Odpychająca, stara rudera, z resztek ścian spalonego budynku odpada tynk. W środku ciemno, nie ma elektryczności, kanalizacji, ani bieżącej wody. Straszny brud i śmierdzi. Na klepisku leżą przegniłe materace, na których śpią na wpół pijani mężczyźni i kobiety, niektóre bardzo ładne. Wszędzie dookoła walają się puste butelki po alkoholu. W takich właśnie warunkach mieszkają Polacy, którzy licząc na poprawę losu, wyjechali do pracy we Włoszech.
Znęcali się psychiczne i fizyczne

20-letni Kuba z Poznania pojechał do Włoch w 2005 r. Skończył technikum i chciał zarobić na studia. Do zagranicznej wyprawy namówił go kolega, który znalazł w gazecie ogłoszenie o pracy na plantacji pomidorów. Obaj trafili do tzw. „włoskich obozów”.
- Wstawało się o czwartej rano i czekało na busa, który zawoził nas w pole - opowiada Kuba. - Przez cały dzień nie było ani jednej przerwy. Około godziny 22 wracało się do baraków. W małym pomieszczeniu bez okien spało, jedna na drugiej, 11-14 osób. Cały obóz otoczony był murem, tak, że nie dało się z niego uciec - relacjonuje.
Nadzorcy znęcali się psychiczne i fizyczne nad robotnikami, biciem i kopaniem wymuszali bezwzględną uległość. Kuba wielokrotnie był świadkiem takich zdarzeń. Pewnego dnia, pobitego i zakrwawionego mężczyznę, strażnicy wyrzucili za bramę obozu. Po dwóch godzinach zawlekli go do busa i jak gdyby nigdy nic, wysłali do pracy w polu.
Powrót w plastikowym worku
Stanisław z Gorzowa Wielkopolskiego, zanim podjął decyzję o wyjeździe, długo i dokładnie wszystko sprawdzał.

Upewniał się, czy praca, do której jedzie, jest legalna. Formalności załatwiał przez pośrednika. W kraju zostawił żonę i dzieci.
- Warunki miały być wspaniałe, obiecywali płacić 5 euro na godzinę - opowiada pan Stanisław. - Mówili, żeby nic nie brać, że wszystko będzie na miejscu.
Kiedy Polacy dotarli do Sant Carlo, nadzorcy skasowali ich na wstępie na 50 euro za przejazd, i dalsze 100 euro, za możliwość mieszkania w obozowych barakach.
- Na gołej ziemi się spało, nie było bieżącej wody. Warunki były gorsze niż w chlewie - opowiada pan Stanisław. - Jedzenia nie dawali. Jedliśmy tylko to, co rosło w polu: brokuły i pomidory. Do sklepu nie można było jeździć. Nadzorcy co jakiś czas przywozili chleb i wodę. Nic więcej.
Przez cały czas Polacy byli odcięci od kontaktu ze światem zewnętrznym. W obozach nie było też prądu. Gdy ludzie zaczęli się buntować. Nie chcieli iść do pracy.
- Szef obozu powiedział, że wcale nie musimy pracować, że jak się komuś nie podoba, to może od razu do kraju wracać ... w plastikowym worku.
- opowiada Stanisław.
Kuba po trzech tygodniach niewolniczej pracy, został odbity w trakcie jednej z policyjnych akcji. Pan Stanisław, wraz z kilkoma kolegami uciekł z obozu. Zdołał naładować telefon i powiadomić o wszystkim włoskie władze. Teraz obaj pracują u honorowego konsula Polski w Barii, Domenico Centrone.
Więcej czytaj jutro w Gazecie Krakowskiej
Warunki życia Polaków, wyjeżdżających do pracy we Włoszech, będą tematem niedzielnego magazynu Superwizjer w telewizji TVN o godz. 22.40.