Facebook Google+ Twitter

HISTORIA DYSKOTEK I DEEJAYÓW

Ponad 40 lat temu pojawili się w Polsce pierwsi deejaye. Czytaj mega ogromną, gigantyczną eKsiążkę o dyskotekach i deejayach z tamtych (PRL) lat ...

...maluśki fragmencik gigantycznej eKsiążki ...


 / Fot. j. pawul









DISCJOCKEY
... zdeptane marzenia ...



__________________________________________________________________________

... ludzi światłych i inteligentnych
od ludzi prymitywnych i głupich
odróżnia mądrość czyli wiedza o przeszłości ...

Intro ... (text z roku 2002)

W latach ’70 - kiedy na świecie działy się niezwykle ciekawe rzeczy, kiedy za
oceanem rodziła się muzyka disco, Polska i Polacy pozostawali (bez ich winy) w
głębokim zacofaniu i niewiedzy na temat w/w zjawisk. Byliśmy szczelnie oddzieleni
od świata i cywilizacji słynną „żelazną kurtyną”, którą opuścili komunistyczni władcy
naszego kraju. Owa „żelazna kurtyna” nie przepuszczała wiadomości, muzyki,
rodzących się w Nowym Jorku nagrań, mixów itp. rzeczy. Narodowi polskiemu, a
raczej części tego narodu, śmignęło koło nosa wiele ciekawych zdarzeń. Ówczesne
polskie media kierowane przez specjalnie dobrane, usłużne wobec „władzy”
niedouczone ćwoki z pełną nieświadomością, a być może z perfidnym rozmysłem (kto
to wie?) spowodowały, że w umysłach i pamięci Polaków (poza nielicznymi
wyjątkami) nie było i nie ma wiedzy o tamtych czasach, o ludziach którzy tworzyli
disco.

Od momentu politycznego przełomu w 1989 roku minęło kilkanaście lat w czasie
których tzw. muzyczne biznes i media w Polsce zajęte były przede wszystkim:
piractwem i tworzeniem fortun budowanych na zwykłym złodziejstwie. Kradli i
handlowali tym co drogą losowych wypadków stało się tutaj znane, popularne i
mogło przynieść szybkie dochody. Dalekie to wszystko było od prawdy i wiedzy
mogących zniwelować przepaść dzielącą Polaków od osiągnięć światowej kultury.
Czas leczy wszelkie choroby społeczne toteż i w Polsce widać z lekka przejawy
zdrowego.

Są na przykład wreszcie możliwości pisania – pisania także i o tym, co jak już
wspomniałem, uciekło Polakom (poza kilkoma wyjątkami) koło nosa pozostawiając w
ich umysłach pustkę i niewiedzę na temat pewnych zagadnień związanych z
cywilizacyjnym dorobkiem muzycznym ludzkości. Wychodząc z założenia, że lepiej
późno niż wcale – piszę informując o tym co w/w pustkę i niewiedzę pozwoli
zapełnić: faktami, nazwiskami, tytułami, datami i opisami zdarzeń.

*
W czasach kiedy zaczynała się historia disco nikt nie dbał o to (szczególnie tu w
Polsce !!) aby zachować dla potrzeb porządku historycznego różne istotne fakty,
nazwiska, zdarzenia i daty. Z tego też powodu (dziś po latach) dość trudne i
nieprecyzyjne jest ustalenie jak to się wszystko zaczęło.


 / Fot. j. pawul









WSTĘP ...

Pierwsze kroczki ...

Najpierw było zbieranie zdjęć. Pierwsze dostałem od Zbyszka Sękowskiego (jego tata
był ważnym działaczem partyjnym w mieście) mieszkającego na ul. Pocztowej w
Dzierżoniowie, kuzyna mojego kolesia z dzieciństwa Andrzeja Błaszczyka, z którym
spotkaliśmy się jak mieliśmy po jakieś 5 lat. Andrzej przeprowadził się do domu obok
mojego. Trzymaliśmy się bardzo długo jako dwaj kolesie i dopiero kiedy mieliśmy po
jakieś 16, 17 lat wszystko zaczęło się zmieniać. Każdy poszedł swóją drogą.
Zaczęło się od filmu The Beatles – rysowanie napisów i obrazków na murach.
Potem za kasę ze szkolnego SKO – pierwsza rock’n’rollowa płyta kupiona w komisie
- 7” EPepka Niemen, Michaj Burano, Toni Keczer. Nie miałem wtedy gramofonu i nie
mogłem jej posłuchać, ale miałem ją i samo patrzenie na nią sprawiało mi
przyjemność. Płytę tą pierwszy raz odtworzyłem wiele lat później. Takie to było życie,
takie czasy – komno-PRL-bieda.

W 1967 / 68 roku słuchałem godzinami Studio Rytm - Polskiego Radia czy Radio
Luxembourg i naśladowałem jakimś bełkotem mającym być niby to językiem
angielskim tych deejayów z radia. Matka mnie pytała czy nie postradałem zmysłów
czy co – czemu tak bełkotam i wykrzykuję coś tam na tym swoim strychowym
pokoiku 1.5m2.

W 1969 roku skolegowałem się z chłopakami z tzw. (przeze mnie) Radio RTV z
dzierzoniowskiego Technikum Radiowo – Telewizyjnego w Dzierżoniowie. Pamiętam
jak tyraliśmy po nocach ćwicząc i nagrywając programy – kierowane nastepnie do
emisji w głośnikach szkolnego internatu (jakieś 400 słuchaczy) + głośnikach na
szkolnych korytarzach, (jakieś 900 słuchaczy) uruchamianych na długiej, 20
minutowej przerwie. Dużo czasu wtedy zajmowało mi pisanie tekstów komentarzy do
nagrań z trudem zdobytych / wypożyczonych płyt. Nastepnie teksty te ćwiczyłem
godzinami aby je wreszcie nagrać jako tzw. „deejay gadka do mikrofonu”. Szło fajnie,
ale jak wszystko miało to swój początek jak też i koniec.


Łza na płycie

 / Fot. j. pawul









Mam w swej kolekcji płyt, uzbieranej z wielkim trudem przez ostatnie 30-40 lat,
jedną taką szczególną, symboliczną, która wywołuje w mej pamięci wspomnienia. Nie
gram już tej płyty bo mi jej szkoda, a poza tym strasznie trzeszczy bo swoje przeszła.
Czasem tylko na nią patrzę, po czym zamykam oczy, a z pamięci wydobywają się
obrazki sprzed wielu, wielu lat. Kiedy ponownie otwieram oczy by spojrzeć na płytę,
zanim schowam ją do kuferka, zauważam na jej powierzchni coś malutkiego i
mokrego co rozlewa się wąską strużką pomiędzy rowkami. Czas zatarł ostrość
obrazów, ale pamiętam niektórych ludzi, miejsca, okoliczności i sprawy nadające
wówczas sens memu życiu.


The Beatles

Była późna i ciepła wiosna roku 1966, mieszkałem wtedy w Dzierżoniowe niewielkim
malowniczym mieście u podnóża Sudetów. W miejscowym kinie "Piast" wyświetlano
angielski film pod tytułem "The Beatles". W innych krajach pokazywano ten film pod
oryginalnym tytułem "A Hard Days Night".

W domu się nie przelewało, a zatem chcąc iść do kina musiałem sobie sam
wykombinować kasę na bilet. Wypatrywałem na pobliskich skwerach i w
zaniedbanych parkach lokalnych pijaczków. Tych nie brakowało wtedy, jest ich też
uciążliwy nadmiar i dzisiaj. Moczymordy, jak zwała ten element moja mama, zawsze
zostawiały flaszki po gorzale pewnie dlatego, że nie chciało im się tego nosić do
odległych skupów butelek. Znałem dość dobrze swoje miasto jak też miałem nieźle
"obcykany" cały okoliczny teren. Zbierałem wszystkie te butelki i to był mój sposób
na zarabianie jakiejś tam mizernej, ale jednak kasy. Po kilku dniach zbierania było
mnie wreszcie stać aby sobie kupić bilet i zasiąść wygodnie w kinowym fotelu.
Z bijącym sercem oczekiwałem na to co zobaczę. Pojęcia nie miałem co zobaczę, ale
jakimś dziwnym sposobem wyczuwałem, że coś się święci. Wolno zgasły światła, z za
obrazu walnęła muzyka jakiej jeszcze nie znałem, nigdy nie słyszałem. Przesuwające
się przed moimi oczami obrazy, postacie Beatlesów oraz śpiewane przez nich
wspaniałe przebojowe piosenki wciągnęły mnie w oglądaną historię niczym w
zaczarowaną bajkę.

Miałem zaledwie 14 lat - otwarty, chłonny umysł i czułem jak w ciemnościach
dzierżoniowskiego kina "Piast" ulegałem coraz większej fascynacji tym co widziałem i
słyszałem. Film trwał jakieś 80, a może 100 minut, ale mnie wydawało się, że to była
chwilka zaledwie pomiędzy pierwszymi obrazkami, które ujrzałem na ekranie, a
końcowym napisem The End. Dziś z perspektywy lat mogę szczerze napisać, że moja
młodość dzieliła się na okres przed i po obejrzeniu filmu "The Beatles". Przed filmem
byłem najzwyczajniejszym chłopakiem jakich miliony wzrastały w Polsce lat '60. W
tygodniu jak każdy biegałem do szkoły, po szkole brudziłem się i darłem spodnie na
płotach i drzewach. W niedziele na życzenie rodziców pełniłem obowiązki ministranta
w miejscowym kościele. Nie zdawałem sobie tak naprawdę sprawy, że są inne kraje,
ludzie i zjawiska takie jak The Beatles i ich muzyka. Moje życie wyznaczał rytm
egzystencji rodzinnego domu i miasta.

Matka, ojciec, młodszy brat, kilku bliższych i dalszych kolegów, okoliczne ulice i place
gdzie spędzaliśmy dzieciństwo to było wszystko co znałem, co miałem i co w
zupełności mi wystarczało, z czym było mi bardzo dobrze. Kilkadziesiąt minut przed
kinowym ekranem i tym co na nim się działo zburzyło sielski spokój całego tego
mojego świata, w którym się dotychczas wychowywałem. Do młodego umysłu
zakradł się jakiś bakcyl, który z czasem ogarniał go coraz bardziej powodując pewien
zamęt czy coś takiego. Zobaczyłem i usłyszałem to "inne", to coś co w umysłach
milionów mnie podobnych dzieciaków zrewolucjonizowało poglądy (takie jakie mogą
mieć kilkunastoletnie dzieciaki) na najbliższe otoczenie czy pojęcie o odległym
świecie. Zaczęły się jakieś marzenia, dążenia, całkiem nowe i nieznane mi wcześniej
pragnienia. Spodobał mi się ten nowy stan rzeczy i coraz głębiej i głębiej wciągała
mnie ta nowa fascynacja.

Zaczęło się zbieranie fotografii i biografii big beatowych zespołów. Z kolegami z klasy
założyliśmy zespół i chcieliśmy grać tak jak Beatlesi czy im podobni, którzy jak grzyby
po deszczu wyrastali w Polsce i poza nią. Światowa rewolucja kulturalna i społeczna
lat '60 stała się faktem i bardzo mnie cieszyło, że brałem w tym, na swój sposób, ale
jednak jakiś tam udział. Pewnie gdyby nie Elvis Presley w USA i Beatlesi w Europie to
zupełnie inaczej potoczyłyby się losy milionów młodych ludzi na całym świecie, losy
całej muzyki, losy wszystkich muzyków, artystów i wszystkiego co się z tym zawsze
wiązało i wiąże.


 / Fot. j. pawul









Był sobie deejay

Jesień roku 1968 była chłodna i deszczowa. Dużo czasu spędzałem wówczas w moim
maleńkim pokoiku na poddaszu przerobionym własnymi rękoma z części strychowej
komórki. Miałem szesnaście lat i dostawałem wypieków na twarzy gdy późną nocą, w
tajemnicy przed wychowującą mnie i mojego brata samotnie matką, z rozwartymi z
przejęcia ustami, wsłuchiwałem się w głos człowieka z radia. To było Radio
Luxembourg 208, a głos należał do znakomitego angielskiego discjockeya Alana
Freemana. Był to pierwszy discjockey, którego słyszałem w swoim dotychczasowym,
krótkim życiu i zarazem wstęp do fascynacji tym zawodem. Wkrótce zacząłem próby
naśladowania takiego sposobu mówienia, prezentowania muzyki z płyt.
Wszystko było udawane bo za biedny byłem, aby posiadać jakiekolwiek płyty czy
gramofon ze sprzętem nagłaśniającym. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy co robię i
po co. Był to jakiś niekontrolowany odruch, wewnętrzna potrzeba. Życie wzbogacało
mnie o nowe doświadczenia, żądało poświęceń i wyrzeczeń. Dokonanie wyboru
pomiędzy tym co było powszechnie uznawane, szanowane i zalecane młodym
ludziom, a tym co było w ówczesnej Polsce fantazją, pustką, niczym stało się dla
mnie wielkim problemem mającym w dalszej przyszłości położyć się ponurym cieniem
na moim życiu. W końcu wybrałem. Mimo wszelkich niesprzyjających mi w tamtych
czasach, przeróżnych okoliczności, dążyłem do tego, aby zostać discjockeyem.
Godziny ćwiczeń, rozmyślania, słuchania. Wreszcie praca w domach kultury i
szkolnym radiowęźle.

Był słoneczny i dość ciepły wiosenny dzień roku 1970 gdy mój utalentowany kolega
malował dwa ogromne plakaty grupy Led Zeppelin informujące, że wkrótce odbędzie
się prezentacja płyty Led Zeppelin II w Domu Kultury Zakładów Bawełnianych
"Bielbaw" w malowniczo położonej u podnóża Sudetów Bielawie. Ja natomiast
mieszkałem wtedy w Dzierżoniowie oddalonym o trzy kilometry od Bielawy. Całymi
dniami kombinowałem wtedy jakby tu się załapać do zlecanej od czasu do czasu
przez Domy Kultury pracy zwanej wtedy prelekcjami - ilustrowanymi muzyką z płyt.
Choć Dzierżoniów był większym od Bielawy miastem i miał więcej miejsc gdzie można
było zorganizować owe prelekcje i prezentacje muzyki z płyt, to Bielawa okazała się
bardziej nowoczesna i do przodu. Zapewne dzięki wspaniałym, młodym ludziom,
którzy kierowali bielawskimi Domami Kultury. Człowiekiem, który mi zaufał i pierwszy
dał szansę był niezapomniany, świeżo upieczony magister historii sztuki Uniwersytetu
Wrocławskiego, nowy kierownik Domu Kultury Zakładów Bawełnianych "Bielbaw" Pan
Andrzej Janiszewski. To właśnie dzięki niemu pierwszy raz wystąpiłem publicznie
prezentując płytę Led Zeppelin II.

Przygotowywałem się do tego kilka tygodni wcześniej i bardzo solidnie jak na tamte
czasy i środki techniczne. Przede wszystkim nauczyłem się na pamięć z trudem
zdobytej biografii Led Zeppelin. Napisałem sobie scenariusz oraz teksty zapowiedzi
do poszczególnych nagrań. Dzień próby i ostatecznego sprawdzianu zbliżał się
nieuchronnie. Tego dnia wstałem wcześnie rano, zrobiłem sobie wolne od szkoły i
zawzięcie ćwiczyłem swoje zapowiedzi. Po południu pojechałem autobusem do
Bielawy. Wysiadłem na rynku. Powietrze było ciepłe i pachniało zapachem pobliskich,
górskich lasów. Na parterze Domu Kultury przywitał mnie zadowolony portier. Z
czego on taki zadowolony - pomyślałem przez chwilkę. Wszedłem szerokimi
schodami na pierwsze piętro. Otworzyłem drzwi do wielkiej sali i niemal zdębiałem.
Sala była pełna ludzi. Jak mi później powiedziano było tam około 400 osób. Serce
zaczęło mi mocno walić, oddech zrobił się przyspieszony. Przeszedłem na swoje
miejsce, położyłem płytę na gramofon i zagrałem pierwsze nagranie "Whole Lotta
Love". Usiadłem na jednej ze skrzyń dwóch grających kolumn głośnikowych
Vermona, wziąłem w dłoń mikrofon i czekałem na koniec nagrania. To był moment
mojej pierwszej w życiu publicznej wypowiedzi / zapowiedzi płyty i kolejnego
nagrania. Taki deejayski chrzest.

Koleś z pierwszej klasy podstawówki

Latem 1969 roku od Adasia, kolesia, który był Polakiem i przyjechał z Anglii na
wakacje do swojej babci, dowiedziałem się pierwszy raz o nowej modzie i zjawisku,
które Anglicy nazywali DISCOTHEQUE czyli DYSKOTEKA. Adasia znałem i pamiętałem
od 1959 roku. Siedział w ławce za mną kiedy obaj byliśmy w pierwszej klasie
podstawówki.

Pewnego zimowego i mroźnego dnia 1959 roku przyszedł po niego do klasy wysoki
facet. Nasza Pani powiedziała abyśmy się z Adasiem pożegnali bo wyjeżdża na
zawsze do Anglii. Z całego, ośmioletniego okresu chodzenia do podstawówki
zapamiętałem tylko kilka zdarzeń, które zrobiły na mnie duże wrażenie.
Wyjazd Adasia i ten jego nowy, wielki, angielski tata wywarł na mnie, siedmioletnim
brzdącu, największe wrażenie. Do dziś nie wiem dlaczego.

Kiedy po dziesięciu latach Adaś, już jako 17 latek, przyjechał do Polski na wakacje
natychmiast go odnalazłem aby pogadać, wyciągnąć jak najwięcej wiadomości o tym
jak żyje młody człowiek w kochanej wtedy przez nas wszystkich, za Beatlesów, za
Rolling Stonesów i za Radio Luxembourg, Anglii. Adaś jeszcze mówił po polsku, ale
miał już ciężki angielski akcent - co nawet mi się spodobało.

Siedzieliśmy do późna w nocy na granitowych schodach przed moim domem - On
opowiadał, ja z rozdziawioną z wrażenia gębą słuchałem. Wtedy to właśnie
doznawałem moich pierwszych życiowych fascynacji pewnymi nowymi dla mnie
zjawiskami europejskiej i angielskiej pop kultury. Z opowieści Adasia najbardziej
zainteresowały mnie właśnie dyskoteki. Ustaliłem, że są to miejsca, w których disc
jockeye grają i zapowiadają płyty, a ludzie słuchają albo tańczą.
Mając 17 lat podjąłem (jak się po latach okazało) życiową decyzję - że będę (żeby
nie wiem co!) discjockeyem. Adaś, koleś ze szkolnej ławki w pierwszej klasie nigdy
więcej już się w Polsce nie pojawił. Może dlatego, że zmarła jego babcia i nie miał już
do kogo przyjeżdżać ? W mojej pamięci jednak pozostał na zawsze jako ten, który
dwa razy wywarł na mnie ogromne wrażenie i nakierował mój los na inne, nowe tory.


 / Fot. j. pawul











Mogło być inaczej

Kiedy na początku lat siedemdziesiątych pojawiły się pierwsze dyskoteki, nikt
wówczas nie przewidywał, że potrwa to tak długo i tak bardzo się rozwinie. O ile na
tzw. Zachodzie szło szybko i łatwo, o tyle w Polsce całe zjawisko pt. dyskoteka
poddane było "filtracji" przeróżnych pseudo - działaczy, mniej lub bardziej
powiązanych z ówczesną administracją i władzami. U nas szło raczej o jak najdłuższe
powstrzymanie rozwoju dyskotek i wszystkiego co się z tym wiąże. Wymyślono nawet
tzw. "weryfikacje dla prezenterów ", zakamuflowaną formę kontrolowania i
utrudniania pracy bardzo niezależnym i wolnym wtedy deejayom. Warto dodać, że
nigdzie na świecie nie weryfikowano discjockeyów w taki durny administracyjny
sposób. Tam deejay albo się podobał publiczności i miał pracę, albo się nie podobał i
nikt go nie chciał zatrudnić. Proste to i prawdziwe, ale w Polsce ze względu na chore
ambicje niektórych "działaczy", musiało być inaczej.

Ci z nas ( DJ's), którzy przeżyli te tragikomiczne czasy dla polskich dyskotek
pamiętają zapewne jak owe "weryfikacje" wyglądały, kogo i jaki typ deejaya
preferowały. Efekt działalności tych, którzy wtedy decydowali o losach polskiej
dyskoteki był taki, że świat szedł swoją (właściwą) drogą, a Polacy swoją, (też
właściwą), ale w odwrotnym kierunku. Orientowałem się, jako jeden z nielicznych
wówczas discjockeyów dyskotekowych w Polsce, w tych wszystkich szwindlach,
ponieważ pisali do mnie o tym, dobrze poinformowani, przyjaciele z organizacji
zrzeszających zawodowych discjockeyów z USA NADD - National Association of
Discotheque DiscJockeys z siedzibą w Nowym Jorku i z Wielkiej Brytanii NADJ -
National Association of DiscJockeys z siedzibą w Londynie.

Miałem zaszczyt być członkiem honorowym tych organizacji, jako jedyny (?!) deejay
z Polski. Amerykańskie NADD wydawało pismo MELTING POT, a angielskie NADJ
pismo - najpierw DEEJAY, a potem DISCJOCKEY and RADIO TODAY. Pisma te
przynosiły masę cennych informacji i były rewelacyjnym materiałem edukacyjnym dla
ówczesnych discjockeyów. Bardzo często pisano też, w wyżej wymienionych pismach,
o mnie. Były to fajne artykuły ilustrowane moimi fotografiami z "akcji" przy
konsolecie. Niektóre z tych artykułów (tyko kilka egzemplarzy w/w pism dotarło do
Polski na inne niż mój adres) wywoływały zwierzęcą, prymitywną i pierwotną
wściekłość tzw. "krajowej rady prezenterów dyskotek (KRPD)" i powiązanych z nią
(jak się niestety okazało) zadziwiająco podłych i głupich ludków. Dziwiło ich, że jakiś
absolutnie wolny i niezależny polski discjockey, który nie chce się z "członkami" -
KRPD - kolegować i totalnie olewa ich tzw. "weryfikacje" może być traktowany przez
Amerykanów i Anglików z należnym szacunkiem.

To co dziwiło wszystkie te "członki" z - KRPD - wcale, ale to wcale nie dziwiło ludzi z
USA czy z Wielkiej Brytanii, ponieważ oceniali mnie na podstawie - przede wszystkim
słanych im przeze mnie taśm, nagrywanych w prowadzonych przeze mnie
dyskotekach oraz na podstawie tekstów, które dla nich pisałem o polskich
dyskotekach i deejayach. Najwyraźniej uznawali to wszystko za materiały na
wystarczająco wysokim poziomie zawodowym, aby traktować mnie jak ówczesnego
discjockeya numer - 1 w Polsce. Tak o mnie pisali. Co w tym wszystkim
najważniejsze to to, że podobną do mojej międzynarodowej działalności i współpracy
mogli (powinni) przecież prowadzić wszyscy polscy deejaye i organizacje. Dlaczego
tego nie czynili i woleli mi zazdrościć/zawiścić efektów mojej zagranicznej współpracy
w postaci np. setek promocyjnych płyt rocznie i tym podobnych materiałów? Do dziś
nie umiem sobie na to proste pytanie precyzyjnie odpowiedzieć. Mogłem tylko
przypuszczać, że powodem była głupota tych ludzików, może ich zacofanie, może
nieuctwo, a może wrodzona narodowa wada jaką bez wątpienia jest bezinteresowna
zawiść, a może jeszcze coś innego o czym nie miałem i nie mam pojęcia.

Byłem deejayem dyskotekowym wtedy, kiedy jeszcze nie było w Polsce dyskotek.

Garstka zapaleńców składała sprzęt nagłaśniający i oświetleniowy, szukając
jednocześnie źródeł, z których można by otrzymywać, w miarę regularnie,
zagraniczne płyty. Mieliśmy po 17 / 18 lat, potrafiliśmy pracować o głodzie, chłodzie i
najczęściej za darmo. Tak bardzo podobała nam się idea, pomysł bycia discjockeyem
muzyki, którą kochali wówczas wszyscy młodzi ludzie, że nie zwracaliśmy uwagi na
prawa, przepisy, rady czy uwagi otoczenia. Pewnie gdybyśmy dawali temu posłuch to
wejście dyskoteki na ziemie polskie odsunęłoby się w czasie o kilka lat, kilka długich
lat. Na szczęście cechą młodości jest najczęściej mały respekt na zastane porządki
społeczne czy rodzinne. Dzięki temu między innymi rozwija się cywilizacja.

Pierwszy Ogólnopolski Turniej Prezenterów Dyskotek

W 1973 roku było już pewne, że pomimo wszelkich problemów jakie należy wiązać z
tamtymi czasami, dyskoteka była w Polsce niezaprzeczalnym faktem. Pomiędzy 15-21
października 1973 roku odbył się we Wrocławiu Pierwszy Ogólnopolski Turniej
Prezenterów Dyskotek. Polska była wtedy w wielu dziedzinach zacofanym krajem,
natomiast (mogę to stwierdzić z całą pewnością) w tej jednej z nielicznych dziedzin
ludzkiej aktywności, jaką na początku lat siedemdziesiątych były dyskoteki, byliśmy
prawie na poziomie Europy i Świata. Wiem to, bo miałem wówczas te swoje, w/w
rozliczne kontakty z deejayami i organizacjami zagranicznymi. Mogłem łatwo
porównywać poziom polskich i zagranicznych deejayów, jako że Ci drudzy słali mi
sporo różnych materiałów promocyjnych i reklamowych, wśród których były też
taśmy nagrywane przez nich na żywo w dyskotekach.

Pierwszy Ogólnopolski Turniej Prezenterów Dyskotek organizacyjnie był bardzo
dużym przedsięwzięciem. Discjockeye najpierw przechodzili przez eliminacyjne sito
wiejskich, gminnych czy powiatowych Ośrodków Kultury. Najlepsi trafili na eliminacje
wojewódzkie. Następnie laureaci turniejów wojewódzkich przyjechali do Wrocławia.
Było nas tak dużo, że turniej trwał aż tydzień. Szacowne jury wybrało szesnastkę
finałową, czyli szesnastu najlepszych wówczas discjockeyów dyskotekowych w
Polsce. Miałem zaszczyt znaleźć się wśród tych szesnastu wspaniałych. Pamiętam jak
członek i szef jury Franek Walicki udzielił mi uwagi: "jest dobrze, robisz to bardzo
żywo i energicznie (tzn. prezentuję, komentuję puszczane płyty), ale za dużo w tym
podobieństwa do discjockeyów Radia Luxembourg". No cóż, do kogo miałem być
podobny skoro najlepszym wzorem byli właśnie oni, nadający swe wspaniałe
programy na fali średniej 208 deejaye Radia Luxembourg. Niemal z nabożeństwem
słuchałem ich wtedy po nocach. Uczyłem się od Anglików stylu i sposobu szybkiego
mówienia, akcentowania oraz mixowania tekstu z muzyką.

Zupełnie inna od dzisiejszej była w tamtych czasach muzyka dyskotekowa - dance.
Na samym początku grało się to co aktualnie było bardzo popularne: Led Zeppelin,
Deep Purple, Budgie, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Black Sabbath, Ten Years After,
Jethro Tull itp., mocne, bazujące na bluesie hard rockowe płyty.

W połowie lat siedemdziesiątych pojawiła się w Europie tzw. brytyjska fala pop z
takimi gwiazdami jak: Gary Glitter, Suzy Quatro, Smokie, Bay City Rollers, Status Quo
itp. Docierała też muzyka z USA, rhythm & blues, soul, funk i funky. Wszystko to była
muzyka popularna, ale nie specjalnie dyskotekowa. Dopiero w drugiej połowie lat
siedemdziesiątych zaczęły pojawiać się typowe produkcje disco (muzyka taneczna).
Na tej fali popularność zdobyli: Barry White, Sister Sledge, Bee Gees, Peter Brown,
Earth Wind & Fire, Chic, KC & Sunshine Band, Isaac Hayes, Salsoul Orchestra, Donna
Summer, i wielu, wielu innych. Deejaye byli wówczas podzieleni na dwie grupy: tych,
którzy grali muzykę amerykańską, nagrywaną głównie przez czarnoskórych
muzyków, oraz tych, którzy grali prościutkie, prymitywne europejskie piosneczki w
stylu zwanym wówczas italo disco, który można porównać do dzisiejszego chłamu
pod tytułem disco polo.

Najsmutniejszy okres polskich dyskotek

Początek lat osiemdziesiątych to stan wojenny, a tym samym odsunięcie się od
wykonywania zawodu wielu znakomitych polskich deejayów, których nazwisk nikt już
dzisiaj nie pamięta. Wielu z nich wyemigrowało z Polski. Nastąpiło załamanie polskiej
dyskoteki. Przez jakiś czas różni nieudacznicy panoszyli się w klubach wylansowanych
przez ich znakomitych poprzedników, by wreszcie, z właściwą sobie cechą, "zarżnąć"
prawie wszystkie najlepsze w tamtych czasach dyskoteki, głównie sieć ZPRowskich
TIPTOPów, oraz niektóre sławniejsze kluby studenckie.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych najlepsze nasze dyskoteki zamieniły się w
śmierdzące, pijackie knajpy gdzie kelner, pijany cygan, cinkciarz, prostytutka lub
babcia klozetowa decydowali o tym co deejay ma grać i mówić. Był to najsmutniejszy
okres polskich dyskotek.

Tańczący z cieniami

Nigdy nie splamiłem swego honoru deejaya pioniera kumając się z tymi, którzy
deejayom szkodzili, dokuczali, prześladowali ich za mocniejsze od przeciętnego
poczucie wolności.

Taki byłem kiedyś, taki jestem dzisiaj i taki będę zawsze. Kiedyś przeciwstawiałem się
komunie i ich sługusom, którymi byli wszyscy bez wyjątku biorący udział w
haniebnych prześladowaniach wolnych polskich deejayów za pomocą tzw.
"weryfikacji" czy jakichś tam "krajowych rad prezenterów dyskotek". Dzisiaj (pisząc
ostre i odważne artykuły) bronię deejayów prześladowanych z innego acz równie
głupawego co w przeszłości powodu. Za tak pojmowaną moralność i prawość ślepy
los "wynagradzał" mnie poniżeniami i poniewierką. Przemożne pragnienie pozostania
sobą, omijanie łatwizny, klik tworzonych przez kolesiów dla kolesiów, wszelkich
układów/układzików oraz narzucanych odgórnie idei prowadziło do osamotnienia w
działaniach i pracy.

Socjalistyczna rzeczywistość była przygniatająca, wydawała się tak bezlitosna, iż
zdawało mi się, że wszelka słabość tkwi we mnie. Sprawiało to wrażenie jakby
jakoweś mroczne cienie zbiegłe ze złej baśni podążały moim śladem wypatrując
słabszej chwili, szukając okazji, aby życie uczynić trudniejszym. Moi koledzy po fachu,
discjockeye z wolnego świata robili kariery, zarabiali pieniądze. Ja zaś, z racji
nieszczęsnego miejsca urodzenia stałem ze swoimi marzeniami i dążeniami w miejscu
tracąc dystans do tych, którym jeszcze nie tak dawno byłem równy. Wszelkie próby
rozpaczliwego wyrwania się obywatela kategorii B (jakim bez wątpienia w
komunistycznej Polsce był discjockey taki jak ja) z zastoju, marazmu i zacofania,
sockomunistycznej Polski lat '70 czy '80 spełzły na niczym. Wszelkie moje, budowane
z rozmachem, plany i próby pozostania deejayem za wszelką cenę i wbrew
niesprzyjającym okolicznościom prowadziły tylko do większego wyobcowania, stresu,
rozgoryczenia i samotności. Cierpiałem ja, cierpieli też moi bliscy: żona, dzieci,
spracowana i stara matka, która wierzyła w dążenia i marzenia syna.

Początki dyskotek w Polsce były świetne bo wolne i niezależne. Musieli jednak (jak to
zwykle w Polsce bywało i bywa) pojawić się nawiedzeni naprawiacze świata.
Pomajstrowali, zamieszali i uśmiercili wszystko to co było najlepsze, a mianowicie
młodzieńczy zapał, pasję, marzenia.


jan yahu pawul

okładka eKsiążki / Fot. j. pawul







Czytaj mega ogromną, gigantyczną eKsiążkę o dyskotekach i deejayach z tamtych (PRL) lat.
Zakup jest prosty, łatwy i możliwy na eBay - Polska: http://www.ebay.pl/itm/DISCJOCKEY-zdeptane-marzenia-/251674698791











Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

link do eBay gdzie eKsiążkę można kupić
- - - - - >> GIGANTYCZNA !! - (ponad 3GB = ok. – 3.000 stron(?)
– text + foto / skany) eKsiążka o historii deejayów z PRL:
http://www.ebay.pl/itm/DISCJOCKEY-zdeptane-marzenia-/251674698791

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.