Facebook Google+ Twitter

Heineken Open'er Festival 2008 - relacja z pierwszego dnia

Jeden z najważniejszych muzycznych festiwali w Polsce już za nami. A oto subiektywne impresje na temat tegorocznej edycji. Na początek - dzień pierwszy.

 / Fot. HeinekenJuż od trzech lat Gdynia jest moją lipcową Mekką. Nie odstraszają mnie już zupełnie niewygody pola namiotowego, chociaż organizatorzy co roku gorzej radzą sobie z rosnącym tłumem i trudno im sprostać niektórym, wydaje się podstawowym, sprawom. Nie da się jednak ukryć, że poziom artystyczny i liczba niezapomnianych wrażeń zacierają te niezbyt przyjemne wspomnienia.

Dzień pierwszy

Scena młodych talentów była raczej przeciętna tego dnia: Kolorofon widziałam przez chwil kilka, jednak nie żałuję wyboru L.Stadt. Pierwsi robili słabe wrażenie. Nie wspominając już o żenującym występie Ziemian. Niby dość ciekawi muzycznie (mieszanka dance-punka z alternatywnym, gitarowym graniem), ale teksty utworów i te kierowane w stronę publiczności, słabiutkie. Co innego BIFF. Śmieszna sprawa z tymi "Młodymi talentami", bo to przecież "śląska supergrupa" z mocnym składem i niemałym scenicznym doświadczeniem. Ale dobrze. BIFF byli świeżo upieczeni, młodziutcy i pachnący. Ania w różowej sukience z bufami pokazała moc swojego głosu mimo przeziębienia; zadbała o klawisze (nie bez pomyłek oczywiście, ale wszystko niwelowały jej zabawne wypowiedzi), do tego mężczyźni z zespołu dodali gitary i perkusję i wyszło zupełnie dobrze. Co prawda "Ślązaka" sięwstydzili i zagrać nie chcieli, jak dla mnie jednak obyło się i bez tego, bo tekstów lepszych i bardziej absurdalnych mają pod dostatkiem. Było trochę popowo, trochę rockowo (i to całkiem mocno) - ot, dobry początek. Chwała za to, że nie przeciągnęli, bo Editorsi już, już zbliżali się do sceny.

Młodych Anglików, naśladowców Iana Curtisa (i Interpolu bardziej współcześnie) poprzedził koncert Much. Szkoda, że się przyznali, że są porobieni. Szkoda, że faktycznie byli porobieni. Widziałam Wiraszkę i resztę ekipy po raz piąty - różnie bywało, lepiej i gorzej, zawsze jednak w bardziej kameralnych okolicznościach. Potwierdziły się moje przewidywania: są dobrzy, mają naprawdę niezły materiał, ale ta gigantyczna openerowa scena to dla nich lekka przesada. Pojawił się także nowy, premierowy, zgrabny utwór "Państwa-Miasta". Średni, acz poprawny, koncert. Nie zagrzali publiczności.

Co innego Editors. Na ich koncert przyjechało sporo fanów i raczej wyszli z niego zadowoleni. Dla mnie był to przeciętniak festiwalowy. Wypadli słabiej niż w Stodole, gdzie Tom czuł się znacznie pewniej, dowodząc radosnym tłumem, zagrali jednak niezłego seta (dobrze wykalkulowane połączenie utworów z "Back Room" i "An end has a start"), pojawiły się wszystkie single i jeszcze odrobina ponadto (w tym premierowa kompozycja - tytułu nie pomnę, ale rewolucji wyraźnie nie przewidują). Zupełnie nieźle wypadają muzycznie, głos Toma nie zawodzi, a jego dzikie pląsy na scenie dodają jeszcze żywiołowości. Ale zawsze czegoś mi u nich brakuje i tak samo było tym razem. Może jakiś energetyczny bis poprawiłby nieco to wrażenie.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z The Raconteurs. Ogromny tłum, który z najdalszych zakątków lotniska migrował pod scenę, był najwyraźniej ukontentowany poziomem koncertu. I muszę przyznać, że miał zupełną rację. Był to właściwie jedyny czysto rockowy show w tym roku - zespoły indie nie oferują tego samego. Co więcej, to grupa o fantastycznych zainteresowaniach, ogromnej wiedzy i różnorodnych doświadczeniach muzycznych. Nie obawiali się eksperymentów, nie poprzestali na prostym odegraniu kompozycji z albumów, ale kombinowali, mniej lub bardziej udanie, improwizowali, bawili się muzyką.

Efekty były przednie: dwukrotnie dłuższe "Blue Veins", z pięknymi solówkami, zniekształcony przez megafon fragment "Steady as she goes", muzyczna wycieczka do lat (bagatela) czterdziestych w ramach "Keep it clean" Charley'a Jordana, a we wszystkim perfekcja i piękno rzadkie we współczesnej muzyce. Zaczęli fantastycznie tytułowym utworem (istna torpeda) ze swojej drugiej płyty (Jack zarapował idealnie) i nie spuścili z tonu do końca. Nie doczekałam się tylko "Hands", ale wynagrodziło mi to chociażby "You don't understand me". Obu wokalistów uwielbiam i z lubością słuchałam ich bezbłędnych wykonań. Bez wątpliwości - jeden z najlepszych koncertów festiwalu.

Duża scena czwartego lipca została zamknięta występem Roisin Murphy. Ex-wokalistka Moloko wyraźnie lubi nasz kraj (w samym 2008 roku była w Polsce po raz trzeci), przyznała zresztą, że czuje się u nas "So alive". Nie do końca zauważyłam tę jej energię i ożywienie - fakt, długie "You know me better" na wejście z zapętloną, świetną elektroniką i jej tańcem było zupełnie przyjemne, ale zabrakło kopa, który czuć od razu na obu płytach. Poza tym nie pałam zbytnią sympatią do nowego wydawnictwa, a królowało ono na koncercie. Było "Overpowered" - dobry moment koncertu, zupełnie niezłe wykonanie, pojawiła się też reszta singlowych utworów. Do tego dwukrotne nawiązanie do pierwszej, mojej ulubionej zresztą, płyty - "Ruby Blue", które zaczęła w czerwonym płaszczu, oraz "Sow into you". Jednak obu brakowało właściwej im magii i siły. Ogromne wrażenie robiła za to warstwa wizualna: dopracowane, barwne projekcje (w tym rysunki a'la Lichtenstein), połączone ze światłami, tańcem i świetnym chórkiem, no i oczywiście sama Roisin, piękna i roztańczona. Pozostał jednak delikatny niedosyt po jej występie.

Niestety, nie dotarłam pierwszego dnia na scenę World, podobnie dnia następnego. Stratę tę powetowały mi koncerty w Scenie Namiotowej. Zupełnie dobrze wypadł L.Stadt: zagrali większość utworów ze swojej jedynej płyty, dorzucili niezły cover, byli momentami senni, momentami bardzo energetyczni i pokazali, że jest w nich spory potencjał. Ciekawe spostrzeżenie padło z ust jednego z widzów: widzisz, jak bardzo "Londyn" odstaje; coś w tym faktycznie jest. Podsumowując: chłopcy z Łodzi zagrali dobry koncert.

Udało mi się także zobaczyć pół godziny występu Mitch and Mitch Big Band. Słynnej już solówki jednym palcem niestety nie widziałam, ale i tak koncert wspominam fantastycznie. Muzycy mieli wyśmienity kontakt z publicznością, wykrzykiwali polskie "choźcie" zamiast "common", śmiali się, że nie są Metallicą i namiot to nie stadion w Chorzowie, więc odpuszczą sobie ryczenie; potraktowali nas za to świetną mieszanką dźwięków bigbandowo-westernowych. Zmiany tempa, zaskakujące zwroty, cudowna rytmika i nastrój przyczyniły się do entuzjastycznego odbioru koncertu. Bawiłam się rzeczywiście znakomicie.

The Cribs poświęciłam niewiele ponad dwadzieścia minut, nie żałuję zresztą - ominęło mnie co prawda połączenie z Thurstonem Moorem i zapewne ciekawe wykonanie "Be Safe", usłyszałam jednak mocniejsze fragmenty najnowszej płyty - "Moving Pictures", "Grils like mystery" czy "Man's needs". Wrażenia? Koncert zabrzmiał mocno i brudno, garażowo. A chłopaki przekonali mnie, jak bardzo można zepsuć wokale podczas koncertu. Bez zachwytów.

Po raz ostatni dotarłam do namiotu po północy, by przez ponad pół godziny napawać się Fisherspoonerem. Stałam niemalże z otwartymi ustami: cudo! Tętniąca seksem elektronika, fantastyczne wizualizacje, niesamowite napięcie i szalone kreacje muzyków robiły ogromne wrażenie. Dopracowany w każdym calu show i świetny wybór utworów (chociażby przednio wykonane "Just let go"), kilka wijących się po scenie tancerek i sam Spooner w skórzanym uniformie, doskonale poruszający się na scenie rozpaliły publiczność do czerwoności. Z resztą, jak tu nie zareagować pozytywnie na Spoonera wykrzykującego do nas: Dance motherfuckers! :) Jeden z bezapelacyjnych wykrzykników festiwalu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Bardzo fajnie napisane:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fajnie napisane. Plusior bez wątpienia.
Byłem w tamtym roku na festiwalu. Niestety w tym roku - odpuszczam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.