Facebook Google+ Twitter

Hamlet wdepnął w łajno! Recenzja spektaklu Teatru Rustaweli

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2012-02-20 14:21

Prof. Jan Kott napisał kiedyś, że Szekspir jest jak gąbka - wchłonie wszystko. W spektaklu gruzińskiego Teatru Rustaweli z Tbilisi aktor zebrał palcem "łajno" z podeszwy, powąchał i rzekł: "Coś śmierdzi w państwie duńskim..."

Zadrżałem, czy ten śmiały gest nie wyznaczy równie śmiałej perspektywy dla całego spektaklu i... stało się. Poklepywanie koleżanek po tyłku, "obłapywanki" w baletowych pozach ilustrujące zbliżenia erotyczne, ale i niemoc w tym względzie, całowanie trupiej czaszki w usta. Prowokacyjna dosłowność i trywialność teatralnego znaku. Cóż, każdy różnie kojarzy. Gruziński teatr rozpaczliwie nadrabia zaległości po obowiązkowym w ZSRR realizmie socjalistycznym. Tak, czy owak, przypomina to nasz studencki teatr z lat 60-tych. I jest to widzialny dowód, że tzw. nowoczesny teatr zajmuje się wyłącznie sobą. Nie obchodzi go ani autor, ani widz. Autora należy skomentować, widza zaś postawić w sytuacji gapia, który nie musi wiedzieć co to za "wypadek" i kto w nim został dramatycznie poszkodowany. Widz ma się dziwić i wierzyć, że artyści schodzą oto na samo intelektualne i artystyczne dno interpretacyjne. Stąd i dekompresja w percepcji. Być może entuzjaści takich "odkryć" na Szekspirze zagrożą mi dżihadem... Cóż, nie jestem strachliwy, a i kogo obchodzi, co ja myślę - choć piszę.

Nie chcąc jednakże być tak brutalnie jednostronnym, wyznaję, że w swoich wielu elementach gruzińska inscenizacja kojarzyła mi się z epickim teatrem Brechta; przy sporym nadużywaniu "efektu obcości". Aktorzy nie wcielali się w postaci, ale prezentowali je w demonstracyjny sposób, czerpiąc radośnie z groteski, burleski, a nawet z poczciwej farsy. Reżyser, Robert Sturua, okrzyknięty przez fanów za geniusza, pojął dosłownie szekspirowską tezę: "świat jest teatrem, aktorami ludzie..." i problem Hamleta w tej kanonadzie gierek i manier, min, pantomimicznych figur, zrytmizowanych pod akcenty muzyczne kroków i przytupywań, stop-klatek, nieprecyzyjnych spowolnień scenicznego ruchu, kapeluszy i płaszczy na modłę musicalową, przekombinowanych "wejść-wyjść"... - ten problem nie miał szans w tak wymyślonym przejawie nowoczesności.

Co do zaangażowanych w to aktorów, to aktor-Hamlet właściwie już na wstępie pokazał, że jest niezłym jajcarzem, co zupełnie "rozbroiło" napięcie związane z celowym udawaniem [gra] przez postać wariata w śmiertelnej rozgrywce z królem. Scenografka, Mirian Shevlidze, a to zafundowała mu trójkolorowy makijaż napalonego piłkarskiego kibica, a to znowu przebrała na podobieństwo gangstera w scenie z grabarzami. A już zaczęło mi na dobre dzwonić na alarm w lewym uchu, kiedy przyszło do kluczowego monologu: "Być albo nie być..." Okazało się, że wcale tu nie chodzi o jakiś tam durnowaty dramat egzystencjalny, ale że ten Hamlet nie nauczył się monologu.

Siedzący na kubełku aktor, co grał Aktora starał się suflować, a inni za parawanami z plexi też się denerwowali... W końcu Hamlet machnął na to wszystko ręką w przenośni i dosłownie. Natomiast król Klaudiusz [młodszy od Hamleta?] wcale tak nie palił się do rządów, ani też do tej Gertrudy, bo chociaż wiła się wokół niego jak wąż, to on właściwie nic. Bez chuci jakiś był i blady. Gertruda, widać sprowadzona awaryjnie z jakiejś operetki, raz przypominała famme fatale, a raz "wczesną Krafftówną". Miała dużo chuci, ale tak wystylizowanej, że kto by tam dał wiarę... Intrygant Poloniusz, jako Żyd w jarmułce, kuśtykał i był odpowiednio wścibski, ale kiedy w scenie na cmentarzu wylazł z grobu jako swój własny duch i zagarnął rolę Starego Grabarza, i to tak, że Hamlet i Horacy zupełnie go nie rozpoznali, szczęka mi opadła. Cały czas podtrzymywała mnie na duchu aktorka-Ofelia. Jakoś udało jej się omijać rafy reżyserskiej inwencji. Ale i tak musiała zmartwychwstać świeżo po własnym pogrzebie i jeszcze wrzucić do grobu ostatnią deskę, jaka została na scenie.

Mam świadomość, że znany reżyser specjalizuje się w przerabianiu tragedii Szekspira na coś weselszego. Przysięgam na Kubusia Puchatka, że przez cały czas spektaklu z kredytem zaufania napinałem do granic możliwości swój potencjał intelektualny i emocjonalną wrażliwość, żeby coś pozytywnego uszczknąć w końcu z tego teatralnego święta... Nie czuję się winny, bo i cała reszta na widowni pożegnała Gruzinów rzadziutkimi i kulturalnymi oklaskami [nikt nie wstał!] Obejrzałem dokładnie buty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.