Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4334 miejsce

"Hardkor Disko" Krzysztofa Skoniecznego - seks Marksa z Freudem

Film genialny w swojej prostocie. Jest tu i seks, i przemoc, i dialektyczny przekaz, a najciekawszą relacją seksualną jest relacja Marksa z Feudem.

 / Fot. gutekfilmGeniusz często przejawia się w prostocie. „Hardkor disko” Krzysztofa Skoniecznego jest filmem bardzo prostym w sferze fabularnej (działa według zasad kina zemsty, są nawet elementy… slashera) – dzięki czemu udaje się bardzo silnie wybrzmieć jego jakże konkretnej treści.

Najmocniejsze, filmy ostatnich lat, mające spełnione ambicje symboliczne, również nie gardziły sensacyjnymi akcentami. U Smarzowskiego jest zawsze krytyka polskich patologii w wymiarze społecznym, ale pojawia się też przed-Chandlerowskie narzędzie zbrodni zwane siekierą. W „Psach” opowiedziano w rekordowo krótki sposób geopolityczną historię PRL-u (w kilkusekundowej aluzji do czerwonych, czarnych, burdelu i cyrku z pieskami biegającymi dookoła areny), ale wyłupywano też oczy. Wreszcie w „Długu” oddano niuanse transformacji i opowiedziano o beneficjentach i ofiarach raczkującego kapitalizmu, ale para osób pozbawiona też została głów. Tak się też składa – na przykład w rewelacyjnych reportażach społecznych redaktor Gietki z „Polityki” – że jej najsilniej brzmiące teksty to tak naprawdę reportaże sądowo-kryminalne.

„Hardkor disco” to kolejny film o walce klas i podziale potransformacyjnej Polski na tę zadowoloną i tę wzgardzoną. Odwołuje się do tego już sam jego tytuł: hardkor nie może być disco, kto minimalnie zna oba te gatunki muzyczne (a nie ma nikogo, kto zna się na nich gorzej niż ja, więc jeżeli nawet ignorant jak ja to wie, to znaczy, że tak jest) lub ten, kto się w nich dobrze orientuje, ten wie, że miedzy nimi trwa nieustanna walka. To walka lekkości, przyzwolenia na odpuszczenie i przyjemniejszą formę korzystania z życia – z ciężkością, z groźnym w pozach buntem, werbalną agresją, ostrym przekazem.
Debiut Skoniecznego – odwołuje się nie tylko do tej subkulturowej walki. To także, poniekąd, alegoria marksistowskiej walki klas i takowej dialektyki. Wykluczonym jest tu bardzo biedny chłopak znikąd, z jakiejś zapomnianej krainy, w której jedyną oznaką cywilizacji są poprzewracane dinozaury, chłopak, który przyjeżdża do bardzo wielkiego miasta, pod bardzo konkretny adres, pod bardzo bogaty dom, z bardzo silnym zamiarem morderstwa. Gdy zamiast gospodarzy spotyka młodą dziewczynę, ich córkę – odkłada swój plan.

Chwilowo. Chłopak tropi dziewczynę jak wilk, który odgania od swojej ofiary innych drapieżców. Podąża za nią, a w końcu ją swoim nieokrzesanym stylem bycia i tajemniczością uwodzi. Dzięki temu lądują u niej, czyli we wskazanym, bardzo bogatym domu. Przyszły morderca jest w wieku córki rodziny gospodarzy, mógłby być jej bratem. Powiedzieć, że z nią śpi, byłoby semantycznym nadużyciem – ich agresywny stosunek seksualny nie ma nic wspólnego z burżuazyjnym meblem zwanym łóżkiem, podobnie termin „kochanie się” niezbyt trafnie oddaje istotę wskazanego aktu.

Czemu ów morderca chce zabić? Tutaj dla mnie sprawa jest oczywista jak jedno, wypowiedziane mniej więcej w czterdziestej minucie zdanie, które buduje film. Teraz albo zdradzę to zdanie i napiszę dokładnie to, co mam do powiedzenia na temat filmu, albo napiszę popłuczyny intelektualne, które będą rozpaczliwą próbą nie-zdradzenia czyli nie napiszę nic.
Jako że piszę dalej, pewnie już się nie zastanawiacie nad tym, czy morderca zabije, czy nie, ale nad tym, czy ja o tym napiszę, czy nie. Odpowiem wam w ten sposób – jeśli chcecie sobie popsuć przyjemność pierwszego oglądania filmu, skończcie lekturę na końcu tego zdania – „Hardkor…” to film mocny, przejmujący, jakkolwiek zrealizowany specyficzną, metodą – odnosi się wrażenie, że treść jest bardzo oszczędna, a forma artystyczna i niedopasowana, ale… jest na odwrót.

Teraz piszę do pozostałych, odważnych. Chłopak, jedno po drugim, zabija rodziców dziewczyny, a właściwie swoich własnych rodziców – a i owszem. Tak, chłopak jest ich synem, co oznacza, że gdy wcześniej spał z ich córką, to spał z własną siostrą. Specjalnie się tym nie przejmuje. Jest wykluczony, rodzice go nawet nie poznali, co oznacza, że musieli go porzucić, jak Lajos i Jokasta. Nasz Edyp mówi to raz, tuż przed zabiciem ojca – a robi to w wyjątkowo perfidny sposób – wyjeżdżając z nim za miasto (jak Edyp - Lajosa) pod byle jakim pretekstem, w dodatku wieziony przez niego jego samochodem. Zanim ojca zabije, powie mu: „potem zabiję matkę”.

Zabija więc też matkę, a i owszem, mało tego, matka, jego niezdefiniowane względem niej zamiary odbiera jako czynione honory. Reżyser oszczędza nam widoku kolejnej zbrodni w wyjątkowo sprytnie zmontowanej scenie - gdy ma dojść do kulminacji, nie wiemy – czy dojdzie do kolejnego kazirodczego seksu, czy do mordu. Skonieczny stosuje tu zabieg bezpośrednio zaczerpnięty z braci Coenów i „To nie jest kraj dla starych ludzi”– dylemat pod tytułem zabił, czy nie zabił rozwiązany jest w identyczny sposób - poprzez zastosowanie czegoś, co nazwę roboczo elipsą. Nie widzimy samego aktu, ale widzimy w kolejnej scenie jego skutek – w obu porównywalnych filmach ten sam – mianowicie samotnego już bohatera stojącego obok samochodu ofiary, gdzieś dalej, na stacji benzynowej, w dodatku z bezpośrednim dowodem zbrodni.

A czemu synowie tak zabijają swoje matki? – Pytał Adaś Miauczyński w „Dniu świra” – może dlatego, żeby one nie zabiły ich – odpowiedział sam sobie. Mord na rodzicu to temat niebanalny, poważny – i takiej wymaga analizy. Teraz sami rozumiecie, czemu nie mogłem poprzestać na recenzji bez spojlerów. Poza tematem kazirodztwa film niesie bowiem ze sobą temat odpowiedzialności za los własny i cudzy. W „Hardkorze…” najciekawszą relacją seksualną jest więc relacja Marksa z Feudem.

Widzowie mogą naturalnie zrozumieć film po swojemu – np. odwrotnie niż ja – że chłopak nie był żadnym synem, tylko przypadkowym ubogim, albo diabeł wie kim; że mówiąc swojej ofierze „zabiję matkę”, miał na myśli – zabiję matkę... twojej córki – ale to bez sensu. Prawda jest okrutna, a nieuznanie jej jest ucieczką przed okrucieństwem naszej rzeczywistości – może przed tym, że taki wykluczony morderca przyjdzie kiedyś do naszych podłączonych do internetu, nie tak znowu biednych polskich domów. Planowana, bezwzględna, czysto osobista i wcale nie szlachetna zemsta jest osobista, ale jak to w literaturze polskiej - tak i tu - mało który rewolucjonista i patriota działa z pobudek czysto społecznych, zawsze prywata go ku zaangażowaniu się skłaniała. Teoretyczne rozwiązanie konfliktu jest jednak niewiele mniej okrutne – wszak nie żyjemy w czasach Jokasty – w lewicowo-liberalnych relacjach niechciane ciąże bywa, że się usuwa, stąd klasowo wyedukowani wykluczeni po prostu się nie urodzą. Dość oczywistym problemem polskiej dialektyki jest to, że nowi wykluczeni, prekariusze – wciąż nie są otoczeni parasolem ochronnym przez postulaty lewicy. Lewica związkowa odnosi się do ludzi pracy, czyli przeważnie do samej siebie, do odchodzącej starej pracowniczej gwardii administracji publicznej, młodzi z wielkich miast kupowani są hasłami liberalnymi, a o bezrobotnych i ludziach odrzuconych przez nowy system na lewo od centrum nie wspominają. Po tych odrzuconych coraz częściej wyciągają więc ręce prawicowe stronnictwa, co znaczy, że prawdziwa rewolucja może mieć wcale nie lewicowy, ale prawicowy właśnie, groźniejszy niż byśmy chcieli charakter, skądinąd jednak, po staremu – cały czas klasowy. Z tym, że stłumioną klasą mogą tu być nie "oni", ale "my".

Alegoria jest także tutaj czytelna – jedno dziecko, to starsze – agresywne, nieprzystosowane, uprzedzone - jest odrzucone, drugie, młodsze, już chciane – rozpieszczane. Jeżeli będą chciały przeżyć razem – będą musiały odrzucić ideały rodziców i ich konteksty i narzucać sobie własne.

Czy się zgadzamy na taką przyszłość, to inna sprawa. „Hardkor disko” doceniam za postawienie takiego zagadnienia jako jedynego naprawdę ważnego. To obraz wyważony między formą a treścią, wydestylowany w 100%, jak metaamfetamina Walta White’a, precyzyjny jak grana tu Haendlowa Sarabanda znana z filmu Kubricka. „Hardkor Disco” to po prostu dobry, mocny film, zostawia sporo do myślenia, a debiutantowi pozostaje życzyć powodzenia.

"Hardkor disko" Reżyseria: Krzysztof Skonieczny; Występują: Marcin Kowalczyk, Jaśmina Polak, Janusz Chabior, Agnieszka Wosińska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Dziękuję, w takim razie, Panie Krzysztofie, ciekaw będę Pana opinii po filmie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Super recenzja.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Julianie, gratuluję kolejnej ciekawej recenzji. Dzięki niej wybiorę się na ten film, gdy tylko trafi do "mojego" kina.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.