Facebook Google+ Twitter

"Hobbit. Pustkowie Smauga". Tolkienowska poetyka utonęła w morzu efektów

"Hobbit. Pustkowie Smauga" to moje prywatne rozczarowanie roku. Mówię to jako fan ekranizacji tolkienowskich dzieł w wykonaniu Petera Jacksona. Jako człowiek, który dawał im najwyższe noty i wychodził z kina urzeczony. Druga część całkowicie zniechęciła mnie do zobaczenia trzeciej.

 / Fot. Materiały prasowe"Pustkowie Smauga" rozpoczyna się nieopodal domostwa Beorna. Ten pół niedźwiedź, pół człowiek udziela pomocy Gandalfowi, hobbitowi i krasnoludom, mimo że nie przepada za tymi ostatnimi. Zmierzająca po arcyklejnot ferajna staje w obliczu kolejnego niebezpieczeństwa. Przed nimi Mroczna Puszcza, której nie da się obejść. Nieoczekiwanie z wędrówki rezygnuje Gandalf, wezwany na inny front walki ze złem.

Peter Jackson w kolejnej części Hobbita pokazał, że jest mistrzem detalu. "Pustkowie Smauga" łączy z trylogią "Władca Pierścieni" i "Niezwykłą podróżą" dopracowanie szczegółów, genialna scenografia, wspaniałe krajobrazy i świetna muzyka. Niestety, dzieli dużo więcej.

W najnowszym "Hobbicie" w morzu efektów utopiona została tolkienowska poetyka. Trudno powiedzieć, dlaczego Jackson uległ pokusie efekciarstwa, skoro w poprzednich obrazach potrafił zachować właściwe proporcje między formą i treścią. W "Pustkowiu Smauga" forma wychodzi na pierwszy plan i nie jest w stanie wypełnić pustki. O ile na przykład bitwa z pająkami w Mrocznej Puszczy cieszy oko i mrozi krew w żyłach, o tyle finałowa scena ze Smaugiem, w której napięcie budowane jest przez kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut, okazuje się strzałem z kapiszonu. Mało tego, widz, który nie jest psychofanem takich produkcji wychodzi z kina wymęczony, a nie zadowolony. Znużony, a nie zachwycony. To potężny minus filmu.

Wśród krytycznych głosów po premierze "Niezwykłej podróży" dominowały opinie dotyczące przestojów w fabule. Mówiąc wprost, wielu widzów nudziło się, nie mogąc znieść choćby początkowych scen, gdy w domu Bilba zagościła hałastra podejrzanych krasnoludów. Obrazek ten napompowano szczegółami, ale nie pozbawiono treści i przede wszystkim poetyki, tak charakterystycznej dla Tolkiena. W "Pustkowiu Smauga" akcja, sceny walki i ucieczki przesłaniają ich sens. W pewnym momencie widz zadaje sobie pytanie: gdzie i po co tak pędzą krasnoludy i Bilbo Baggins? Cóż z tego, że ucieczka z królestwa Thranduila to przykład brawurowo nakręconej sceny, gdy okazuje się ona zbyt długa i finalnie zaczyna ocierać się o groteskę? Takie odczucia towarzyszyły mi często podczas projekcji. Szczególnie we fragmencie pokazującym uzdrowienie Kiliego przez elfkę Tauriel, gdy z wcierania w ranę pospolitej rośliny uczyniono czynność mistyczną. Zrobiono to w sposób bliższy komedii, niż konwencji "Hobbita". Aktorce, Evangeline Lilly zabrakło talentu Cate Blanchett występującej jako Galadriela czy wdzięku Liv Tyler w roli Arweny we "Władcy Pierścieni".

"Hobbit. Pustkowie Smauga" to moje prywatne rozczarowanie roku. Mówię to jako fan ekranizacji tolkienowskich dzieł w wykonaniu Petera Jacksona. Jako człowiek, który dawał im najwyższe noty i wychodził z kina urzeczony. Nie mogło być inaczej, skoro reżyser zdecydował się z liczącej około trzystu stron książki zrobić filmową trylogię. Owszem, efekty specjalne zwalają z nóg, niestety nie są w stanie "ciągnąć" fabuły przez blisko 3 godziny filmu. Na tym etapie realizacji trudno odpędzić się od wrażenia, że Jackson odcina kupony od monumentalnej produkcji, jaką był "Władca Pierścieni". Niestety, czyni to na własną szkodę. Jak i szkodę "Hobbita". Opowieści genialnej i pełnej humoru.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

a jednak ie wszyscy są rozczarowani. I dobrze. I tak ma być. ! część jest inna, to fakt. I to wszystko.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.