Zaloguj

Zarejestruj się

Zaloguj przez Facebook

Wiadomości24 > Kultura > Kino i TV > Harendra Singh. Jak nie zostałem dyplomowanym księgowym…

Pozycja materiału w rankingach:

53797 miejsce

Dział: Kino i TV

Ocena: 15pkt

Oceń:

Harendra Singh. Jak nie zostałem dyplomowanym księgowym…


Harendra Singh, twórca wielu filmów krótkometrażowych, operator przy wielkich produkcjach bollywoodzkich (np. „Aaja Nachle”), który zrobił furorę też w Polsce, mówi o spełnieniu swoich marzeń, o miłości do filmu i Indii.

Harendra przy pracy nad "Lal Juto" / Fot. Shweta SinghHarendra Singh jest współtwórcą m.in. filmu krótkometrażowego „Lal Juto” (Czerwone buty), który zdobywał nagrody na międzynarodowych festiwalach (w Szanghaju, w Monachium i w Indiach), a także zdobywcą wielu nagród i nominacji za zdjęcia do filmów pełnometrażowych i reklamowych. Jego życie mogłoby stanowić materiał na scenariusz niejednego filmu oscarowego. Byłoby w nim to, za co kochamy kino: wytrwałe dążenie do realizacji celu, przeszkody, determinacja, miłość, walka i zwycięstwo.

Cinematographer. To mocne słowo. Hindusi, mówiąc w hindi, bardzo często używają angielskich wyrazów.
- W hindi tak mówimy, a raczej w naszym pięknym języku hinglish - śmieje się Harendra. A jak to będzie po polsku?

Operator obrazu, autor zdjęć filmu, reżyser obrazu, operator filmowy, operator kamery, albo może… szef pionu operatorskiego w ekipie filmowej. Do wyboru, do koloru.
- To ostatnie musisz mi napisać na kartce. Będę trzymał pod poduszką, nauczę się i wnukom będę się chwalił. Brzmi dumnie.

Do rzeczy. Herendra, Szef Pionu, nie zawsze był Szefem Pionu. Urodził się w małej wiosce w Bengalu Zachodnim w Indiach, gdzie jego dziadek pracował w kopalni węgla.

- To było około 1980 roku. Miałem kilka lat. Ty oglądałaś sobie co niedziela w telewizji ten poranny program dla dzieci, o którym mówiłaś, co to było? Tele-cośtam… Oglądałaś sobie Tele-cośtam, a u nas nie było telewizorów. Niedaleko kopalni, w której pracował dziadek, co dwa tygodnie rozpościerano ogromny, biały, prowizoryczny ekran. Ludzie z okolicznych wiosek zbierali się, siadali sobie na ziemi i oglądali wyświetlane filmy. To było jak rytuał… Magia… Dzieci, rodzice, babcie i dziadkowie - wszyscy raz na dwa tygodnie pojawiali się w naszym kopalnianym kinie. Cóż mieli robić? Praca ciężka, bez wytchnienia, wycieczki do miasta raczej odpadały, więc seans, odbywający się co czternaście dni, był dla nas jedyną dostępną rozrywką i, co nie bez znaczenia, rozrywką dostępną za darmo.

Zobacz także:

Aleksandra Michalska-Singh OFFline profil autora

Autor: Aleksandra Michalska-Singh

Napisz do autora

Artykuły (2) Galerie (0) Średnia ocen (5.00)

Wiek: 30 | Miejscowość: Warszawa/New Delhi | Kraj: Polska/Indie

Ostatnie artykuły autora:

Pozycja autora w rankingach:

Komentarze: 1

Sortuj komentarze:

Andrzej Szelbracikowski 09.10.2010 21:26

Ocena: Ocena pozytywna 75 Ocena negatywna 94

A ja w 1980 roku w Domu Zwiazków Zawodowych w Hamburgu przed wielkim płótnem na ścianie, wraz z innymi medytatorami - wszyscy ubrani na czerwono-oranżowo w wielkiej grupie oglądaliśmy film o BHAGWANIE z Indii;))) i tak kółko się zamyka;))

Komentarz został ukrytyrozwiń

odśwież

Maksymalnie 4000 znaków. (możesz jeszcze wpisać: 4000)

Reklama

Najpopularniejsze

Reklama
Copyright 2012 Wiadomosci24.pl
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.