Facebook Google+ Twitter

Gwiazdka z nieba - recenzja filmu "Miłość z księżyca"

Uwaga! Film ten może powodować poprawę nastroju. Działanie potwierdzone doświadczalnie, nie stwierdzono skutków ubocznych. Zapraszam do przeczytania recenzji. A po lekturze widzimy się w kinie.

 / Fot. fot. plakatDo polskich kin wchodzi właśnie film Veita Helmera "Baikonur". Nie wiedzieć czemu, tytuł ten w polskiej wersji brzmi "Miłość z księżyca". To może być kolejny przykład niezbyt „szczęśliwie” spolszczonej nazwy filmu. Głównym bohaterem historii jest Iskander Orinbekov alias „Gagarin” - w tej roli Alexander Asochakov, mieszkaniec niezwykłej osady, położonej tuż obok znanego na całym świecie kosmodromu Bajkonur. Mieszkańcy osady żyją z tego co spadnie z nieba - dosłownie. Są grupą nietypowych złomiarzy, zbierających odpadki ze startujących statków kosmicznych. W myśl zasady „cokolwiek spadnie z nieba, możesz zachować”. Pewnego dnia Gagarin odnajduje kapsułę ratunkową ze statku kosmicznego, a w niej nieziemskiej urody kobietę, francuską kosmiczną turystkę Julie Mahé (Marie de Villepin). Tajemnicza przybyszka z gwiazd jest niestety w śpiączce. Za radą swej przyjaciółki Naziry (Sitora Farmonova), Gagarin stara się obudzić Julie tak, jak zazwyczaj budzi się śpiące królewny - pocałunkiem. Po wielu próbach wreszcie mu się ta sztuka udaje, lecz dziewczyna nic nie pamięta. I tu zaczyna się cała intryga. Troje ludzi - Gagarin, Julie i Nazira - uwikłani są w emocjonalny trójkąt, w którym każdy kocha kogoś lub coś innego.

Banalne? Nie!


Historia ta jest może banalna i ograna w setkach tysięcy filmów. Jednak film "Miłość z księżyca” od całej masy podobnych historii wyróżnia kilka niezwykłych szczegółów. Niesamowite wrażenie robi pokazany w filmie kazachski step. Bezkresny, pusty, aż czuć z ekranu tę przestrzeń. To może jedno z ostatnich miejsc, gdzie człowiek może poczuć się wolny i pragnienie tej wolności budzi się również w widzach.

Optymistyczny lot w kosmos


W trudnych czasach, gdy za oknem szara zima, śliskie chodniki, widmo nadciągającego końca świata, Veit Halmer serwuje nam historię prostą, ale jednocześnie optymistyczną, do tego w cudownych okolicznościach przyrody. Jest jak miód wylany na serce ogarniętego zimową depresją Polaka. Film jawi się jako zgrabnie zebrany w jedną całość zbiór bajek. Mamy tutaj, przywołany wcześniej, motyw rodem ze „Śpiącej Królewny” (Gagarin i Julie), przemianę jak z „Brzydkiego Kaczątka” (przemiana Naziry) oraz skłaniający do refleksji, biblijny powrót syna marnotrawnego - Gagarina - z przedsionka kosmosu na Ziemię. Gagarin, choć cały czas żył pośród gwiazd, wreszcie odkrywa, że prawdziwe szczęście może być tuż obok i nie trzeba szukać go w innej galaktyce. Czyż to nie jest budujące? Wystarczy się rozejrzeć wokół siebie, wytężyć wzrok, a okaże się, że szczęście jest blisko.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.