Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

18421 miejsce

Historia medalistów zimowych igrzysk olimpijskich. Część druga

Polacy na zimowych igrzyskach olimpijskich zdobyli jak dotąd 14 medali - dwa złote, sześć srebrnych i sześć brązowych. Zanim zaczniemy kibicować naszym zawodnikom w Soczi, przypomnijmy sobie jak radzili sobie dotychczasowi bohaterowie.

 / Fot. By Alexander Nilssen (originally posted to Flickr as Adam Malysz (2)) [CC-BY-SA-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia CoPierwsza część tekstu dostępna w tym miejscu - kliknij

Po kilku pojedynczych sukcesach Polacy przez wiele lat niczym nie wyróżniali się podczas zimowych igrzysk olimpijskich. Medalowa posucha trwała aż do 2002 roku. Mówiło się, że było to pokłosie klątwy, którą rzekomo rzucił Wojciech Fortuna. Tę klątwę zdjął dopiero inny skoczek – skoczek, który zmienił bieg historii swojej dyscypliny.

Adam Małysz już w 2002 roku był wielkim sportowcem. Był wtedy złotym medalistą mistrzostw świata, czy triumfatorem Pucharu Świata i już przed rozpoczęciem konkursu w Salt Lake City stawiano go wśród głównych faworytów do olimpijskiego złota. Adam nie zawiódł, oddał cztery dobre skoki (98,5 i 90,0 na średniej oraz 131,0 i 128,5 na dużej skoczni), ale to nie wystarczyło by zgarnąć pełną pulę. Zarówno na dużej jak i średniej skoczni nie do pokonania był Simon Ammann. Na skoczni k-90 w rywalizację wmieszał się jeszcze Sven Hannawald, który rozdzielił dwójkę głównych bohaterów, tak więc Polak zdobył srebrny i brązowy medal. Warto przypomnieć, że Małysz w pierwszym konkursie przegrał o telemark. Dwa razy skoczył na identyczną odległość jak Ammann, ale za każdym razem otrzymywał gorsze noty. Szczególnie pierwszy skok zrobił różnicę. Ze względu na słabe lądowanie Adam otrzymał noty w granicach 16,5 – 18 punktów.

Przyznam, że rola faworyta wcale mi nie pomagała. Jednak igrzyska były dla mnie wielkim sukcesem, a nie porażką. Przywiozłem z nich dwa medale, co jest bardzo dużym osiągnięciem. Owszem, nie było złota, ale przecież dwa razy stawałem na olimpijskim podium. Gdybym nie był w tak dobrej formie, w ogóle nie dostałbym się na podium. Byłem bardzo dobrze przygotowany pod względem siłowym. Wiedzieliśmy, że skocznia położona jest bardzo wysoko, przez co powietrze jest rzadsze i kluczowe będzie odbicie. Jeździłem wtedy bardzo nisko, ekstremalnie, ale miałem to kopyto, by się odpowiednio mocno odbić. Z drugiej strony pech chciał, że w czasie konkursu wiatr zaczął kręcić. Gdyby dmuchało z tyłu, nie wiem czy znalazłby się ktoś, kto by mnie pokonał.

Małysz pojechał na kolejną olimpiadę (trzecią z kolei, bowiem startował też w Nagano, gdzie zajmował odległe miejsca) ale tym razem nie spełnił wielkich oczekiwań. Jednak jeden z najlepszych polskich sportowców czuł, że wciąż ma coś do zrobienia i wystartował także w Vancouver. Marzył o złotym medalu, ale nie spodziewał się, że Simon Ammann stanie się jego olimpijską klątwą. Zrobił wszystko najlepiej jak mógł, oddawał równe, dalekie i dobre pod względem stylu skoki, ale ten szalony Szwajcar nazywany Harrym Potterem miał w sobie jakąś iskrę, która powodowała, że na igrzyskach frunął tam, gdzie inni mogliby się nie odważyć. Ammann wygrał, a Małysz przywiózł z Vancouver dwa srebrne medale.

Kiedy Małysz zawodził na olimpiadzie w Turynie, na horyzoncie pojawiła się wielka gwiazda w postaci Justyny Kowalczyk. Polka błysnęła w biegu na 30 kilometrów techniką dowolną i do samego końca liczyła się w walce o najcenniejszy krążek. Ostatecznie do Kateriny Neumannovej Polka straciła ledwie 2,1 sekundy a Julia Czepałowa wyprzedziła naszą zawodniczkę o 0,7 sekundy. Brązowy medal został odebrany w kraju jako wielki sukces.

Wygrałam ten bieg zdrowiem, a nie techniką. Na finiszu spojrzałam w bok, by zobaczyć, która jest Norweżka (Kristin Steira). Wiedziałam, że na finiszu nie mam szans z Neumannovą i Czepałową. Gdyby z nimi zabrała się jeszcze Norweżka, to byłabym czwarta. Bardzo bałam się tego biegu. Na trasie nie kombinowałam, realizowałam tylko wskazania trenera i bardzo mu za nie dziękuję. Czuję się spełniona.

Cztery lata później, już jako jedna z faworytek, zaczęła kolekcjonować medale. Najpierw sięgnęła po srebro w sprincie techniką klasyczną, przegrywając jedynie z Marit Bjoergen. Później sięgnęła po brąz w biegu łączonym na 15 km, uznając wyższość Bjoergen oraz Anny Haag. W końcu w wyścigu na 30 km techniką klasyczną dokonała tego o czym marzyła – zdobyła złoto. Do samego końca nie było wiadomo czy Kowalczyk rzeczywiście wygrała. Na finiszu Bjoergen urwała się jako pierwsza i Polka goniła ją przez niemal kilometr. Gołym okiem można było dostrzec, że obie zawodniczki wpadły na metę w tym samym momencie i dopiero fotokomórka pokazała, że Justyna była szybsza o 0,3 sekundy.

Kiedy Justyna zdobywała pierwszy medal olimpijski, swój życiowy sukces osiągnął też Tomasz Sikora. Ten doświadczony biathlonista już po raz czwarty startował na olimpiadzie i choć zajmował już wcześniej wysokie miejsca, to medal wydawał się odległym pragnieniem. Jednak w biegu masowym na 15 kilometrów ze startu wspólnego Polak spisywał się fenomenalnie. Był nawet lepszy od samego Ole Einara Bjoerndalena, który został żywą legendą biathlonu i ostatecznie sięgnął po srebrny medal, gdyż musiał uznać wyższość Niemca, Michaela Greissa. Kilka lat później Sikora przekazał medal na licytację, zorganizowanej w celu pomocy 16-letniego chłopca, który postrzelił się w głowę. Medal został sprzedany za 55,5 tysiąca złotych.

Kiedy igrzyska w Vancouver, na których Polacy zdobyli rekordową ilość medali, dobiegały końca, zupełnie niespodziewanie wielką klasę zaprezentowały reprezentantki Polski w łyżwiarstwie szybkim. Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska spisały się fenomenalnie w biegu drużynowym kobiet i sensacyjnie sięgnęły po brązowy medal. Warto zauważyć, że w finale Polki wyprzedziły Amerykanki, a przecież w tym kraju olimpijskie medale w łyżwiarstwie szybkim jest czymś tak zwyczajnym jak śnieg w zimie. Jak nasze zawodniczki wyprzedziły rywalki z USA? - rywalki zaryzykowały i zmieniły na ten ostatni wyścig jedną z zawodniczek. Liczyły, że wygrają i każda z nich zdobędzie medal. My podjęliśmy decyzję, że składu nie zmieniamy. I stało się tak, że ta nowa Amerykanka nie wytrzymała tempa, a nasze dziewczyny pojechały rewelacyjnie - mówił Paweł Abratkiewicz, trener łyżwiarek.

Nie można zapominać o czwartej zawodniczce, Natalii Czerwonce, która choć nie zdobyła medalu to była częścią teamu. Ona również dołożyła swoją cegiełkę do łyżwiarskiego cudu, jakiego byliśmy świadkami w Vancouver. Choć prawda jest taka, że zawodniczki nie uważają tego medalu za cud, nie traktują tego nawet jako sensację. - Ten medal to nie był cud, we wszystkich wyścigach miałybyśmy bardzo dobrą strategię. Żadna z nas nie osłabła pod koniec, co było kluczem do zwycięstw w ćwierćfinale z Rosjankami i potem z Amerykankami – twierdzi Katarzyna Bachleda-Curuś. A skoro tak, to w Soczi też nie oczekujemy cudów, spodziewamy się, że nasze łyżwiarki pobiegną równie dobrze i przywiozą kolejny medal, być może cenniejszy niż brąz z Vancouver.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.