Facebook Google+ Twitter

Guzik Napoleona

W Muzeum Powstania Warszawskiego żałowałam, że dzieci mam dorosłe i nie mogę im pokazać Sali Małego Powstańca, gdzie mogłyby się wcielić w listonoszy Poczty Polowej czy sanitariuszki udzielające rannym pomocy.

Z tyłu liceum, z przodu muzeum - każdy wie, o co chodzi. Muzeum to synonim staroci. Muzea za czasów mojej młodości były obowiązkowym punktem szkolnych wycieczek do Krakowa, Warszawy, Jasła, Kutna i Mławy. Choć ulice nie były wtedy zbyt kolorowe i ruchliwe, to i tak zdawały się tętnić życiem i lśnić wobec szarości, w którą wstępowało się po przekroczeniu muzealnego progu. Senna kasjerka, senni bileterzy, a także panie drzemiące w salach z szydełkiem lub drutami. Zbudzone z letargu przez nadciągającą grupę, rzucały surowe spojrzenia, paraliżując tych śmiałków, którzy chcieli podejść zbyt blisko eksponatów.

Na wszelki wypadek i tak większość skarbów była od natrętów odgrodzona sznurkiem i opisana: Nie dotykać! Gdy nogi ze zmęczenia wchodziły tam, skąd normalnie wychodzą, nie było szans, by usiąść na krześle. Krzesło to było siedzisko. Albo fotel, albo tron, albo coś podobnego co służyło do oglądania - broń Boże do siedzenia. Setnie znudzony przewodnik powtarzał bez emocji tę samą opowieść. Poza lizusami nikt go nie słuchał.

Dziewczyny chichotały po kątach, a chłopcy próbowali ślizgać się po parkietach. Właśnie: zapomniałam o największej atrakcji. Zaraz przy wejściu trzeba było wygrzebać z kosza i nałożyć okropne filcowe kapcie, które nigdy nie składały się do pary. Służyły, sądzę, do froterowania podłóg. W zamian za tę drobną usługę można było pooglądać (z daleka!) piece z popękanymi kaflami, pocerowane sztandary, pożółkłe papiery i zardzewiałe medale w gablotach. Czasami także kość mamuta i guzik Napoleona, który zamiast parać się wojaczką, nocował chyba we wszystkich miasteczkach centralnej Europy, dostarczając eksponatów do miejscowych izb pamięci.

Tak zapamiętałam wyprawy do muzeów. I nie ja jedna pośród rówieśników. Albo to my nie pasowaliśmy do tych filcowych laci, albo te lacie nie pasowały do nas. Przez długie lata dorosłego życia wizytę w muzeum umieszczałam więc na samym dole urlopowego programu. Po cichu liczyłam na to, że pogoda nie będzie aż tak zła, żeby trzeba było podejmować kroki desperackie, jak wąchanie kurzu historii.

Dlatego z ogromnym zaciekawieniem przyjęłam zaproszenie do Muzeum Powstania Warszawskiego, które jak mi mówiono, tę niechęć przełamie. No i przeżyłam prawdziwy szok. Po pierwsze, nie ma kapci i parkietów. Chodzi się tam we własnych butach po bruku albo żwirowych alejkach. Po drugie, żadnych sznurków ani szydełek. Po trzecie nikt nie wygłasza jedynie słusznych pouczeń o martyrologii i doniosłości czynu patriotycznego. Wszędzie można zajrzeć, czasem trzeba w tym celu schylić się, a nawet przyklęknąć. Karabin można dotknąć, a na starym motocyklu nawet usiąść. Można zerwać kartkę z kalendarza z datą 1 sierpnia 1944 i zabrać ją do domu.

Niezwykłe emocje towarzyszą przeprawie przez zrekonstruowany odcinek kanału, przez który przedzierali się powstańcy. Jest niski, ciasny i ciemny, a słychać w nim cieknącą wodę. Nareszcie zrozumiałam, co czuła moja mama, która brała udział w powstaniu jako łączniczka. Żałowałam, że dzieci mam dorosłe i nie mogę im pokazać Sali Małego Powstańca, gdzie mogłyby się wcielić w listonoszy Poczty Polowej czy sanitariuszki udzielające rannym pomocy.

Historia przedstawiona jest w sposób przystępny dla każdego pokolenia. To "muzeum narracyjne". Nie ma wtłaczania stereotypów, tu się o dawnych latach opowiada. Chłopcy nie mogą oderwać oczu od repliki samolotu bombowego Liberator czy powstańczej radiostacji. Dziewczyny zakładają powstańcze opaski i podziwiają okupacyjne pierścionki z orłem w koronie. Wokół gmachu rozciąga się Park Wolności, gdzie odbywają się imprezy plenerowe, msze polowe, organizowane są rodzinne pikniki i warszawskie koncerty.

Przeszłość podaje rękę teraźniejszości: coś dla siebie znajdą weterani, coś zainteresuje gimnazjalistów, coś odkryją rodziny. To coś, choć różne ma postaci, to klucz do prawdy o mieście, które przecież nie spadło z księżyca, ale istniało od tak dawna, jak sięga pamięć. Żyli w nim ludzie, którzy nie nosili kolczyków w nozdrzach i odtwarzaczy mp3 w uszach, ale poza tym niczym się nie różnili od dzisiejszych młodych.?Budynek dawnej elektrowni tramwajowej, gdzie znajduje się muzeum, to świetny przykład architektury przemysłowej z początku ubiegłego wieku. Także tu, na Śląsku, pozostałości kopalń i fabryk aż się proszą, by po nich wędrować, odkrywając korzenie śląskiej dumy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

zachęciła mnie Pani do odwiedzenia muzeum. Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.