Facebook Google+ Twitter

Heineken Open'er Festival 2011. Kto jeszcze pokazał klasę?

Wracając na chwilę na Babie Doły przypomnę teraz o występach z jubileuszowej edycji Heinekena, które na pewno będziemy wspominać.

MIA / Fot. Tomek Kamiński/OpenerTych dobrych koncertów było sporo w ciągu czterech dni. Przodował namiot, w którym nie grały te największe - przynajmniej zgodnie z medialnym zainteresowaniem i komercyjnym powodzeniem - zespoły. Publiczność doskonale wiedziała, czego się spodziewać, a muzyka brzmiała zaskakująco dobrze. Technicznie i estetycznie rzecz ujmując.

Do takich zespołów zaliczyć warto Caribou - Daniel Snaith przyszykował wydarzenie muzyczne dość podobne do tego, z którym wystąpił w Barcelonie. Bardziej niż Poeblo służyła mu jednak zamknięta, "kameralna" atmosfera namiotu, w którym światła zamiast się rozpraszać, kumulowały się w tęczowym spektrum, a dźwięk miał optymalnie dużo miejsca do wykorzystania, nigdzie nie uciekając. Słuchanie "Odessy" i "Lalibeli" po raz kolejny sprawiało dziką przyjemność, nie wspominając już nawet o jak zwykle brawurowym wykonaniu "Sun" na bisy. Po każdym spotkaniu z ostatnią płytą Caribou mam wrażenie, że znaleźli oni optymalną recepturę na muzykę taneczną XXI wieku, ślizgającą się między psychodelicznym disco a minimalistycznym techno. Publiczność ich za to uwielbia. Pozytywnie zaskoczył też entuzjazm Davida, który kilkukrotnie podkreślił, że od dawna czekał na okazję do zagrania na Openerze.

Namiotowa publiczność / Fot. Tomek Kamiński/OpenerW kategorii tanecznych koncertów nie można odmówić uroku The Asteroids Galaxy Tour, którzy umiejętnie zagrali posiadanymi kartami (raptem jeden album). Mette jest śliczna i śpiewa nie gorzej niż na płytach, brakuje tylko odrobiny kokieterii w jej kontakcie z publicznością do uzyskania perfekcyjnej maniery popowej, stylowej wokalistki. Przyjemnie rozegrane połączenie tanecznych petard (z obowiązkowym "Golden Age" i "Push the Envelope" gdzieś w środku zestawu) i sporadycznie wolniejszych utworów, okraszonych stylową sekcją dętą i fajnymi pianinami, a do tego cekinowe ubrania muzyków jakoś - przypadkiem lub zamierzenie - świetnie wpisały się w klimat wieczora, w którym wystąpić miał Prince.

Nie porzucając kategorii ani miejsca, nie można zapomnieć o Cut Copy i Chromeo - dwóch składach proponujących różne podejście do popu. Cut Copy zagrali odrobinę przekrojowo, zapoznając publiczność na zmianę ze starociami z pierwszej płyty i świeżymi kompozycjami. Nie porwali mnie jednak - nawet "Hearts on Fire" i "Going Nowhere", płytowe pewniaki, zabrzmiały odrobinę za blado. Przekonałam się jednak o tym, że nie są już małym zespołem, którego płytami zaskakiwałam znajomych kilka lat temu. Teraz ściągają setki fanów, którzy znają ich teksty na pamięć.

Heineken Opener Festival 2010 rozpoczęty! Za nami już pierwsze koncerty!


Bez dwóch zdań natomiast świetnie wypadli Chromeo, którzy bez żadnego zadęcia, bez gwiazdorstwa i w klasycznie dwuosobowym składzie otarli moje łzy po ogromnym rozczarowaniu, jakim była M.I.A. Skoro już przy niej jesteśmy, pozwolę sobie na krótką dygresję. Artystka z kilkoma atrakcyjnymi koleżankami zaatakowała scenę i pozornie miała na to pomysł - zaangażowane wizuale zamiast oklepanej kamery, tłum fotografów na scenie, hiciarskie uderzenie - zaczęła "Galang", po chwili dorzuciła "Airplanes". Przypomniały mi się opinie, że to optymalny dla niej czas - jest u szczytu sławy i artystycznych możliwości i w sumie całkiem nieźle wyszło, że przyjechała teraz po raz pierwszy. A później, po kilkudziesięciu minutach, słychać już było doskonale, że z tej sztucznej papki, udawanego entuzjazmu, ledwie-ledwie energii nic już się wykrzesać nie uda. Słabizna, ku wielkiemu zaskoczeniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.