Facebook Google+ Twitter

Hollywood dla pensjonarek, czyli harlequin

„Wieczór” jest filmem znakomitym. Osiągnięciem absolutnie szczytowym w swej klasie. Szkoda tylko, że należy do klasy ckliwych, tandetnych historyjek w rodzaju harlequina.

http://wieczor.filmweb.pl/Wiecz%C3%B3r,2007,plakaty,FilmPosters,id=333922 / Fot. Plakat z film "Wieczór"  www.filmweb.plGłówną bohaterką tej, rozgrywającej się na dwóch poziomach opowieści jest Ann Lord (Vanessa Redgrave) - staruszka, którą poznajemy, gdy w ciemnej sypialni miota się wśród majaków i dręczących głosów przeszłości. Umiera na raka, agonia zaś przywołuje przed jej zwiedzione gorączką oczy jaskrawe obrazy z zapomnianej dawno krainy młodości. Na łożu śmierci rozgrywa się tutaj – cóż za niespodzianka, po tym, jak widzieliśmy rzeczy identyczne z setkę razy – namiętny rozrachunek z życiem, reżyser zaś ów dość naiwny schemat stara się owinąć w cukierkową plastykę z pamiątkowych pocztówek, aurę tajemnicy i pozory egzystencjalnej refleksji. Wypada to sztucznie, ale nawet realizacyjna perfekcja nie pomogłaby tej mistyfikacji obronić się przed krytyką. Nie zmieniłaby w najmniejszym stopniu faktu, że materiału ze wspomnień pani Lord starcza tylko na banalne romansidło, żywcem prawie wyjęte z taniej literatury dla XIX-wiecznych panien.

Z odmętów pamięci starowinki wyłania się naszym oczom – zgodnie z uświęconymi kanonami gatunku – pięknie zbudowana sylwetka amanta, jak zwykle pochodzącego ze społecznych nizin, jak zwykle o krystalicznym charakterze rycerza. Implikacje uczuciowe stąd idące również nie sprawiają niespodzianki: wszystkie panienki z towarzystwa karnie zakochują się w ideale do szaleństwa. Dalsza część „dzieła” Koltaiego to realizacja raz na zawsze napisanego kiedyś scenariusza, w którym łzy sentymentalnej płaczki mieszają się z naiwnością rozmarzonej pensjonarki. Jest tu więc tragiczna miłość, zabita przez społeczne konwenanse i okrutny los, jest rozpacz odtrąconego kochanka, jest małżeństwo zawarte bez uczuć i na mocy towarzyskiego terroru; jest wreszcie kuchenna twórczość skondensowana w mdłej, hollywoodzkiej papce, jest najkrócej: zwykła telenowela.

Mamy do czynienia oczywiście z mydlaną operą bardzo wystawną i zrealizowaną z drobiazgową dbałością o scenograficzny szczegół. Na malowniczym tle morskiego klifu, w kręgu zamożnego amerykańskiego mieszczaństwa lat 50. ubiegłego wieku, w papierowe postacie wcielają się znakomici aktorzy. „Wieczór” to bowiem harlequin z nieprzyzwoicie doskonałą obsadą, to haniebne marnotrawstwo talentów i środków. Każda z gwiazd ma tu do zagrania nie partię wirtuozowską, lecz płaską rólkę dla kukiełki z brazylijskiego melodramatu, toteż i każda spełnia swoje wysokopłatne zadanie ze znudzeniem i bez przekonania. Meryl Streep – dziwacznie dość odmłodzona charakteryzacją – wciela się w równie śmieszną, co irytującą panienkę z dobrego domu, która w dniu swojego ślubu z nudziarzem rozpacza za miłością do syna służącej; może by i chciała chłopca z plebsu, ale się boi, ale beczy po nocach ze strachu przed mamusią. Mamusia to Glenn Close, której rolę należy skwitować wzruszeniem ramion, bo po pierwsze: mało jest widoczna, po drugie zaś: tak jednoznacznie poczciwa, że słodycz z jej kwestii mdli niemiłosiernie. Legendy Hollywood ciśnięte zostały upokarzająco w uszyte nie na miarę gorsety, los jednak młodych aktorek nie jest w „Wieczorze” wiele szczęśliwszy. Claire Danes w roli Ann sprzed pół wieku jest jak zwykle urocza i naturalna, tym bardziej więc mierzi sposób ukształtowania jej postaci, pełen niekonsekwencji i psychologicznego banału; jest to tu kolejny przykład roztrwonienia aktorskich możliwości, który potępić trzeba jako ciężką zbrodnię scenarzystów. Wątek współczesny z Toni Collette i Nataschą Richardson razi schematycznością, zaś scena kłótni dwóch sióstr niemal nad łóżkiem umierającej matki – choć kryje w sobie duży potencjał – dusi ekspresję gry młodych sław przerysowanym, wtórnym wielosłowiem bez emocji.

Jedyną naprawdę porządnie skrojoną postać odtwarza w tym babskim spektaklu mężczyzna. Hugh Dancy wypada świetnie jako rozedrgany wewnętrznie, stylizujący się na romantyka poeta, który z masochistycznym zapamiętaniem celebruje tak sztuczne formy „rozanielonej” miłości, jak klęskę twórcy i zalotnika. Jest jednocześnie czarującym młodzieńcem i rozkapryszonym dzieckiem, miotającym się w żałosnych scenach rozpaczy; buduje na swój użytek teatralny świat marzeń i iluzji, gubiąc się przy tym upokarzająco w świecie rzeczywistym. Wnosi do tandetnej bufonady Koltaiego ton autentycznego tragizmu, pozostając właściwie jedynym powodem, dla którego warto film wybitnego operatora – przy odrobinie autodestrukcyjnego instynktu – obejrzeć. Niestety – i wątek Buddy’ego okrutni scenarzyści „Wieczoru” potrafili z właściwą sobie gracją zamordować, co konstatuję bez metafory czy ironii, bo biedny Dancy ginie na ekranie rzeczywiście, pod kołami samochodu i w połowie historii. Scena ceremonii żałobnej to również pogrzeb ostatnich pretensji hollywoodzkiej sztampy do miana przyzwoitego kina. Iście genialny to zabieg fabularny – usunąć z historii ostatni powiew emocji, rzucając widza na pastwę godzinnej nudy, w której żenująco przesłodzony romans bywa poprzetykany wywołującymi uśmiech pobłażania mądrościami z książeczki babcinych aforyzmów.

Powiadają, że „Wieczór” to film dla kobiet i o kobietach, że ograniczonym mężczyznom nic do niego. Jest w tym może wiele racji. Tylko bowiem dzięki nieodgadnionej i błąkającej się na wyższych uczuciowych rejestrach kobiecej duszy można pewno przełknąć fakt, że inteligentna dziewczyna z twarzą Danes rzuca w diabły intrygującego artystę – nieporadnego życiowo, prawda, ale przynajmniej z dowcipem! – dla przeraźliwe dobrego, obrzydliwie szlachetnego i bezmiernie nudnego doktora, który zdaje się miejscami być po prostu przystojnym manekinem z dolepionym uśmiechem. Zaiste! – tylko kobiety zrozumieją, w jaki sposób łóżkowa przygoda z drewnianym Patrickiem Wilsonem mogła złamać życie! Tylko wreszcie łaskawe panie wzruszyć się mogą przy wielce dramatycznej scenie pocałunku, w tracie której Ann ma malowniczo rozwichrzone na wietrze włosy, Harris rozmigdalony wzrok, a tłem dla pary w uścisku jest zachodzące słońce, roziskrzone morze i skalisty brzeg…

Można to wszystko przypisać kobiecej subtelności, ale nie jestem aż tak niesprawiedliwy. O nie! Ja protestuję przeciwko takim, szkalującym szanowne damy, sugestiom. Gdybym bowiem przyjął, że naiwne rojenia zdziecinniałej staruszki to strawa właśnie dla kobiet, skazałbym się na los kawalera bez szans na abolicję oraz radykalny mizoginizm. A to byłoby nawet boleśniejsze od obejrzenia „Wieczoru” do napisów końcowych.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Z recenzją nie do końca się zgadzam, aczkolwiek napisana jest zgrabnie i interesująco.
Za to plus.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak, masz rację w zupełności, są tu przemyślenia starszej kobiety o charakterze bez mała egzystencjalnym, jest motyw odnalezienia zagubionej w życiu rodzinnej miłości, nie przeoczyłem tej warstwy treści, bo i ciężko było przeoczyć, skoro podaje się ją w "Wieczorze" w łopatologiczny sposób. Są tu ważne problemy - z tym nie polemizuje - ale jakże banalnie pokazane. To jest mój główny zarzut - cóż mnie obchodzą pouczenia moralne, które w filmie sprowadzają się do komunałów typu: "Pamiętaj, nigdy nie błądzisz - po prostu piszesz swoją historię", albo "Nigdy nie rezygnuj z miłości, bo to może twoja ostatnia szansa". Tak naprawdę są to mądrości, które można wykoncypować z "edukacyjnych" programów w MTV, a fakt, że wypowiada je staruszka z perspektywy całego życia, skłania raczej do smutnego zdziwienia nad tym, że przez długie lata nie doszła do czegoś cokolwiek głębszego. Takie moralno-filozoficzne uwagi działały jeszcze w "Przeminęło z wiatrem", ale nie mają mocy już dziś, kiedy świat skomplikował się jeszcze bardziej, a kino ma za sobą psychologiczne i egzystencjalne osiągnięcia takiej miary, co twórczość Bergmana czy Felliniego. Jeśli to ma być psychologizm, to bardzo płytki niestety, z tandetną oprawą melodramatycznego wzruszenia, od którego już nawet Hollywood zdaje się ostatnio nieco oddalać. Jedynym mocnym akcentem tego filmu pod rym względem jest Buddy Dancy'ego, i dobrze, że zgadzamy się przynajmniej pod tym względem:)

W płytki i naiwny sposób zostaje w "Wieczorze" pokazane wszystko, łącznie z historią rodzeństwa skłóconego nad grobem rodzica, którą oglądaliśmy już w tysiącu różnych konfiguracji, od tasiemcowych seriali do ekranizacji szekspirowskich, bardzo często w dużo lepszej formie, niż to mamy do czynienia w dziele Koltaja. Mógłbym wszystkie kalkowe wątki wypunktować bardzo skrupulatnie, jednakże moja recenzja byłaby wówczas wykładem nie do strawienia, bez cienia subiektywizmu, o który przecież najbardziej chodzi:) "Wieczór" pozostaje więc filmem szlachetnym w intencjach, ale zrobionym nieumiejętnie (reżyseria i przede wszystkim scenariusz) i strasznie wtórnie, sentymentalnie aż po śmieszność. Przykro mi to pisać, bo podchodziłem do niego z szacunkiem, mając na względzie legendę aktorów i sylwetkę reżysera.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mam wrażenie, że zbyt płytko spojrzałeś na ten film. Rzeczywiście bliżej mu do "filmu kobiecego", ale nie harlequina. Nawet odważyłabym się na określenie "film psychologiczny". Postać amanta nie jest w nim najważniejsza, ale przemyśleń, jakie towarzyszą umierającej kobiecie. To także odnajdywanie się w relacji z córkami po wielu latach emocjonalnej rozłąki...zgadzam się z jednym - świetna rola Hugh Dancy'ego - wypada bardzo realistycznie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

fajna ta recenzja:)
aż pójde i się przekonam, czy też mnie zniesmaczy:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.