Facebook Google+ Twitter

Halama: Szkoda, że nie zarabiam tyle, co Bruce Willis

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-09-08 18:54

Chciałbym kiedyś poczuć się gwiazdą. Tak bogatą, żeby się przelewało, a ja bym tylko wybrzydzał...Rozmowa z Grzegorzem Halamą, artystą kabaretowym

fot. Dziennik ZachodniDZIENNIK ZACHODNI: Wystąpiłeś ostatnio z postulatem zwolnienia z podatków gejów i lesbijek. Szykujesz się do kampanii wyborczej?
GRZEGORZ HALAMA: Nie. Ja tylko napisałem felieton. Jeśli geje i lesbijki normalnie pracują, to płacą podatki. Z ich pieniędzy utrzymuje się między innymi nasz rząd. Nie wiem, czy rząd chciałby żyć z pieniędzy gejów i lesbijek. Jak zwolnią ich z podatku, to po prostu rządzący będą mieć czyste ręce. Ja to tylko opisałem.

Obiecałeś, że na kolejne wybory już pójdziesz i będziesz głosować.
— Zdecydowanie tak! Bo takiego obrotu sprawy to ja się w ogóle nie spodziewałem. Dziwią mnie zwłaszcza kolejne represje. Nawet jakiś kabaret miał problem, bo zrobił skecz o Rydzyku. To bardzo niebezpieczna rzecz. Cofnięcie się w czasy komuny, a nawet jeszcze gorzej. Bo za komuny z grubsza pozwalano funkcjonować kabareciarzom. Gdyby mieli na Syberii wylądować, to szast prast i poznikaliby wszyscy, Laskowiki i inni. A jednak nawet komuniści wiedzieli, że społeczeństwo potrzebuje wentylu bezpieczeństwa. Jeśli ludzie się źle czują, jeśli nie dzieje się dobrze, muszą się przynajmniej wyśmiać. Bo inaczej jest im ciężko.

A nasza władza, twoim zdaniem, tego nie rozumie?
— Władza musi zrezygnować z takiej trochę chorej dumy, obrażania się o każdy drobiazg i pozywania do sądu. Ludzie! To przecież urząd służy społeczeństwu, a nie odwrotnie.

Czy w czasie tworzenia tekstu, myślisz czasem: lepiej tego nie powiem, bo mogę mieć kłopoty?
— Pewnie. Nie żyję przecież w oderwaniu od reszty. Mam córkę, żonę, kredyty. Czuję się współodpowiedzialny za to wszystko. I ludzi, którzy pracują ze mną... Nie wyobrażam sobie nawet, żeby doszło do jakichś skrajności. Chociaż nie, właściwie sobie wyobrażam. Jeśli ktoś już ma jakieś psychopatyczne objawy, to nie wiadomo, gdzie jest ta granica. W komunizmie za słowo można było skończyć w więzieniu na ileś lat. Już nie mówię o ludziach wywiezionych na Syberię. Spotkałem takich kilku w moim życiu, dopiero wtedy docierało do mnie, co to znaczy. Że ktoś wpada rano, każe się pakować i ląduje się w wagonie bydlęcym. To straszne rzeczy.

To chyba już nie wróci.
— Ja nie wiem, przyszły takie czasy...

Poprzednim rządzącym też wychodziło różnie
— Tak jak wszystkim. Bo przecież sterowanie państwem jest czymś tak skomplikowanym, że każdy popełnia błędy. Ale nie można popadać w skrajności. Bo wtedy człowiek rzeczywiście zaczyna się obawiać. Jeśli śmieszy mnie coś w jakimkolwiek rządzącym prezydencie, to mam prawo się z tego śmiać! W zakresie prywatnym oczywiście.

Oj słyszę, że sytuacja polityczna mocno cię denerwuje.
— Szkoda, że energia polityków idzie nie na pomaganie społeczeństwu, tylko na wzajemne szarpanie się. Porobili koalicje, ale nie ma tam spokoju. I te pomysły pana Romana... Czy to doradca od wizerunku podpowiada mu, żeby wciąż wymyślać dziwne rzeczy, aby tylko zaistnieć?! Ludzie, brać się do pracy! Wiele osób zarabia koszmarnie małe pieniądze. Ludzie mają problemy, jak mieszkanie kupić, jak samochód kupić. Myślą, jak się zorganizować, żeby godnie żyć. Wrócić do domu i nie martwić się, zjeść obiad z rodziną, a nie zastanawiać się, jaki jogurt w markecie wybrać, żeby o trzy grosze taniej było. Tak żyje dzisiaj większość rodzin! Na szczęście na dzień dzisiejszy mnie to aż tak nie dotyczy. Ale interesuję się tym, co się dzieje.

Wróćmy do przyjemniejszych rzeczy. Powiedziałeś, że małżeństwo z artystką kabaretową jest jak związek homoseksualny.
— (śmiech) Naprawdę? Coś takiego powiedziałem?

Skoro nie pamiętasz, to zmienię pytanie. Jak to jest, kiedy robi się to samo, co żona?
— To ma swoje plusy i minusy. Minus jest taki, że jest to po prostu ciężki zawód. Jeśli robi się to profesjonalnie, to sporo wyjeżdża się z domu, pracuje właściwie od rana do wieczora. Zdarza się, że tuż przed snem zadzwoni ktoś z telewizji i powie, że na jutro trzeba napisać jakiś scenariusz. Gdyby żona jeździła zawodowo tak jak ja, to widzielibyśmy się raz, dwa razy w miesiącu. To nie jest uporządkowane, fajne życie. Jest do bólu nieregularne. Myślałem na przykład o jakimś kursie dla siebie. Ale są organizowane przeważnie od piątku do niedzieli, a ja właśnie wtedy występuję. Kiedy ludzie mają czas na prywatne spotkania i zabawy, ja pracuję. Kiedy wracam do domu, wszyscy idą do pracy. Zawód artysty ma jednak także plusy. Jestem sam sobie dyrektorem. Nie mam nad sobą bacika. Dla mnie jest to rodzaj pracy nad sobą. Muszę wykrzesać z siebie samodyscyplinę, uczyć się jej. Ale nie muszę się złościć na jakiegoś szefa. To co zrobię, ile pracy włożę, tyle z tego później odzyskam. I to jest fajne. To jest mój sposób na życie.

Pracujecie razem z żoną?
— Bywa, że tak. Nagrywaliśmy razem dla HBO, czasem pisaliśmy sobie nawzajem jakieś skecze. Oczywiście radzę się jej w wielu kwestiach. Przy tak nieregularnym zawodzie jest wiele dylematów: czy wystąpić w telewizji, czy w tym programie, czy może w innym? Osoba, która jest blisko tego wszystkiego, na pewno może pomóc.

A czy żona jeszcze jeździ w trasy?
— Teraz nie. Kabaret Szum zakończył działalność. Dorota chce dać sobie spokój z kabaretem. Ma drugą, ogromną pasję. To jest drama (parateatralna forma gry – przyp. red.). Pracuje przy szkoleniach dla firm, z młodzieżą. Jest w tym absolutnie świetna. Ma dryg do prowadzenia szkoleń. Jest na etapie zakładania swojej firmy. Już ją kabaret trochę świerzbi...

Macie pięcioletnią córeczkę Anię. Czy ma już swój ulubiony skecz taty?
— Ona nie zna moich skeczy aż tak bardzo. Myślę, że dopiero zacznie się tym interesować. Gadałem do niej trochę Józkiem. Lubi proste, dynamiczne rzeczy. Takie kompletne wydurnianie się. W domu jestem jednak przede wszystkim tatą, a później kabareciarzem. Za jakiś czas pewnie wezmę ją na jakiś występ. Będzie miała nowe wrażenia.

A widziała już tatę na scenie?
— Tak, miała wtedy chyba ze trzy latka. Śpiewała ze mną na próbach w Mrągowie. Przygotowała się, ubrała specjalną sukienkę. Była dzielna, chociaż trzymała się blisko mnie. Śpiewaliśmy razem parodię piosenki Guns’n’Roses. To właśnie dzięki córce odkryłem też, dlaczego dzieci do trzech lat nie płacą biletów wstępu. Byliśmy kiedyś na pokazie delfinów, które różne salta robiły. Jak publiczność zaczęła klaskać, to moja Ania zamiast patrzeć na delfiny, zafascynowana patrzyła na publiczność...

Wspominałeś o kursach. Jaki chętnie byś ukończył?
— Pojechałbym na obóz treningowy kendo. To walka mieczem japońskim. Jest bezkontaktowa, są tylko układy. Od dziecka interesuję się Japonią. Zawsze fascynowały mnie postacie samurajów. To jedno z moich niezrealizowanych marzeń. Niestety, teraz nie wyrobię. Są cztery weekendy w miesiącu, z których tylko jeden mogę przeznaczyć na swoje prywatne sprawy. Jak zajmę drugi weekend, to nie zarobię na to wszystko, co mam w kredytach.

Jest aż tak źle?
— No nie, ale np. kupiłem samochód do jeżdżenia w trasy. Trzeba było wziąć kredyt. Chciałbym się kiedyś poczuć gwiazdą tak bogatą, żeby się przelewało. A ja bym tylko wybrzydzał, że nie takie dywaniki w aucie, albo że wycieraczki nie mają diod (śmiech). Gdybym był np. tak popularny w Stanach Zjednoczonych, to za same „Śpiworki” kupiłbym sobie kamienicę w Krakowie albo kawałek Rynku.

Wróćmy na chwilę do sportu. Uprawiałeś zapasy...
— Trenowałem w szkole średniej, w klubie Budowlani Koszalin. Jako 14-latek startowałem w kategorii młodzików. Bardzo lubiłem zapasy, bo są ogólnorozwojowe. Ciało fruwa, lata. Trzeba trenować siłę, rzeźbę, zwinność, rozciąganie. Bo jak przeciwnik złapie, to żaden mięsień nie może być zastany. Zawsze uwielbiałem poczucie posiadania wysportowanego ciała. Niestety, płynął czas, a ja zająłem się fikaniem na scenie.

A teraz uprawiasz jakiś sport?
— Lubię podziobać sobie w ping-ponga. Zresztą mój tata był niezłym zawodnikiem w tej dyscyplinie. Przywoził z zawodów budziki, czajniki; za komuny były takie śmiszne nagrody. Aktywność ruchowa to fajna rzecz. Jednak przy mojej pracy ciężko jest trenować systematycznie. Bruce Willis wozi na plan ciężarówę, w której ma siłownię. To chyba jedyne rozwiązanie. Niestety, nie zarabiam tyle, co Bruce Willis.

Grzegorz Halama urodził się w 1970 roku. Jest jednym z najpopularniejszych artystów kabaretowych. Związany z tzw. Zielonogórskim Zagłębiem Kabaretowym, stworzył wiele niezapomnianych kreacji kabaretowych, np. Śpiewającą Bakterię i Pana Józka. Jego parodia piosenek hip-hopowych „Ja wiedziałem, że tak będzie” utrzymywała się trzy tygodnie na pierwszym miejscu listy przebojów radiowej Trójki. Obecnie Halama występuje ze swoim kabaretem Grzegorz Halama Oklasky. Często występuje na Śląsku, szczególnie w Rybniku na Ryjku (Rybnicka Jesień Kabaretowa).

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo lubię G. Halamę. Wczoraj występował na Winobraniu, ale nie byłam, niestety :-( A w Zielonej Górze bywa od czasu do czasu. Stoimy kiedyś na dworcu PKP, patrzymy, a na ławeczce siedzi sobie samotnie...pan Józek bez kurczaków i się nam przygląda...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.