Facebook Google+ Twitter

Hipermarkety biją się o... personel

  • Źródło: Express Ilustrowany
  • Data dodania: 2006-11-17 16:31

Rzędy pustych kas, czynnych zaledwie kilka stanowisk, do których stoją długie kolejki, jedna wrotkarka na całej hali sprzedaży – to już niemal codzienność w łódzkich hipermarketach.

Wielkie sieci muszą dzisiaj ostro zabiegać o pracowników. Otwarcie się rynków pracy, walka toczona przez firmy o kompetentny i wykwalifikowany personel powodują, że wielkopowierzchniowym sklepom brakuje kadry.

– Największą rotację zauważamy wśród nowych pracowników. Staramy się zapewnić komfort klientom, dlatego też w naszych sklepach pracują również osoby kierowane przez agencje pracy tymczasowej – przyznaje Przemysław Skory, rzecznik sieci TESCO.

Praca za grosze

Ale są i inne powody, dla których łodzianie nie chcą najmować się do hipermarketów.
Kasjerka zatrudniona na pół etatu w sklepie należącym do francuskiej sieci zarabia niewiele ponad 400 zł na rękę. Jeśli wpadnie premia i nadgodziny, to uzbiera się ok. 550 zł. Pensja i premia za pracę na pełnym etacie wynoszą 780 zł. Na pasku sprzedawcy stoisk warzywno-owocowych, nabiałowych czy mięsno-wędliniarskich widnieje kwota ok. 800 zł. To właśnie głównie z powodu niskich wynagrodzeń odchodzi się z hipermarketu.

– Nic dziwnego, że ludzie nie chcą pracować za takie pieniądze. Ostatnio dostałam podwyżkę – 30 groszy za godzinę. Moje koleżanki chcą odejść do Della. Niektórym wydaje się, że w kasach siedzi byle kto. A to są dziewczyny z wyższym wykształceniem i znające angielski – mówi kasjerka z kilkuletnim stażem.

Warunki pracy są wciąż ciężkie. Kasjerki stały się pracownicami do wszystkiego. Układają koszyki, towar na półkach, jeśli przełożony zażąda, muszą założyć wrotki i jeździć po hali.

– Po sześciu godzinach siedzenia w kasie przysługuje mi 15 minut przerwy. W tym czasie muszę zdążyć skorzystać z toalety i coś zjeść – mówi.

Po fali krytyki w mediach warunki i atmosfera pracy w hipermarketach poprawiły się. Minęły już czasy "pampersów" (po Łodzi krążyły plotki, jakoby kasjerki siedziały w pampersach, bo przez bite osiem godzin nie mogły wyjść do toalety). Skończyło się szykanowanie i zastraszanie. Dzisiaj pracownicy potrafią walczyć o swoje, choć związki zawodowe to nadal rzadkość. Wciąż jednak pracodawcy często pozbywają się niepokornych podwładnych.

– Pamiętam dziewczynę, która pracowała w punkcie udzielania kredytów. Często odwoływano ją do układania koszyków. Protestowała, bo bała się, że popełni błąd przy rozdzielaniu pożyczek. Została zwolniona, bo według dyrekcji, nie wykonała obowiązków przełożonych – wspomina kasjerka.

fot. Express IlustrowanySieci na wiele sposobów werbują ludzi. Bezrobotnym z miejscowości położonych od sklepów w znacznej odległości zapewniają dowóz do pracy.

– Dział rekrutacji bierze udział w targach pracy. Taka impreza odbyła się m. in. w Łodzi. Kilka osób znalazło zatrudnienie w naszym markecie przy ul. Brzezińskiej – mówi Agnieszka Łukiewicz-Stachera, rzecznik sieci Real.

Dwa światy

Koncerny próbują związać załogę z firmą, proponując jej atrakcyjne pakiety socjalne.
– Nasi pracownicy otrzymują paczki na święta, dofinansowujemy wypoczynek dzieci, oferujemy korzystne pakiety ubezpieczeniowe. Mogą też liczyć na pożyczki. Organizujemy imprezy okolicznościowe – pikniki rodzinne i wyjazdy integracyjne – dodaje.

– Pamiętam takie spotkanie integracyjne w dyskotece. Myślałam, że tak bogata firma zafunduje nam szwedzki stół. Tymczasem kelner proponował do wyboru fasolkę po bretońsku lub żurek. Do tego piwo, chipsy i to na całą noc. A dyrekcja bawiła się na piętrze, założę się, że z bogatszym menu. Więcej na taką imprezę już nie poszłam – wspomina pracownica hipermarketu należącego do jednej sieci.

Magda Rubaszewska - Express Ilustrowany

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.