Facebook Google+ Twitter

Grzegorza Miecugowa podróż na Zachód przez Związek Radziecki

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2006-12-13 21:21

Robił torby do farb w proszku, składał przynęty do łowienia ryb, pracował przy przeprowadzkach, kopaniu rowów, sprzątał. Rozmowa z popularnym dziennikarzem, szefem zespołu wydawców w TVN24.

Czy ktoś z Pana bliskich żyje jeszcze w Anglii?
Grzegorz Miecugow / MWMEDIABrat mojego dziadka był żołnierzem, znalazł się tam z wojskiem, które trafiło do Londynu. Zmarł w 1954 r. w Manchesterze bezpotomnie i sam. Ostatnio próbowałem ustalić coś więcej, bo za PRL-u była taka blokada, że właściwie trudno było to zrobić.

Dziś można, prześlę Panu mailem adres. Jest w Warszawie na Czerwonych Beretów placówka, która odszukuje krewnych z czasów wojny.
Bardzo proszę, to może być ciekawa historia.

Tak, ale coś za coś, Pan mi za to opowie swoją.
Którą?

Tę, najciekawszą albo najbardziej przykrą. Muszę z Pana wydobyć to, czego innym się nie udało.
No to zacznijmy, od moim zdaniem, najciekawszej. Jako student, cały czas kombinowałem, jak tu przedostać się na Zachód, ale nie miałem żadnych kontaktów. Nie chciałem wyjechać na stałe, tylko dorobić trochę. W 1978r. wyruszyłem w ciemno do Paryża, sam bo kolega nie dostał paszportu. Wiedziałem tylko, gdzie mieści się schronisko młodzieżowe, w którym mogłem spędzić pierwszą noc. Zamierzałem wydzwaniać do znajomych, ale już na samym początku pobytu w Paryżu zostawiłem w budce telefonicznej notes ze wszystkimi adresami. Wtedy zostałem zupełnie sam.

Katastrofa, tylko usiąść i płakać.
Nie mogłem sobie na to pozwolić. Dzwoniłem do Polski, do znajomych, których numery znałem na pamięć i prosiłem o odtworzenie niektórych kontaktów, nie udało się.

To było ryzykowne, do Francji bez znajomości francuskiego.
Kolega znał, ale go nie wpuścili. Trzecią noc spędziłem w hotelu dla młodych arabskich bezrobotnych. Próbowałem ich uczyć po angielsku, a oni mnie po francusku. Ale już po jednej nocy właściciele noclegowni usunęli mnie, bo wyszło na jaw, że nie jestem arabskim bezrobotnym.

Jak Pan sobie poradził?
Następnego dnia stałem już pod Sorboną, usiłowałem znaleźć coś wśród ofert pracy, ale wszystkie były po francusku, nic nie rozumiałem. Nagle podeszła do mnie Pani i po polsku zapytała się, czy nie szukam pracy. Zaczęła wypytywać skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Krakowa i wzbudziłem jej żywe zainteresowanie, zapytała o moje nazwisko. Okazało się, że to znajoma moich rodziców, pani Madame Truszkowska. Kiedyś była narzeczoną Mrożka, a Mrożek to ojciec chrzestny mojej siostry. Truszkowska wyjechała za nim do Francji, gdzie się z nim rozstała. Wyszła za Amerykanina, z którym miała dziecko. Madame Truszkowska właśnie poszukiwała kogoś do dziecka, bo opiekunka malucha wyjechała na wakacje. Tak zostałem baby-sitterem w Paryżu. Zajmowałem się dwuletnim dzieckiem i gotowałem dla psa. Po dwóch miesiącach, gdy opiekunka wróciła, zapytano mnie, czy nie chcę zostać na stałe, bo jestem lepszy od poprzedniczki. Powiedziałem wtedy: “Strasznie Panią przepraszam, ale ja muszę załatwić sprawy wojska”.

Co Pan zrobił najlepszego?!
Wyjazd do Paryża i tak wyszedł na zero, ale przynajmniej poznałem trochę świata. Natomiast najbardziej dramatyczny był chyba mój pobyt w Austrii. Ja, wcześniej pracownik radia, student filozofii, byłem traktowany jak ostatni szmaciarz. To było nieprzyjemne, ale trzeba było zaciskać zęby. Moja trzecia zagraniczna podróż, już po stanie wojennym, nie była zresztą lepsza. Miałem roczne dziecko, straciłem pracę. Potem pracowałem w radiu za niewielkie pieniądze, ale kleiłem też błystki.

?
Blaszki do wędek. Dostawałem od drobnego przedsiębiorcy elementy w rozsypce i musiałem je poskładać w gotową przynętę wykorzystywaną przy łowieniu ryb. Trzeba było haczyki doczepić do blaszek, na blaszki nakleić błyszczące ozdoby. Strasznie raniło ręce, więc wolałem drugą fuchę - robienie toreb do farb w proszku. Zbierałem też butelki w Lasku Bielańskim i jakoś się żyło.

To było już po studiach.
Tak. Byłem wtedy dziennikarzem z dwuletnim stażem.

Jak zamierzał Pan wybrnąć z tej sytuacji?
Szukałem innej pracy, ale to nie było takie proste. Pojechałem do Wiednia. Pożyczyłem od teścia samochód i pojechałem z kolegą do jego rodziny, która jak się okazało ledwo wiązała koniec z końcem. Trafiłem do mieszkania, gdzie mieszkało ośmiu azylantów, łazienka na korytarzu. Rano szedłem pod pośredniak pracy i łapałem wszystko, co się dało. Zwykle były to przeprowadzki, kopanie rowów lub sprzątanie. Potem trafiłem do pracy przy stolarce. Wróciłem po dwóch miesiącach, bo nastąpił wybuch w Czarnobylu.

I potrzebne to wszystko było?
Bardzo. Nie byłem bogaty z domu, więc nastawienie do pracy miałem dobre, tylko te wyjazdy ... Jednak każde doświadczenie czemuś służy i rozwija człowieka.

Jednych do Londynu sprowadza nauka, innych praca, a jeszcze innych...
...szkolenie na przykład. Do Wielkiej Brytanii trafiłem w okolicznościach dla mnie bardzo ważnych, bo to było już w wolnej Polsce. BBC zaprosiło sześć grup dziennikarzy, by nauczyli się rzemiosła. Był rok 1990, luty, jechałem na sześć tygodni do Londynu uczyć się wolnego dziennikarstwa.

Warto było jechać?
Wszystko bardzo mi się podobało, autobusy, knajpki, puby. Byłem zachwycony Anglią, bo właśnie tak sobie ją wyobrażałem. Mieszkałem w samym centrum, koło British Museum. Podczas pobytu po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na ulicy człowieka dzwoniącego z telefonu komórkowego, co było swego rodzaju szokiem. To nie był mój pierwszy pobyt na Zachodzie, ale po raz pierwszy nie czułem się człowiekiem gorszej kategorii, bo miałem pieniądze i w przeciwieństwie do wcześniejszych wyjazdów, ten nie był związany z szukaniem pracy.

Nie kusiło Pana, żeby zobaczyć więcej, niż tylko stolicę?
Zwiedziłem Szkocję. Któregoś dnia wynajęliśmy samochód, by zobaczyć okolicę. Wtedy miałem okazję prowadzić samochód z lewej strony, co powodowało moje liczne konfuzje, zwłaszcza na rondach, ale obyło się bez wypadku. Podczas tego pobytu, każdy z nas miał prawo do spełnienia swojego marzenia. Organizatorzy zobowiązali się do jego wypełnienia.

O co Pan poprosił?
Chciałem spędzić jeden dzień na komendzie policji i spędziłem go. Było fantastycznie.

Bez żadnych obaw?
Nie. Bać się raczej powinienem, gdy wyjeżdżałem po raz pierwszy za granicę na Zachód przez Związek Radziecki.

Nie było krótszej drogi?
Pewnie była, ale tak było ciekawiej.

Student filozofii szukał mocnych wrażeń?
Marzyłem, by zobaczyć fińskie jeziora i popływać na własnoręcznie zrobionym kanu. I udało się. W lipcu 1974r. pojechałem wraz ze szwagrem pociągiem do Związku Radzieckiego. Cywilizacyjnie Polskę i ZSRR dzieliła wtedy cała epoka. Gdy dojechaliśmy do dzisiejszego Petersburga, wtedy Leningradu, syf tam panował niemiłosierny. Z kolei Rosję i Finlandię dzieliły aż dwie epoki. Po przyjeździe do Finlandii, gdy weszliśmy do toalety miejskiej, miałem ochotę całować kafelki.

Aż tak?!
Było bardzo schludnie, czysto, do tego ciepła woda, ręczniki. Zupełnie inny świat. Jedzenie wzięliśmy z Polski, ale po dwóch tygodniach skończyły nam się zapasy i trzeba było coś kupić. Jechaliśmy stopem przez Finlandię. Dotarliśmy do Sztokholmu i tam zaczęliśmy szukać pracy. Szwagier przekonał mnie, że skoro już jesteśmy na tym Zachodzie, to grzechem byłoby nie spróbować zarobić, przecież tyle o tym słyszeliśmy.

Gdzie szukał Pan pracy?
Chodziłem od knajpy do knajpy i pytałem, czy czegoś nie mają. Nie mieli, wszędzie słyszałem: przerwa wakacyjna. W sierpniu w Szwecji większość takich miejsc była pozamykana. W końcu znaleźliśmy pracę na dwa dni w porcie przy rozładowywaniu kontenerów z bananami. Im szybciej rozładowywaliśmy wagon, tym szybciej nam płacili. To nie było skomplikowane, ale praca bardzo ciężka.

Jak radził Pan sobie z językiem?
Na początku były problemy, ale te wyjazdy bardzo pomagały. Poza tym w średniej szkole miałem angielski, a na studiach uczyłem się niemieckiego.

W Pana życiu ważną rolę odgrywały chyba takie przypadkowe spotkania jak to w Paryżu z Madame Truszkowską?
Tak to prawda. Kiedyś też na Marszałkowskiej moja mama spotkała starą znajomą. Ta pani zapytała, co u syna. Mama jej na to, że stracił pracę i szuka czegoś. „Niech przyjdzie do radia. Szukamy nowych głosów” – rzuciła, więc poszedłem i tak zostałem.

Tylko we właściwym czasie spotkać odpowiednie osoby.
To jakimi ludzie stają się, określa się we wczesnym dzieciństwie, my nawet nie wiemy kiedy. Bardzo dużo dało mi harcerstwo. To było harcerstwo etosowe, ideowe, nawiązujące do tego przedwojennego. Potrafiliśmy się skrzyknąć i zbudować dom sami. Tam uczyłem się podstaw stolarki, która przydała się potem.

Czasami też warto zagrać vabank.
Zrobiłem tak w marcu 1982 r. postanowiłem nie wracać do TV, bo nie chciałem robić partyjnego dziennikarstwa. Zanim dostałem etat w radiu, poważnie brałem pod uwagę pracę w sklepie spożywczym.

Widzowie kojarzą Pana teraz głównie ze “Szkłem Kontaktowym”, czy przewiduje Pan jakieś zmiany, czym jeszcze się Pan zajmuje?
„Szkło Kontaktowe” święci jakieś ogromne tryumfy, bo jest najchętniej oglądanym programem stacji, ku zaskoczeniu także moim, bo nie do końca rozumiem ten fenomen. „Inny Punkt Widzenia” będę kontynuował tylko do nowego roku, ponieważ poczułem się już tym zmęczony, trzy lata, 130 rozmów to dużo. Jestem również związany z uczelnią Collegium Civitas.


D.P.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Lech M.
  • Lech M.
  • 17.02.2011 10:17

Jestem pełen podziwu. Pan dyrektor Miecugow jest super gościem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.