Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

166936 miejsce

Heineken Open'er Festival 2008 - dzień trzeci

Jeden z najważniejszych muzycznych festiwali w Polsce już za nami. A oto subiektywne impresje na temat kolejnej edycji. Relacja z dnia ostatniego.

Trzeciego dnia festiwalowe pole namiotowe żegna się z mieszanką nostalgii i satysfakcji. Zauważyłam, że im wyższy poziom artystyczny Open'era, tym łatwiej opuścić Babie Doły. Trzy dni wypełnione wrażeniami to wystarczająco długo, by nacieszyć się atmosferą i koncertami. Te kilka dni to za mało aby człowiek zaczął denerwować się z powodu niedociągnięć organizacyjnych. By wyjść z lotniska nie czując niedosytu i jeszcze na jego terenie zacząć głośno rozprawiać o tym, kto za rok i że tak długo znowu każą nam czekać.

Scena Młodych Talentów - ilość obejrzanych koncertów świadczy o tym, że ostatniego dnia pozostaje już tylko jakość i wyjątkowo celebruje się oglądane koncerty. Odpuściłam sobie większość występów na rzecz spacerów po miasteczku festiwalowym. Odwiedziłam miejsca, które od początku obiecywałam sobie zobaczyć.

Setting the woods on fire


Setting the woods on fire - to jedna z grup, które miałam ogromną ochotę usłyszeć. Zapowiadani jako mieszanka indie i starego, dobrego emo rodem z SDRE i At The Drive In, powinni prezentować naprawdę interesujący materiał. Wypadli przyzwoicie, ale bez większych zachwytów - mam wrażenie, że to muzyka przeznaczona do zamkniętych miejsc, nadająca się do pewnego celebrowania. Brzmią faktycznie jak poprzednicy Mars Volty, gdzieniegdzie pobrzmiewają echa Mineral, do tego brudne, noisowe granie zahaczające o Sonic Youth. Mieszanka zgrabna, uzupełniona o fałszujące, dobrze wpasowujące się tą estetykę wokale. Była to czterdziestominutowa próbka gry, może nie porywającej, ale na pewno wyróżniającej się spośród polskiego grania.

Bajzel


Drugi i ostatni koncert, jaki widziałam tego dnia na tej scenie, zagrał Bajzel. Cóż to był za występ! Jedna osoba z elektryczną gitarą, a dookoła słychać partie na basie, perkusję i efekty elektroniczne, wszystko odegrane "z puszki". Czyste szaleństwo polegało na tanecznej, zwariowanej sile tych utworów - mieszanka stylów, nieprzewidziane zwroty, zmiany tempa, czasami zupełnie spokojne, jak w "Window", momentami brudne, zakręcone, punkowe, z prostymi i ciekawymi riffami. Dokładając do tej całości ten niedoskonały, ale mocny wokal, zabawne odzywki (ależ głupie te teksty, co nie?) do publiczności i zupełnie absurdalne teksty piosenek, jakby na bieżąco układane z przypadkowych, wpadających do głowy słów. Bajzel to faktycznie człowiek orkiestra i mistrz dobrej zabawy. Dla mnie Scena Młodych Talentów została zamknięta znakomicie.

Hatifnats


Scena Namiotowa również przyciągnęła mnie tego wieczora dwukrotnie - po raz pierwszy na występ grupy Hatifnats. Nie pozostawili jakichś szczególnych wrażeń podczas swojego pierwszego koncertu, jaki widziałam na urodzinach studenckiego radia, i tak było i tym razem. Niepokojący, wysoki wokal Michała to właściwie jedyny wyróżnik zespołu. Owszem, grają przyzwoicie. Owszem, grają na tyle dobrze, by pozwolić sobie i publiczności wpaść w stan podobny do hipnozy. Mają umiejętności, są młodzi i wybrali sobie ten właśnie nieszczęsny styl grania indie-alternatywnego, w którym trudno jest dokonać rewolucji. Atutem na koncercie jest także prostota ich grania. A rytmiczność kompozycji sprawia, że nóżka chodzi. Wciąż mnie nie powalają, ale liczę na przebłysk z ich strony - być może uda im się wtedy przewartościować polskie, alternatywne granie.

Kobiety


Zupełnie inną muzykę - gdzieś z pogranicza popu i rocka - prezentuje zespół Kobiety. Kobiety wyrabiają się z płyty na płytę, a że piszą fajne i proste teksty do swojej prostej i energetycznej muzyki, są takim koncertowym pewniakiem. Przyszedł prawie cały namiot (bez ścisku jak na Sex Pistols, ale było nas naprawdę dużo), zagrali trochę starszych kompozycji (nie obyło się bez "Marcello", toż to piosenka wręcz sztandarowa) i tych z wydanej w tamtym roku płyty "Amnestia". I było nam dobrze pod tym namiotem, patrząc na panią basistkę, która dawała sobie radę, na ubraną jak na egzamin maturalny wokalistkę i Nawrockiego w kamizelce eleganckiej, zerkając na perkusistę. Było zniewalające "Pif Paf", pojawił się "Bi automat", mieszanka kawałków od razu wpadających w ucho i tych bardziej tajemniczych, niejednoznacznych. To, że było dobrze, potwierdziła publiczność: byliśmy grzeczni i zainteresowani, ochrona uśpiona i jednemu z fanów udało się przeskoczyć dwie wysokie przeszkody, wbiec na scenę i ucałować Nawrockiego. Ach te Kobiety.

Martina Topley Bird


World Stage. Wyczekiwałam pod tą sceną na Devotchki dwa dni wcześniej, ale się spóźnili i nie zdążyłam ich ujrzeć. W przerwie między Goldfrapp i Massive Attack przybyłam zobaczyć Martinę Topley Bird. I ładnie było. Wyglądała jak księżniczka z kwiatem we włosach i w różowej sukni (wyraźnie damy festiwalowe upodobały sobie ten kolor), jeszcze lepiej, że basista podkreślał tę jej zwiewność wyglądem włamywacza w czarnej masce. Bardzo pozytywnie wypadła Martina w tym fragmencie koncertu: ma ładny, czysty głos, nie słychać zupełnie jej obcego akcentu (za to pięknie brzmi on, gdy przemawia do publiczności swoim niskim głosem) i wprawia w znakomity, pełen błogości nastrój. Trochę romantyczny był to występ. Dobrze zagrane utwory, wyważone, przyjemna sekcja żywych instrumentów, z elektronicznymi dodatkami, które świetnie pasowały do całości. I szkoda tylko, że tak krótko.

Lao Che


Lao Che / Fot. PAP Hubert DobaczewskDuża Scena ostatniego dnia to przede wszystkim scena elektroniczna, dlatego też występ Lao Che wydawał się podwójnie dziwnym pomysłem. Zespół jest kojarzony z innego typu imprezami,
do tego koncert poprzedziły występy innych, zupełnie odmiennych charakterem artystów. Jak się jednak zdążyliśmy przekonać, stylistyczne miszmasze świetnie wypadały w poprzednich dniach. Sam zespół Lao Che kolejnymi płytami wyrabiał sobie coraz bardziej przychylną opinię alternatywnej publiczności. I faktycznie - znakomicie dali sobie radę na dużej scenie. Były niewielkie problemy techniczne, być może trudno było zapanować nad obsługą sporego zespołu. W każdym razie: koncert naprawdę udany. Bardzo energetyczny. Zresztą każda ich płyta jest wydawnictwem wyjątkowym: dziwne są "Gusła", z których zagrali "Astronoma", unikalny był projekt z "Powstaniem Warszawskim" - pięknie brzmiało na dużej scenie "Stare Miasto" i inne utwory, a do tego królujące "Gospel" - o łudzącym tytule i bardzo ciekawej muzyce. Spięty ma silny głos i śpiewa te ich dobre, raz dziwaczne, raz ironiczne teksty, muzykują radośnie i z wielką pasją, a że instrumentów było wiele - od standardowych gitar i perkusji, przez klawisze, po trąbki, to i brzmienie urozmaicone, bogate. Dobry, dobry występ.

Goldfrapp


Dekoracje w postaci plecionych, wiklinowych kwadratów pozostały już na koncert Goldfrapp, która scenę zaplanowała sobie tak, by wyglądała jak stara, słowiańska osada. Muzycy wyszli w białych, anielskich strojach, porozstawiane były wypchane ptaki, z boku wybijała się potężna harfa. Alison towarzyszyły dwie kobiety (klawisze i harfa) i piątka mężczyzn odpowiedzialnych za gitary, perkusję i sample. Nie nazwałabym tego koncertu show - słowo to przewartościowali inni artyści - niemniej jednak miał jego namiastki. Spójna koncepcja wizualna, Goldfrapp wyglądająca jak anioł w różowej tunice i z bosymi stopami, tańcząca na scenie - wszystko dobrze do estetyki, będącej połączeniem muzyki tanecznej, popu i alternatywnego grania, pasowało. Wysoka półka - ale koncert nie porywający. Przez pierwszą część dominowały wzniosło-miłosne kompozycje, takie jak "Utopia", "Monster Love" czy "Cologne..." - bardzo piękne zresztą. Przy "Happiness" nastąpił spodziewany przełom i już do końca królowały energetyczne, taneczne utwory - były "Caravan Girl", "Train" i "Ooh La La La", które automatycznie rozbujały tłum. Gra - piękna, mistrzowskie połączenie żywych instrumentów, klawiszy i harf, z gitarami i perkusją, bezbłędnie uzupełnione syntezatorem i samplami. Goldfrapp widziałam po raz pierwszy na żywo i zachwycający był jej czysty głos o pięknej barwie i ogromnej skali. Magicznie śpiewa. Nie było oczekiwanej "Black Cherry", ani mojego "Twist", a Alison po godzinie pożegnała się z nami i konsekwentnie nie dała uprosić na bisy, a szkoda.

Massive Attack


Massive Attack / Fot. PAP Robert del NajaZupełnie inaczej wypadli Massive Attack - bez spóźnień, ba, nawet pięć minut przed czasem, wyszli i zawładnęli sceną i publicznością. Oszczędna dekoracja - proste wizualizacje na wąskim ekranie za ich plecami, białe, poziome światła i takież oświetlenie całej sceny, kontrastujące z ciemnościami. Fantastyczna oprawa dla muzyki - nikomu nie trzeba chyba przedstawiać zespołu słynącego z triphopowej, mrocznej i chłodnej muzyki. Występ potwierdził pozycję zespołu - proste, niepokojące brzmienie gitar (szczególnie - przenikająca gitara elektryczna), świetna rytmika perkusji i niezawodne, hipnotyzujące dodatki elektroniczne zbudowały nieprawdopodobny, metafizyczny wprost klimat. Zagrali sporo nowych kompozycji, pojawiło się kilku wokalistów związanych ze płytami zespołu - Murzynka z potężnym głosem wyśpiewała między innymi "Unfinished Sympathy" (mistrzostwo!), Stephanie Dosen zagrała i zaśpiewała z niemałym wdziękiem "Teardrop", a Horace Andy niesamowicie wypadł chociażby w "Angel". Poza nimi czystą magię rozsiewali 3D i Daddy G. Ogromny entuzjazm wzbudził polityczny podtekst koncertu - elementy flag (na pewno Korei Północnej i państw afrykańskich - łatwa do rozszyfrowania aluzja), wycinki z prasy angielskiej i polskiej, które zmieniły się w cytaty dotyczące praw człowieka i demokracji między innymi Nelsona Mandeli i Hugo Chaveza, czy chociażby nawiązanie do roli Gdańska w latach 70. i 80. To ten typ koncertów, których można by słuchać w transie godzinami.

Chemical Brothers


Zamknięcie festiwalu jest zawsze wielką ucztą muzyczną - dwa lata temu znakomity, zwariowany show Basement Jaxx, rok temu megaenergetyczny występ LCD Soundsystem, a tym razem - nie po raz pierwszy z resztą w Polsce - Chemical Brothers. Czekaliśmy długo, spoglądając na zegarki i wsłuchując się w elektronikę płynącą z głośników. Około godziny trwały przygotowania do występu i już sam czas wskazywał na to, że szykuje się naprawdę gigantyczna impreza. Bracia wyszli, stanęli za potężną konsolą, rozległy się długie i gromkie owacje a potem w ciemności zaczęła wibrować muzyka - długo, powoli przechodząc z "Tomorrow" w "Galvanize", którego nikt chyba tak szybko się nie spodziewał, i przy którym tłum zupełnie oszalał. Chemicalsi zagrali potężnego seta, w którym pojawiały się najbardziej klasyczne i znane utwory - "Do it again" zmiksowane z "Get yourself high", "Hey Boys", "Golden Path" i znakomite "Believe", przeplatane transowymi fragmentami innych utworów. Znakomity występ uzupełnili wizualizacjami jakości, jakiej Heineken Open'er jeszcze nie widział. Ci, którzy jakimś cudem nie dali się porwać do tańca (da się ich zliczyć na palcach obu rąk), mogli przez ten czas podziwiać fantastyczne, dopasowane do dźwięku obrazy. Imponujący show, który nie znudził mnie ani przez jedną minutę, był idealnym zamknięciem festiwalu. Organizatorzy mają powody do satysfakcji, a ja przekonałam się, że nawet skład, który z początku nie rzuca na kolana, może zgotować niemałe przeżycia. Odliczam już dni do następnej edycji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

to z rozpędu z tym Chavezem. jasne że samo H.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hugo pisze się przez samo "h"!

Komentarz został ukrytyrozwiń

co oznacza zwrot"podwójnie dziwny pomysł"? jest pojedynczo dziwny?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po raz kolejny bardzo fajna relacja:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.