki mój kapitał. Na szczęście także moja mama, choć zajęło jej to trochę czasu, akceptuje to co robię. Mam też w Polsce grupę przyjaciół, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. To dzięki nim wszystkim jakoś funkcjonuję w świecie, który mnie przerasta, którego nie rozumiem, i który mnie męczy. Wiem już też, że samotnie niewiele bym zdziałał. Na szczęście pojawiły się wokół mnie dobre duchy, które mówią: róbmy to razem.

Więcej zdjęć Grzegorza Wełnickiego na autorskiej stronie fotografa

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (11):

Sortuj komentarze:

Jestem pełna wielkiego uznania. Dziękuję za ten wywiad.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Interesujący wywiad i nie mniej interesujące spostrzeżenia. Każdy, który wiąże z obiektywem chęć przekazania swoich odczuć, wrażeń czy też wypełnienia narzuconej przez siebie samego misji, robi to w sposób inny - indywidualny, wyjątkowy.

Mniej, czy też bardziej aranżowane zdjęcie staje się jednak dokumentem. To dzięki przekazanemu obrazowi wielu ludzi może niemal organoleptycznie doświadczyć szczęścia, nieszczęścia, dobra, zła, euforii, grozy.

Często fotografie mają tak silny przekaz, że zdolne są do dokonania przeskalowania systemu wartości u niejednego człowieka. Zdolne są wywołać zmiany w postrzeganiu świata. Są to bardzo cenne fotografie. Takie zdjęcia wnoszą o wiele więcej niż tylko utrwalony obraz.

Zetknąłem się kiedyś z fotografią, która uwieczniła kilkunastu fotoreporterów wykonujących w tym samym czasie zdjęcia zabitej dziewczyny (bodajże Syria, nie pamiętam dokładnie).
Zdjęcie wstrząsające. Demoniczny wręcz przekaz. Wyglądali jak sępy. Jednak to dzięki takiej "pracy" świat może niemal namacalnie doświadczyć grozy wojny. Zdjęcia zabitych, niewinnych istot stanowią przestrogę i zmuszają do pamiętania o tym, czego powinniśmy się wystrzegać. Przypominają jak wielką wartością jest pokój.

Chcę tym samym odnieść się do treści wywiadu. Często nie ma znaczenia zastosowanie technik, wykorzystywanie zawodowego doświadczenia przy wykonywaniu fotografii itd, itd.. Liczy się to, czy dane zdjęcie będzie na tyle wymowne, by mogło stanowić o tym, że będziemy chcieli zmieniać świat na lepszy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ok, tu pełna zgoda. Inna rzecz, że moim zdaniem psucie nastroju przy kolacji powinno być dziś obowiązkowe, a lektura takich książek narzucona z góry. Zwłaszcza młodym roszczeniowym! ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

W tym rzecz, że "Eli, Eli" psuje nastrój przy kolacji. Odrywa nas od wizji świata, w której wszyscy są piękni, zdrowi, uśmiechają się perliście. To jak uderzenie w głowę, przebudzenie. Kwestią otwartą były dla mnie intencje zarówno Tochmana, jak i Wełnickiego. Po wywiadzie wierzę mu, że były dobre.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wiem, mną również :-) Napisałeś jednak, że lektura wywiadu pozwoliła Ci zmienić odbiór książki. Tak nie powinno być - książka to dzieło skończne, zamknięte. No, chyba że mówimy o dziele multimedialnym, które nie kończy się wraz z ostatnią stroną.

Ja nie widzę różnicy między krwawymi relacjami w mediach, nastawionymi na to, aby wstrząsnąć odbiorcą a zdjęciami, które pokazują brzydotę, żeby osiągnąć ten sam efekt. Jaka jest różnica między fotografią ofiary, która leży na ulicy, a fotografią nogi pokrytej guzami? Żadna - obie chcą o czymś opowiedzieć. Świat nie jest piękny, a Ci, których oburzają takie zdjęcia, muszą to kiedyś zrozumieć. Dlatego myślę, że nie ma sensu tworzyć wokół tego teorii :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zdjęcia robią wrażenie.
Jednak nie byłbym taki pewien czy słowa Pawła Bownika, kuratora wystawy to taka laurka.
Nie widziałem wszystkich zdjęć, nie czytałem książki, uważam, że nie potrzeba jakiejś szczególnej czułości, aby te zdjęcia mówiły. Chora kobieta w bąblach zawsze będzie budzić takie emocje. Bieda nie jest czymś nowym.
Jeżeli przedstawiona przez niego filozofia integracji i porozumienia fotograficznego z modelem działa, to jest to ciekawe socjologicznie. Jednak to ciut dorabianie ideologii do zdjęć.. Reporter ma właśnie dokumentować nie kreować.
Reasumując, zdjęcia ustawiane nie są reportażem, choć patrząc na niektóre ostatnio kadry Tomaszewskiego i Guzowatego, można mieć wątpliwości co do oceny jury, do kiedy to jeszcze reportaż..

Komentarz został ukrytyrozwiń

Powiedzemy szczerze, iż wszyscy związani z zawodową fotografią robią to dla pieniędzy, bo w końcu z tego żyją. Kwestią samego fotografa jest wybór słusznej (jego zdaniem) decyzji, które kadry publikować. Widzowie zaś „nie szukajacy dziury w całym” zdjęcia te będą oceniać i komentować lub nie, bez emocji, z rozsadkiem, gdyż jest to taki sam przekaz, jak słowo pisane. Świetny materiał :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Cieszę się , że i książka, i teraz wywiad budzi emocje. Z pozytywnych zwykle coś pozytywnego powstaje. Ja też musiałam pewne sprawy przewartościować. Dlaczego szokuje mnie choroba, jej fizyczne oznaki? A jeżeli byłaby udziałem, w takiej czy innej formie, kogoś mi bliskiego, to nie pokazałabym osoby, która jej doświadcza? Nie trzeba szukać daleko, coraz częściej także w Polsce kampanie społeczne pokazują łysiuteńkie kobiety po chemioterapii albo dzieciaki z zespołem Downa. Szokują? No chyba jednak nie. Są obok nas. Pokazują: tacy jesteśmy; nie udawajcie, że nas nie ma, nie odwracajcie wzroku, bo przez to nie znikniemy. Zdjęcia Grześka pokazały mi ludzi, o których problemach nie miałam pojęcia. I chwała mu za to, podobnie jak Wojtkowi Tochmanowi. A skoro coś mi uzmysłowiono, to teraz mam dwa wyjścia... Wybieram to pozytywne :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Broni się, bo porusza, a zapewniam Cię, że w tym roku mało która lektura tak mną wstrząsnęła. Dopowiedzenie z wywiadu pomogło mi zrozumieć sytuację przedstawionych ludzi i zastosowanie takich, a nie innych środków artystycznych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Rafał, ale książka powinna się bronić sama przez siebie, a nie przez doszukiwanie się kontekstów i zgłębianie źródeł :-) Co takiego zmieniło Twoje postrzeganie?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.