Facebook Google+ Twitter

Harendra Singh. Jak nie zostałem dyplomowanym księgowym…

Harendra Singh, twórca wielu filmów krótkometrażowych, operator przy wielkich produkcjach bollywoodzkich (np. „Aaja Nachle”), który zrobił furorę też w Polsce, mówi o spełnieniu swoich marzeń, o miłości do filmu i Indii.

Harendra przy pracy nad "Lal Juto" / Fot. Shweta SinghHarendra Singh jest współtwórcą m.in. filmu krótkometrażowego „Lal Juto” (Czerwone buty), który zdobywał nagrody na międzynarodowych festiwalach (w Szanghaju, w Monachium i w Indiach), a także zdobywcą wielu nagród i nominacji za zdjęcia do filmów pełnometrażowych i reklamowych. Jego życie mogłoby stanowić materiał na scenariusz niejednego filmu oscarowego. Byłoby w nim to, za co kochamy kino: wytrwałe dążenie do realizacji celu, przeszkody, determinacja, miłość, walka i zwycięstwo.

Cinematographer. To mocne słowo. Hindusi, mówiąc w hindi, bardzo często używają angielskich wyrazów.
- W hindi tak mówimy, a raczej w naszym pięknym języku hinglish - śmieje się Harendra. A jak to będzie po polsku?

Operator obrazu, autor zdjęć filmu, reżyser obrazu, operator filmowy, operator kamery, albo może… szef pionu operatorskiego w ekipie filmowej. Do wyboru, do koloru.
- To ostatnie musisz mi napisać na kartce. Będę trzymał pod poduszką, nauczę się i wnukom będę się chwalił. Brzmi dumnie.

Do rzeczy. Herendra, Szef Pionu, nie zawsze był Szefem Pionu. Urodził się w małej wiosce w Bengalu Zachodnim w Indiach, gdzie jego dziadek pracował w kopalni węgla.

- To było około 1980 roku. Miałem kilka lat. Ty oglądałaś sobie co niedziela w telewizji ten poranny program dla dzieci, o którym mówiłaś, co to było? Tele-cośtam… Oglądałaś sobie Tele-cośtam, a u nas nie było telewizorów. Niedaleko kopalni, w której pracował dziadek, co dwa tygodnie rozpościerano ogromny, biały, prowizoryczny ekran. Ludzie z okolicznych wiosek zbierali się, siadali sobie na ziemi i oglądali wyświetlane filmy. To było jak rytuał… Magia… Dzieci, rodzice, babcie i dziadkowie - wszyscy raz na dwa tygodnie pojawiali się w naszym kopalnianym kinie. Cóż mieli robić? Praca ciężka, bez wytchnienia, wycieczki do miasta raczej odpadały, więc seans, odbywający się co czternaście dni, był dla nas jedyną dostępną rozrywką i, co nie bez znaczenia, rozrywką dostępną za darmo.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

A ja w 1980 roku w Domu Zwiazków Zawodowych w Hamburgu przed wielkim płótnem na ścianie, wraz z innymi medytatorami - wszyscy ubrani na czerwono-oranżowo w wielkiej grupie oglądaliśmy film o BHAGWANIE z Indii;))) i tak kółko się zamyka;))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.