Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

166569 miejsce

Heineken Open'er Festival 2008 - dzień drugi

Jeden z najważniejszych muzycznych festiwali w Polsce już za nami. A oto subiektywne impresje na temat kolejnej edycji. Relacja z dnia drugiego.

Na tym etapie festiwalu zmęczenie miesza się z satysfakcją - bliskość półmetka wydaje się być dobrą wiadomością, wciąż jednak jesteśmy spragnieni wrażeń, a rychły koniec (czas w takie dni płynie przynajmniej trzykrotnie szybciej niż zwykle) muzycznego święta wręcz martwi. Póki co jednak można rzucić się beztrosko w wir wydarzeń i napawać fantastyczną atmosferą Babich Dołów.

Open'er Festival - dzień drugi


Drugiego dnia doszło do małych perturbacji na scenach, do ostatniej chwili nie wiadomo było, kto otworzy dużą scenę - Erykah Badu czy może Cool Kids Of Death. Z niewyjaśnionych przyczyn, Sekend Hend zamienił się miejscami z Radio Bagdad, a Muzykoterapia odwołała swój koncert. Nie ma jednak tego złego - dzięki zmianom zdążyłam na Radio Bagdad, na którego występie mi zależało. Nie usłyszałam co prawda "Londyn dzwoni", pozostałe kompozycje zrekompensowały mi jednak ten brak. "Słodkie koktajle mołotowa" to płyta o ciekawych tekstach w niezłej oprawie muzycznej. I taki właśnie był ten koncert - koncert energetyczny, z dance-punkowym pazurem, do którego świetnie pasował lekko fałszujący wokal Sielaka. Momenty? "Wszystko", przypominające mi "Pięć po wpół" Much oraz rockowe "Explosion" pewnego polskiego duetu, którego nazwy nie pomnę - dziwaczny pomysł, który rozbawił zebraną publiczność. Bardzo pozytywny występ na dobry początek dnia.

New York Crasnals, California Stories Uncovered


Nie był to zresztą koniec świetnej passy na Scenie Młodych Talentów, która uraczyła nas tego dnia jeszcze dwoma fenomenalnymi debiutantami: New York Crasnals i California Stories Uncovered. Pierwszy z nich to świeży, krakowski zespół z niemałymi już sukcesami (chociażby obecność na płycie "Tribute to Joy Division"), który dał bardzo klimatyczny występ. Słychać było ich inspiracje Joy Division i sympatię do noise - mieszanka zimnych, post-rockowych, nowofalowych brzmień, dobry wokal i niezłe teksty - nie był to koncert łatwy w odbiorze, bo muzyka Crasnalsów jest mroczna i ambitna, ale poprzeczka artystyczna powędrowała naprawdę wysoko. Tak było już do samego końca - zwieńczeniem udanych występów był koncert California Stories Uncovered. Nie byłam na całości, czego szalenie żałuję, okazało się bowiem, że młodzi muzycy są mistrzami nastroju. Grali długie, nasycone pięknymi dźwiękami kompozycje, których precyzję i magię publiczność po prostu chłonęła. Zespół jest na światowym poziomie, ma fantastyczne wyczucie i umiejętności, a w dodatku brzmi jak polski God is an Astronaut - dla miłośników trudnej, post-rockowej muzyki był to nie lada rarytas.

Rotofobia


Podobny klimat panował podczas pierwszego koncertu na Scenie Namiotowej. Otworzyła ją Rotofobia: nie po raz pierwszy na Open'erze, jednak w nowym składzie i z nowym materiałem. Charyzmatyczny wokalista wraz z dwójką kolegów z zespołu dali dobry koncert: od razu słychać interpolowe i joy-divisionowe zainteresowania (jeden ze starszych utworów brzmiał złudnie podobnie do "Transmission"), co w połączeniu z syntezatorem daje dobre efekty: jest tanecznie, bywa ponuro i klaustrofobiczne, szczególnie podczas refrenów składających się z jednej, wciąż powtarzanej frazy. Sebastian zahipnotyzował sobą publiczność, a mi szczególnie przypadł do gustu utwór ze zniekształconym wokalem.Wygląda na to, że mamy kolejny talent wysokiej klasy w Polsce, i obok zarzutów o pewną muzyczną wtórność należy dodać, że ciekawe pomysły i urozmaicenia wyróżniają ich z całego tłumu zespołów alternatywnych.

Loco Star


Zupełnie inny klimat panował podczas występu grupy Loco Star. Marsija ubrana jak wróżka pokazała fantastyczne możliwości wokalne, które w zestawieniu z muzyką dawały zupełnie nową wizję muzyki z pogranicza popu, alternatywy i elektroniki. Jak dla mnie brzmią lepiej od nudzącego Smolika - ciężki, pulsujący bas i inne syntetyczne dźwięki cudownie komponowały się z perkusją, gitarą i zawodzącą trąbką Tomasza Ziętka. Były kompozycje starsze, pojawiły się także utwory z najnowszej płyty "Herbs" - wszystkie dopracowane w każdym szczególe i szalenie efektowne. Piękny piękny koncert.

Cocorosie


Prawdziwe muzyczne święto odbywało się w namiocie po godzinie 22. Przybiegłam na te nieco ponad pół godziny prosto spod głównej sceny, by zobaczyć kobiety tworzące najdziwniejszą i najpiękniejszą zarazem muzykę, jaką słyszałam ostatnimi czasy. Nie zawiodłam się. Cocorosie to mistrzynie: mają nieprawdopodobne zdolności wokalne, przechodzą od wzniosłych momentów rodem z arii do dziecięcego, słodkiego wokalu, a to wszystko w dziwacznie pięknej oprawie muzycznej: pojawiały się ich ulubione zabawki, wystąpił gościnnie bitboxer - właściwie dał on nawet prawdziwe bitboxowe solo, na telebimach pojawiały się abstrakcyjne wizualizacje. A Sierra i Bianca wyglądały hipnotyzująco w artystycznych fryzurach i makijażach. Czysta magia.

Sex Pistols


Johnny Rotten / Fot. PAP JACEK TURCZYKOstatni raz zawitałam do namiotu tuż po północy, dosłownie chwilę spóźniając się na wejście muzyków na scenę. Traktowałam ten koncert od początku jak ciekawostkę, jakiś zabawny przebłysk zarówno zespołu, jak i organizatorów festiwalu. Zaproszenie Sex Pistols po trzydziestu latach od nagrania ich jedynej płyty i po wielu latach milczenia dla wielu osób wyglądało dziwacznie, jeśli nie podejrzanie. Na ten jeden dzień przyjechała do Gdyni spora liczba fanów punka, którzy wyraźnie odcinali się od reszty alternatywnej młodzieży. Opinie po koncercie były mieszane, niektórzy zapewne życzyliby sobie zobaczyć ten występ na stadionie i w mniej komercyjnych okolicznościach. Jak dla mnie - było warto.

Zagrali długo, dwukrotnie bisowali, od początku Rotten zabawiał nas zaczepnymi, buntowniczymi tekstami i można było odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie. Tym łatwiej, że muzycznie i wokalnie dali sobie radę naprawdę świetnie: te proste, energetyczne riffy, fantastyczna rytmika, żywiołowość i niszcząca siła punka w zestawieniu z brudnym i silnym wokalem Rottena sprawowały się znakomicie. Zestaw utworów wyśniony, ale w końcu nie mają ich znowu tak wiele: było "God Save the queen", było "Anarchy in the UK" na bis, a wszystko zaczęło się od "Pretty Vacant".

Mocny koncert, pewnie nie jednej osobie zakręciła się łezka w oku. Mam pewne zastrzeżenia: zbędne były teksty Rottena dotyczące wytwórni płytowych przy "EMI" i te, że każdy polityk to nasz wróg - legenda Sex Pistols w ciągu tych trzydziestu lat przeszła z ideologicznego, anarchistycznego, buntowniczego znaczenia do dość ambiwalentnego, dwuznacznego postrzegania - ma ona teraz sens przede wszystkim artystyczny. Młodzi twórcy nie nawiązują do anarchistycznych ciągot Rottena i spółki, ale z fantastycznej prostoty i rytmiki, z ponadczasowych riffów, którymi wypełnili zarówno swój koncert, jak i płytę. I na tym absolutnie można było poprzestać. Ale brawa i wielkie podziękowania dla nich.

CKOD


Duża Scena szykowała od początku niespodzianki. Godzinami występów zamienili się CKOD i Erykah Badu, która na przewidzianą godzinę nie dotarła. Implikacje tej zmiany były takie, że CKOD zabrakło wizualizacji, które o pierwszej w nocy mieli ponoć mieć. Cóż z tego? Mój piąty koncert tej grupy wspominam znakomicie. Jeszcze przed wydaniem "Afterparty" pomyślałabym, że miejsce zbyt wielkie, że to grupa bardziej garażowa, wypadająca najlepiej w mniejszych przestrzeniach, zmieniłam jednak zdanie: grają bardziej przebojowo, są bezkompromisowi i wściekli jak zawsze, osiągają coraz wyższy poziom. I chociaż fanką nowej płyty stanowczo nie jestem, zabrzmiała jak dla mnie świetnie: brudne, rockandrollowe granie, świetne efekty elektroniczne i te mocne, nie dające spokoju riffy to wymarzony sposób na rozgrzanie publiczności do czerwoności. I co, że jasno, i godzina młoda, i wizualizacji brak? Mamy Krzyśka i spółkę na żywo, znamy wszystkie teksty na pamięć i równie wściekle jak on wykrzykujemy je w tłumie. Małe zastrzeżenia do nagłośnienia i szwankującego mikrofonu Kuby, nieistotne to jednak niedoskonałości. Zagrali klasyki - "Hej chłopcze" potężnie zabrzmiało na koniec, i "Armię Zbawienia", zagrali po raz pierwszy na żywo "Joy" i "Ruin gruz" (szczególnie dobrze wypadł ten drugi), a tłum szalał z radości. Świetny początek.

Interpol


O godzinie 21, jeszcze za dnia, rozpoczął się występ Interpolu. Czekałam na ten moment od 2002 roku, od Interpol / Fot. PAP JACEK TURCZYKukazania się płyty debiutanckiej "Turn on the bright lights". Spodziewałam się wielkomiejskiego chłodu, tak charakterystycznego dla wszystkich albumów, nieco depresyjnego nastroju i pięknej gry. I tak właśnie było. Muzycy ubrali się tradycyjnie już w eleganckie, ciemne koszule, Banks założył klasyczny kapelusz, i zagrali świetnie. Ku mojej uciesze niewiele było utworów z najnowszej, słabej płyty - oprócz "Heinricha Maneuvera", który zabrzmiał bardzo równo, i słabego "No I in Threesome". Pojawiły się za to i "NYC/Untitled", i "Pioneer" na wejście, i "Slow Hands", i "Roland" z polskim akcentem, i "Evil", o którym marzyłam. Setlista nie pozostawiała wiele do życzenia, nastrój został zbudowany mistrzowsko, wokalista zaśpiewał pięknie jak na płytach i nawet problemy z gitarami nie zakłóciły przebiegu koncertu (dłuższą awarię Kesslera Paul z wdziękiem zagadał, wyrażając swą radość z występu w Polsce, na który podobno czekali nie mniej niż my). Jeszcze jednym plusem było szybkie wyjście na bisy - bez gwiazdorstwa, zbędnego przedłużania. Nowojorczycy w znakomitej formie.

Jay-Z


Zupełnie inna bajką był występ Jay-Z. Kręciliśmy nosem trochę, ja poszłam nań nie do końca chętnie, mimo że tradycją stały się megaefektowne występy gwiazd hip-hopowych na Openerze. Organizatorzy bez kompleksów (jak w przypadku Glastonbury, gdzie unikano hip hopu do tego roku) zapraszają artystów z najwyższej półki świetnie pokazując, że hip hop to nie pozbawiona polotu muzyka rodem ze slamsów, ale ważny i szalenie interesujący nurt. Jay-Z znakomicie to potwierdził: jego koncert był fuzją stylów, od gitarowego, agresywnego grania, aż po czysty rap. Dodał świetne wizualizacje: obrazki z teledysków, wizje luksusowego życia, kolorowe montaże i tańczące, roznegliżowane kobiety, co uzupełnione o pełną gamę świateł dało cudowny efekt. Razem z zespołem na żywo i samplerami postarali się o to, by show nie nudził ani przez minutę. Pojawiły się gigantyczne hity pokroju "99 problems" i "Girls", komercyjne kolaboracje w postaci "Encore", "Crazy" i "Umbrella", sample z "Smack my bitch up" przechodzące w autorskie wykonanie "Rehab" Amy Winehouse i jeszcze kilka innych smaczków, które rozwiały wszelkie wątpliwości wśród publiki. Jay zarzeka się od kilku lat, że kończy, ale dobrze, że wciąż skończyć nie może. Charyzma, świetny głos, znakomity rap i poczucie humoru sprawiły, że nawet zagorzali fani rocka musieli się przełamać.

Erykah Badu


Erykah Badu / Fot. PAP JACEK TURCZYKNa Erykę Badu czekaliśmy chwilę, jak przystało na prawdziwą divę. Wyszła w pięknym kapeluszu, trochę oficerskim, trochę afrykańskim, w płaszczu, który w zmieniającym się oświetleniu wydawał się momentami niebieski, momentami zielony, i w długim warkoczu. Później, gdy koncert nabrał tempa, zdjęła płaszcz i została w sportowym ubraniu. Na zakończenie dnia, zmęczeni świetnymi koncertami i miszmaszem stylów, mogliśmy posłuchać przepięknego, fenomenalnie jak na festiwal długiego, bo dwugodzinnego, występu. Zestaw utworów ze wszystkich czterech płyt był świetnie dobrany - utwory łączyły się w całości tak, jak występowały na płycie, często w dziwnych wersjach - na przykład przyspieszone "Appletree", które magicznie wyłoniło się z "On&On". Erykah zahipnotyzowała tłum cudownym śpiewem - jej możliwości są imponujące, a czar, jaki roztacza wokół siebie, jedyny w swoim rodzaju. Przygrywała na grzechotkach, zaczarowała długą grą na bębnie, zadbała o efekty elektroniczne z ustawionej na środku sceny konsoli, a do tego cudownie tańczyła. Fascynująca jest jej otwartość na style: przerywnikami między utworami była wyjąca syrena i hiphopowe sample, hiphopowym akcentem zamknęła, zresztą, cały koncert, nie brakło afrykańskich instrumentów, elektroniki i leniwego soulu. Wygłosiła także długą, polityczną przemowę o działaniach mocarstw, które zainspirowały ją do nagrania nowej płyty i nazwania jej "4th World War". Koncert niebywale efektowny, a przecież pozbawiony efektów specjalnych, długi i trwający do rana - nie pozwolił nam zmrużyć oka do trzeciej rano.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

+ za uporządkowanie i jasność tekstu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

tego Jaya-Z to bym pooglądała i posłuchała;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.