Facebook Google+ Twitter

Historia lubi się powtarzać

Sporo serwisów internetowych działających na granicy prawa przechodzi zaskakująco podobne fazy rozwoju. Od garażu, przez niekontrolowany rozwój aż do procesów sądowych, wynikającego z nich upadku i/lub reinkarnacji w nowej rzeczywistości.

To ciekawe, że to co nie do końca legalne, albo silnie naginające prawo, zyskuje taką popularność. Coś w tym jest, że „zakazany owoc lepiej smakuje” w internecie, a może nawet przede wszystkim w internecie!  Jednym z pierwszych przykładów biznesu internetowego, który przeszedł metamorfozę od fazy błyskawicznego wzrostu po upadek i reinkarnację jest Napster. Jego historia chociaż spektakularna nie wniosła zasadniczych zmiany w ustawodawstwie, ale zmieniła dość poważnie podejście przemysłu rozrywkowego, prawników i samych internetowych przedsiębiorców do internetu. Stała się też niewątpliwie impulsem, który poruszył lawinę zmian jakie nastąpiły w latach 90. i mają miejsce do teraz.

W 1999 roku 19 letni wówczas Shawn Fanning rozpoczyna studia na Northeastern University w Bostonie. Chłopak miał dwie pasje: muzyka i internet. Ponieważ miał już dość tradycyjnego   - czyli poprzez wyszukiwarki - wyszukiwania utworów mp3, wpadł na pomysł serwisu, który umożliwiałby internautom wymianę plików z utworami zapisanymi w formacie mp3. Tak powstał Napster, pierwszy serwis wykorzystujący zalety sieci „peer to peer” (P2P).

Początkowo w myśl zasady „róbta co chceta, internauci kopiowali co im się podobało. Niepodobało się to oczywiście wytwórniom   płytowym, które wzorem producentów oprogramowania, każdą kopię mp3 uznawały za swoją stratę, wyceniając w ten sposób swoje utracone zyski na miliardy dolarów.   Co swoją drogą z jednej strony jest zabawne, a z drugiej głupie – no ale to temat na inny felieton.

Oczywiście twórcy Napstera doskonale zdawali sobie sprawę z nielegalnych praktyk swoich użytkowników. Dopiero procesy, które wytoczyli Napsterowi prawnicy RIAA sprawiły, że serwis przeszedł z czasem i po wielu zmianach właścicielskich na jedynie słuszną stronę. Dziś umożliwia legalną wymianę i zakup plików muzycznych i…mało kto z niego korzysta.

Historia Napstera była pierwszą i chyba najgłośniejszą tak poważną batalią wytoczoną przez przemysł rozrywkowy w Stanach Zjednoczonych. Z jednej strony przystopowała nieco rozwój rozrywki w internecie , z drugiej jednak zwróciła uwagę twórców oprogramowania, kultury, przedsiębiorców i oczywiście prawników na technologię jaką jest P2P.   Przypadek Napstera wpłynął na zmianę przemysłu rozrywkowego, który zrozumiał, że tej fali już zatrzymać się nie da. Kto wie, czy szefowie wielkich wytwórni płytowych wtedy właśnie, gdy „zabijali” Napstera, nie uświadomili sobie, że tak naprawdę powtarza się historia ich powstania. Jak słusznie zauważa w swojej książce „Wolna Kultura”* Lawrence Lessig: „Jeśli „piractwo” oznacza używanie czyjeś własności twórczej bez pozwolenia – jeśli teoria „tam gdzie wartość, tam prawo” jest prawdziwa – to historia przemysłu medialnego jest historią piractwa”.

Rzeczywiście jak pisze Lessig, przemysł filmowy narodził się, bo u jego początków leżało złamanie prawa – w tym wypadku patentowego. To nie przypadek, że większość wielkich wytwórni filmowych jest w Kalifornii – pisze Lessig.  Na początku XX wieku twórcy filmowi masowo „uciekali” ze Wschodniego Wybrzeża do Kalifornii, bo tam nie sięgały macki MPPC – organizacji, która egzekwowała i to dość skutecznie prawa patentowe Thomasa Edisona. Słynny ten wynalazca uzurpował sobie prawo do czerpania korzyści z wykorzystania aparatury do wyświetlanych filmów.

Gdyby ówczesnym „wielkim” udało się skutecznie zablokować twórców rodzącego się przemysłu filmowego, to najprawdopodobniej dziś składałby się on z kilku wytwórni, powiązanych ze spadkobiercami Edisona i na pewno nie powstałoby tyle wartościowych filmów jak przez ostatnie prawie 100 lat.

Piszę o tym dlatego, że omijanie prawa, lub jak kto woli jego naginanie, jest cechą jak najbardziej współczesną. Jeśli powtórka z Napstera czy historii powstania przemysłu filmowego jest dziś raczej mało prawdopodobna, to z pewnością pewne mechanizmy się powtarzają.  Wczoraj Reuters podał informację, że YouTube usunął ze swoich serwerów blisko 30 tys. filmików. Nastąpiło to na wyraźne żądanie koalicji japońskich spółek medialnych, które twierdzą, że umieszczono je na YouTube z pogwałceniem ich praw autorskich. To nic, że te 30 tys. to ledwo połowa tego, co dziennie jest dostarczanych do YouTube przez internautów. To promil z ilości jaką dziennie oglądają internauci (ponad 100 mln filmików!). Liczy się sam fakt, bo on pokazuje, że prędzej czy później spółki medialne będą musiały przejść do kontrataku. Wtedy też wszystkie „Joe Monster” i inne polskie serwery z mniej lub bardziej śmiesznymi filmikami albo przejdą do historii, albo jak Napster staną się jednym z tysięcy serwisów o których mało kto ze współczesnych internautów wie. No i będzie szkoda.


* Książka prof. Lessiga - "Wolna Kultura" została wydana na licencji Creative Commons. Mozna ją jak najbardziej legalnie ściągnąc .

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Hm... ciekawy temat. Zamiast komentarza obiecuję polemiczny artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.