Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

43053 miejsce

Hałasoterapia z No Age i Die! Die! Die!

Podczas swojego pierwszego warszawskiego koncertu No Age wraz z Die! Die! Die! zaaplikowali w piątek w Powiększeniu kojącą wręcz dawkę hałasu.

 / Fot. N.SkoczylasWieczór dla muzyków zaczął się zapewne nerwowo - utknęli gdzieś w korku pod stolicą i długo nie mogli dotrzeć na miejsce. Zgodzili się jednak skrócić przygotowania do minimum (niestety warszawska cisza nocna utrudniłaby późniejsze koncertowanie) i w pół godziny po przewidzianym czasie Nowozelandczycy eksplodowali. Z magmy kłębiących się dźwięków wyłonił się kompozycyjny koktajl Mołotowa - ATTITUDE.

Kompletna anarchia na scenie, muzycy konwulsyjnie miotają się po scenie, Andrew bez przerwy / Fot. N.Skoczylas wyskakuje jeszcze cokolwiek skontrolować z brzmienia, a publiczność jeszcze drętwawa. Sytuacji pomogło znalezienie złotego środka między kompletnie pokręconymi, agresywnymi dwiema poprzednimi płytami i świeżym "Forms". Post-hardcorowo-punkowe, math-rockowo, shoegazowe kompromisy w postaci "Sidewalks Here We Come", "Disappear Here", "Howye" i "Wasted Lands" miały jeden wspólny mianownik na żywo - miażdżyły ilością decybeli i cholerną, niewiarygodną energią. Po półgodzinnym zaledwie występie, podczas którego Andrew i Lachlan grali i śpiewali z tłumem i w tłumie, szans na dogrywkę nie było przede wszystkim na ich kompletne zmęczenie. Fascynujący chaos.

 / Fot. N.SkoczylasA później na scenę weszli No Age i potraktowali nas swoją wizją hałasu, który po poprzednikach wydawał się nieco zbyt perfekcyjny i ujarzmiony. Rozpoczęli znakomitymi riffami i mieszanką hałasu z ich charakterystyczną elektroniką, odgrywaną przez nowego muzyka - w zastanawiającym czarnym prochowcu. Energia znacznie szybciej udzieliła się rozochoconej publice, która oddała się ekstatycznym tańcom w rytm dopracowanych dźwięków, robiącej niesamowite wrażenie perkusji i rozedrganych gitar w manierze My Bloody Valentine połączonych z ciepłym punkiem. Niemalże godzina muzycznej przyjemności. Zostaliśmy  / Fot. N.Skoczylaspodwójnie uleczeni hałasem i nawet uporczywe brzęczenie w uszach jeszcze następnego dnia było błogim wspomnieniem.

Polecam śledzenie zespołów zapraszanych do nas przez Front Row Heroes. Wyczucie chwili i
nos do brawurowych koncertów stały się na dobre ich znakiem rozpoznawczym. Niedługo kolejny dowód - koncert Handsome Furs w Krakowie i Warszawie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.