Facebook Google+ Twitter

"Happy-go-lucky", czyli nadchodzi Poppy

Po wszystkich entuzjastycznych recenzjach w mediach spodziewałam się czegoś naprawdę niezwykłego i muszę przyznać, że się trochę zawiodłam. Może to i optymistyczne kino odpowiednie na taką pogodę, ale na pewno nie warte tylu plusów, ile dostało.

Plakat reklamowy filmu / Fot. Materiały dystrybutoraPoppy (Sally Hawkins) ma 30 lat i pracuje jako nauczycielka w przedszkolu. Mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką i specjalnie nie cierpi z powodu bycia singielką. Jako niepoprawna optymistka traktuje problemy, które napotyka w życiu, z poczuciem humoru. Nawet wtedy, gdy ktoś kradnie jej rower, zauważa z rozczuleniem, że nie zdążyła się z nim pożegnać. Wydaje się, że dzięki pozytywnemu podejściu do życia jest odporna na wszystko. Na próbę wystawią ją lekcje jazdy z wiecznie poirytowanym instruktorem Scottem (Eddie Mersan).

Pozornie wydaje się, że każdy z nas chciałby podchodzić do życia z równym poczuciem humoru jak Poppy, jednak gdzieś kończą się granice żartów, a zaczyna poważne życie. Odniosłam wrażenie, że bohaterka filmu Mike'a Leigh dawno tę granicę przekroczyła. Sally Hawkins chyba zbytnio wczuła się w rolę „wiecznego dziecka” i irytowała każdą kolejną eksplozją śmiechu. W roli jej całkowitego przeciwieństwa – poirytowanego pesymisty idealnie odnalazł się Eddie Mersan. Może brzmi to zaskakująco, ale postać psychotycznego instruktora jazdy wydała mi się bardziej wiarygodna niż szalonej optymistki.

Poppy nie powinna być szczęśliwa, daleko jej do wizerunku kobiety sukcesu. Nie pracuje w pożądanym zawodzie, nie zarabia kokosów, co gorsza nie ma męża ani nawet mieszkania na kredyt. Jednak bohaterka akceptuje to, co daje jej los. Osiąga szczęście poprzez akceptację panującego stanu rzeczy. Jej stoickiego spokoju nie jest w stanie zburzyć ani zagubiony we własnym świecie bezdomny ani sfrustrowany instruktor. Poppy wystarczają proste przyjemności: popływanie łódką po jeziorze czy wypad z przyjaciółkami do klubu. Nie oczekuje wiele, więc nie czuje się rozczarowana. Jednak czy to nie pójście na łatwiznę?

Mike Leigh w tej słodko-gorzkiej komedii zmienia ton. Odrzuca dążenie do zmiany rzeczywistości, tak obecne w postaciach bohaterów ze swoich poprzednich filmów. Pokazuje kobietę cieszącą się życiem pomimo przeciwności losu. Za oręż służy jej pogoda ducha, zaś fakt pogodzenia się ze światem nie ma nic wspólnego z rezygnacją. „Happy-go-lucky” napawa optymizmem, ale po drodze gubi realizm.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 08.12.2008 19:53

Lucyna, wydaje mi się, że niniejszy esej mogłaś napisać sprawniej. Stać Cię na teksty pisane poziom lepiej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak, Enraha rządzi... :D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.